piątek, 21 listopada 2014

I'm your deadly nightshade, I'm your cherry tree

#np Marina & The Diamonds - Froot

Jeśli kiedykolwiek będziecie zastanawiać się, jak scharakteryzować fashion victim, może przypomni Wam się anegdotka z mojego życia: pojechałam na typowo lumpeksowe zakupy, a kiedy jeżdżę sama i praktycznie nikt mnie nie kontroluje, mogę spędzić w jednym sklepie 15 minut i rozważyć wszystkie plusy i minusy, albo podjąć spontaniczną decyzję. Tym razem brałam wszystko jak popadnie i w ostatnim lumpeksie zabrakło mi dosłownie 3 złotych do tego cudownego futerka-bluzy, które znalazłam na dziale dziecięcym (tutaj po raz kolejny chcę zaznaczyć, że swój niski wzrost nie postrzegam jako kompleks, a raczej miły dodatek). Wyszłam na zewnątrz i byłam skłonna iść żebrać, ale zrobiłam energiczny zwrot i zapytałam, czy jest możliwość jego przechowania. Była sobota, zamykali za jakieś 3 godziny, więc myślałam, że dogadam się tak, aby przyjść w poniedziałek po szkole, ale pani odwieszając go (motyla noga) w najbardziej widoczne miejsce powiedziała z uśmiechem, że mogę sobie go odłożyć do koszyka i będzie tu na mnie czekać godzinę. Tym razem wybiegłam i w głowie przeliczyłam, ile to może zająć z sobotnimi autobusami, wciąż biegnąc zadzwoniłam do Agnieszki, żeby przesłała mi info o rozkładzie. Kiedy dotarłam na dworzec okazało się, że limuzyna odjechała mi może 3 minuty wcześniej i musiałam czekać 30 minut. Niemożność zrobienia niczego podkreślała tylko beznadzieję sytuacji, bardzo nie lubię, gdy sama robię wszystko, aby coś się udało i nagle trach, siła wyzsza mówi "usiądź sobie na krzesełko, Carolyn". W końcu jednak dotarłam do domu, wzięłam pieniądze znowu pobiegłam na przystanek, z dworca do sklepu i łącznie spóźniłam się jakieś 8 minut, ale nikt nie stał przy moim koszyku z zegarkiem w ręku, chociaż kilka pań rzuciło mi dziwne spojrzenie, jakbym co najmniej komuś kradła tę bluzę, a tak naprawdę tylko ja miałam do niej prawo i czułabym się fatalnie przez kolejny miesiąc ze świadomością, że ktoś ją nosi albo o zgrozo, ma w swojej szafie i jest nieużywana. Cała ta historyjka sprowadza się do znanego większości powiedzenia "buy now or cry later"

Właściwie tylko tyle wydarzyło się w przeciągu ostatniego tematu, szkoła była trochę rozczłonowana przez warsztaty z teatru elżbietańskiego, liczne zastępstwa i warsztaty z kultury japońskiej, więc czas mijał mi szybko, a potem wracałam do domu i uczyłam się na sprawdzian z historii, zasypiając z podręcznikiem, ale również ze świadomością, że przynajmniej się próbowało. 

W następnej notce (tak mi dopomóż cały panteonie bóstw) postaram się Wam pomóc z zimowymi zakupami, bo dostaję dużo pytań o moje propozycje szalików, butów, czapek i innych rzeczy - prawdę mówiąc, sama niczego nie odświeżam w swojej szafie, ale chętnie wygrzebię Wam kilka perełek z ebaya i innych stron internet, dlatego nowicjuszy zapraszam do obserwacji, a stałych czytelników standardowo w następny piątek, luv ya

 eliza boots - public desire / ripped pants - trift shop + scissors / top - h&m / furry blouse - trift shop
hat - ebay / heart choker - ebay

piątek, 14 listopada 2014

tokyo street style inspirations

#np Azealia Banks - Idle Delilah

Hej! Dobiliśmy do śmiesznej liczby postów, a mianowicie 170. Co jakiś czas pojawiają się takie, powiedzmy, małe rocznice, ale pozostając w rozpoczętym na asku temacie co, kiedy i jak długo, rzuciło mi się to w oczy. Od prawie dwóch lat (dobrze mówię?) w każdy piątek zgodnie ze swoją obietnicą publikuję nowy post. Dzisiaj nie jest on skomplikowany, ale jeśli chodzi o notki, gdzie trzeba przygotować zdjęcia, poświęcam temu kolejny dzień, najczęściej z weekendu. Znaczące teksty piszę praktycznie przez cały tydzień, czasami kilka paragrafów trzaskam w dwie godziny, czasami tylko dorzucam kilka linijek. O dziwo nie jest to mój lament, bo prawdę mówiąc - nie mam nic ciekawszego do roboty. Poświęcanie tyle czasu bezowocnemu zajęciu jest faktycznie problematyczne dla ludzi, którzy mają jakiekolwiek życie, więc nie dziwę się, że ktoś dodaje notkę raz na dwa miesiące, bo "nie ma czasu". Co jednak jest dla mnie szokujące - osoba z tak słomianym zapałem jak ja wciąż się nie poddała. Pewnie bym to zrobiła, gdyby nie grono moich znakomitych obserwatorów lub nie tyle co obserwatorów, a faktycznych czytelników (jednego dnia liczba followersów tego bloga zmieniła się z 936 na 933, gdzie podziały się trzy osoby w ciągu kilku godzin?). Dlatego kłaniam się nisko, kończę krótkie przemyślenia i zapraszam na nową garść inspiracji z mojego ulubionego miasta pod względem street stylu (i mnóstwa innych rzeczy - nie czarujmy się) - TOKIO!


piątek, 7 listopada 2014

oh sweet fuckery

#np Lady Gaga - Fashion 

Cieszcie się wszyscy swoim długim weekendem, ja sobie wstanę w poniedziałek o 6:00 i przesiedzę kilka godzin w szkole, więc teraz dla odstresowania pójdę spać na kilkanaście godzin, a potem dokończę czytanie mang i może zabiorę się za jakieś nowelki Edgara Allana Poe, bo czemu nie? I tak nie mam nic lepszego do roboty, nawet pisanie mi nie wychodzi, bo jestem tak wykończona, że z trudem trzymam się w pozycji siedzącej, najchętniej zatoczylabym się gdzies i zasnęła na kilkanaście godzin. 
2 godziny później: Nie zdążyłam nawet dokończyć pisania, mimo iż nie mam niczego ciekawego do przekazania, stwierdziłam, że z tak krótkim tekstem nie warto puszczać posta, więc poszłam na krótką drzemkę, ale teraz czuję się jak 6 dni po śmierci, chociaż powoli wracam do przytomności. Wypływający z tej krótkiej historyjki morał jest skierowany głównie dla mnie i idzie następująco: piątkowe popołudnie mi nie służy, właściwie jak każdy inny dzień. 

Zostawiam Was w ten beznadziejny dzień z wygodnym outfitem z czwartku, gdy poszłam wysłać jednej vintedziance (te słowo jest wyjątkowo irytujące, ale nie będę się już bawić w peryfrazy, nie ta godzina, rozumiecie) paczkę z zakupioną bluzą, bo po przeczytaniu książki #GIRLBOSS wzięłam sobie bardzo dosłownie zdanie o ubieraniu najbardziej fancy ubrań nawet idąc na pocztę. A zdjęcia zrobione na mojej ulubionej ściance. 
Przy okazji oczywiście zapraszam na moje vinted i wspieranie akcji charytatywnej pt. "zasponsoruj giveaway na blogu carolyn"


pants - h&m / mesh top - trifted / pom pom ties - ebay / jacket - h&m / fishnet socks - ebay /
 choker - ebay

piątek, 31 października 2014

happy #ValfreHalloween

#np 『rockleetist 』 Can't I Even Dream?

Wesołego Halloween! Przyznam szczerze, że już miesiąc temu sprawdzałam, w jaki dzień wypada halloween i jak to rozplanować w czasie, a gdy zorientowałam się, że jest to piątek, dear Lord, czy to może być dzieło przypadku? Z pewnością nie, raczej dzieło zwykłej cykliczności, a jednak nie mogło być już lepiej dopasowane do mojego grafiku. Od tego momentu zaczęłam intensywnie myśleć, co można w takim dniu napisać na blogu, oprócz sztampowych postów typu: kopiowanie z google jakiś podstawowych informacji, żeby zabłysnąć swoją multikulturową wiedzą albo potoku słów, jak to bardzo amerykanizujemy Polskę i właściwie to już tydzień przed świętem zmarłym powinniśmy szorować groby i płakać nad marnością życia. Dla mnie halloween ma takie znaczenie, że mogę wyjść na ulicę w kokardkach z gałką oczną i wydaje się to w ten jeden dzień w roku społecznie akceptowane. Jeśli gustujesz w dziwacznych akcesoriach lub po prostu ubierasz dzień w dzień czerń, zaczynasz mimowolnie lubić 31 października. 
Wiecie lub nie, jestem samozwańczą giveaway whore, codziennie wynajduję różne konkursy i czasem myśle, że moje życie przypomina stereotypową amerykańską panią domu, której świat kręci się wokół wycinania kuponów z gazety, ale tak - zdarza mi sie zapisywać daty poszczególnych rozdań, aby niczego nie przeoczyć. I wlasnie jakieś 2 tygodnie temu dowiedziałam się o konkursie organizowanym przez Valfre, ilustratorkę, ktorej prace pokazywałam na blogu. Tu nawet nie chodzi o nagrodę i mowię to wszystkim, którzy mnie słuchają, liczy się sama możliwośc bycia jedną z jej dziewczyn, bo o to wlasnie chodziło. Wygrywa najlepsze przebranie. Uważam, że są o wiele lepsi ode mnie (cóż można wyczarować z 97% czarnej garderoby, gdy rysunki valfre to ekspozja kolorów), ale i tak wypadam nienajgorzej 

Nie lubię nazywać robieniem zdjęć na bloga sesjami, bo wydaje mi się, że to słowo zbyt wyniosłe, ale tym razem zanim cokolwiek przygotowałam z panią fotograf, make up i doczepianie sztucznych rzęs (o zgrozo) zajęły więcej czasu niż przewidziałam, na dworze zrobiło się ciemno i tyle było dobrego światło. Niektórym zdjęciom dodało to klimatu, inne wyglądają okropnie, ale powtarzanie tego całego procesu w inny dzień byłoby ponad moje siły i tak już nadwyrężone przez nieludzkie pozy, jakie przybierają Valfre Gals. Niemniej jednak, zapraszam na dzisiejsze zdjęcia:



piątek, 24 października 2014

blurring the line between real and the fake

#np Lana del Rey - National Anthem

Zbliżamy się nieustannie do mojego ulubionego okresu w roku, więc narasta we mnie ekscytacja, a jednocześnie zaczynam biegać z wszystkimi pomysłami, wiecznie czegoś mi brakuje i wymyka się, a byłam pewna, że już zostało pochwycone. 
To była poetyzacja tego, że najprawdopodobniej w halloween zapalę sobie świece w rytualnym kręgu i będę czytać wszystkie mangi Junjiego Ito, a może i nawet zaszaleję z czymś bardziej egzotycznym po przejrzeniu mojego ulubionego tumblr o horror mandze. Pytacie, skąd biorę pomysły na halloween - głównie stamtąd, czasem też przeglądam instagrama artystek makijażu i zachwycam się tymi dziełami, których ja oczywiście nie umiałabym powtórzyć. Poniżej kilka obrazków, aby lepiej wczuć się w ten klimat, tak jakby ktoś nie przechodził koło stoisk pełnych dyń i kiczowatych strojów. 











piątek, 17 października 2014

CAROLYN GOES HALLOWEEN: pumpkin face & hair mask

Hej! Mamy w końcu jesień, zbliża się halloween i chociaż ja uwielbiam to anty-święto w Polsce, w tamtym roku na bloggerze pojawił się wysyp postów, jak to źle kultywować zagraniczne tradycje i sprzedawać duszę poprzez wycinanie dyń i zbieranie cukierków. Dzisiaj zatem coś lżejszego, bo i do halloween pozostał tydzień. Myślałam, czy nie opublikować tej notki 31, ale jeśli z supermarketów mają poznikać sezonowe produkty, to lepiej zrobić to wcześniej, prawda? A poza tym, sama nie mogłam się doczekać. Jesień to dla mnie zimno, zimno, jeszcze zimniej i nagle przychodzi okres października, gdy człowiekowi robi się cieplej w sercu na widok babeczek z lukrowymi dyniami i kupuje zapas słodyczy dla dzieciaków, z gorzkim uczuciem, że jest się za starym na takie zabawy.

Bez dłuższego rozczulania nad sobą, przechodzę do jesiennego diy na które długo czekałam i cieszę się, że kolejny raz wcielam się w rolę królika doświadczalnego i testuję dziwne przepisy wyciągnięte z odmętów internetu. Bo trzeba przyznać, nie każdy ma odwagę do próbowania kosmetyków domowej roboty, prawda? 
Wszystkie proporcje, jakie podaję mają zapełnić moje słoiczki kupione w Pepco. Należy je modyfikować w zależności od własnych potrzeb. Głównym składnikiem jest puree z dyni, które w okresie halloweenowym można kupić w wielu marketach, ale o wiele zabawniej jest spróbować własnych sił kulinarnych i przyrządzić je w domu, a jest to banalnie proste (- powiedziała Carolyn, która ogranicza się do obsługi mikrofalówki). Według speców od gotowania najlepsza jest odmiana małych dyń (takiej właśnie używałam), jeśli chodzi o walory smakowe, ale z góry zakładam, że nie tego będziemy oczekiwali od maseczki na twarz i włosy. Swoim dynią odkrawamy górę z ogonkiem, przecinamy na pół i wydrążamy miąższ z pestkami. Wykładamy blachę papierem do pieczenia, kładziemy połówki dyni środkiem do dołu i wkładamy do wcześniej rozgrzanego pieca w temperaturze 200 C na 30-35 minut (nieźle wybrnęłam z tego, że nie napisałam prędzej, iż powinniście byli włączyć piec?). Po upływie tego czasu wystarczy tylko ściągnąć skórkę, która odchodzi bardzo łatwo i zmiksować wnętrze dyni na puree.

maseczka do twarzy:
2 łyżki puree / łyżeczka soku z żurawiny / łyżeczka miodu / szczypta brązowego cukru (jeśli potrzebujecie peelingu, można dodać go więcej) / szczypta cynamonu
Nakładam ją po prysznicu, pozostawiam na ok. 10-15 minut i dokładnie myję twarz.


maska do włosów: 
2 łyżki puree / 1 łyżeczka miodu / 1 łyżeczka jogurtu / 1,5 łyżeczki oleju kokosowego
Maskę nakładam na suche bądź zwilżone włosy na ok. 10 minut, a następnie dokładnie je myję. 

Samo wykonanie nie potrzebuje swojego opisu, wystarczy wszystko wpakować do słoiczka lub pierw do miski i dokładnie wymieszać. Ważne jest również, aby pamiętać o odpowiednim przechowywaniu, najlepiej trzymać je do tygodnia w lodówce.

A tak prezentują się moje dwa słoiczki: ciemniejszy (z cynamonem) to maseczka do twarzy, a jaśniejszy - do włosów.

Składniki zawarte w dyni wygładzają skórę, złuszczają martwy naskórek, regulują zawartość wody w komórkach, pomagają przy podrażnieniach, a więc w kosmetykach, czy też nie - po dynie warto sięgać, a gdy jesienią pojawiają się w sklepach, warto je kupować. A Wy, wykorzystujecie jakoś dynię?

.post-body img { width:1200px; height:auto; } post-body img {border:none !important ;}