piątek, 20 stycznia 2017

Too Faced SWEET PEACH PALETTE review


Hej! Na dzisiaj miałam w rozpisce recenzje innego produktu Too Faced, mianowicie Grand Cafe, ale los chciał, żebym dostała od chińskiego sklepu agresywnie brzoskwiniową sukienkę z golfem, którą trzeba będzie pokazać jak najszybciej. Oczywiście jest to memiczna sytuacja oczekiwania vs rzeczywistość, bo zamówiłam kieckę w kolorze pudrowego różu, a dostałam wyzwanie, jak to w ogóle pokazać na blogu. I co człowiek myśli w tym momencie: sweet peach.



Czy jest osoba, która jeszcze nie słyszała o nowej kolekcji Too Faced Sweet Peach? Well, jesteście late af albo zwyczajnie nie interesujecie się światem kosmetyków. Brzoskwiniowa paleta pojawiła się już na wiosnę 2016 jako edycja limitowana i rozeszła się w mgnieniu oka. Ledwo zdążyłam sie zastanowić nad jej kupnem, a ona była już niedostępna na polskiej strony sephory. Równie szybko Chińczycy wzięli się za opracowanie podobnej kompozycji cieni, wiec nastąpił wysyp brzoskwiniowych podróbek sprzedawanych w cenie oryginalnej palety albo i większej, bo przecież za edycje limitowana trzeba zapłacić więcej. Ja się już pogodziłam z tym, ze nigdy nie wąchnę Sweet Peach i gdy w grudniu zobaczyłam filmik na kanale Too Faced, że paleta wraca, ba z całą kolekcją, byłam w siódmym niebie. Na stałe czy nie, tym razem byłam gotowa nastawić sobie budzik i odświeżać stronę Sephory, tak jak niektórzy cudują z kosmetykami Kylie Jenner. 

Ale im bliżej premiery palety w Polsce, tym bardziej zaczęłam kwestionować potrzebę jej kupna. Na święta dostałam kawiarenkę Too Faced (recenzja coming soon), więc miałam mnóstwo nowych cieni do zabawy, a na brzoskwinkę poczęłam patrzeć dość krytycznym okiem. Hype był niesamowity, szczególnie po wszystkich imprezach PR-owych i paczkach, które dostały youtuberki. Przecież ta paleta pachnie brzoskwinią, Carolyn, potrzebujesz tego w domu. Spójrz na te opakowanie, nikt nie robi ładniejszych opakowań niż Too Faced. I tak oto kupiłam sobie Sweet Peach

Przyszła do mnie w poniedziałek 9 stycznia, ale oczywiście musiałam odczekać kilka dni, żeby się na nią napatrzeć, a dopiero potem, z cała nabożnością, zaczęłam używać pierwszych cieni. Są bajeczne, pigmentacji nie można niczego zarzucić, mamy matowe kolorki, idealne transition shades, ale tez dużo bardziej błyszczących, które nałożone palcem wykańczają makijaż. Zauważyłam, ze te jaśniejsze delikatnie się osypują, ale nie przeszkadza mi to zbytnio. Jedynym minusem w tej palecie jest dla mnie brak jakichkolwiek czerwonych cieni. Jak można stworzyć paletę inspirowana brzoskwinia, dodać mnóstwo brązów, fiolet z zielenią i pominąć ten jeden, arcyważny kolor? Oglądałam ostatnio porównania burgundowych paletek i praktycznie nikt nie wspomina o Venus II (widzieliście post z codziennym makijażem) z Limę Crime, a to właściwie Sweet Peach w dużym skrócie. Cenowo wychodzi trochę kiepsko, bo jest to mała paletka, a kosztuje w Polsce koło 150 zł, jednak to przez nią miałam wątpliwości, czy zdecydować się na cienie Sweet Peach, bo 2 niemalże identyczne brzoskwiniowo-koralowe kolory miałam juz od dawna, a użyłam ich jedynie kilka razy. Dodatkowo znajdowały sie tam dwa szkarłatne kolory, niezbędniki każdej grunge hoe. Jednak gorzej z brązami, bo w Venus mamy tylko szarawy kolorek, który aż prosi sie o załamanie w powiece, ciemny brąz i coś a'la karmel. Ostatnim cieniem z Lime Crime jest Aura, prześliczny, perłowy, uniwersalny jak jasny pieron, bo możecie go użyć pod brwiami, w kąciku oka, na powiece lub jako rozświetlacz na policzkach. I to kolejny kolor, którego mi brakuje w Sweet Peach. Mamy z 3 super jasne odcienie bazowe, ale żadnego shimmery, który przyjąłby rolę Aury

Podsumowując moje wrażenia, gdyby ktos połączył te obie palety, byłabym zachwycona. Mimo wszystko nie żałuje zakupu Sweet Peach, a to przez oszałamiające, ciepłe brązy, które wyglądają inaczej niż wszystko, co kupiłam do tej pory, poza tym, neutralnych kolorów nigdy za wiele, prawda? Niestety brzoskwiniowa strona trochę kuleje i jeśli zależy Wam na kolorowych makijażach, być może trzeba będzie rozejrzeć sie za czymś innym. Co do zapachu - jest. Gdy otworzyłam ją po raz pierwszy to skojarzył mi się z tymi perfumowanymi różańcami, ale po dłuższym użytkowaniu muszę przyznać, że jest to bardzo słodki, brzoskwiniowy zapach. Chocolate bon bons wciąż pachnie czekolada, wiec mam głęboka nadzieje, ze ta woń wytrzyma równie długo. 
Póki co, mogę powiedzieć, że czuje brzoskwinie, kiedy myję wieczorem pędzle, a to całkiem przyjemne, bo nienawidzę mycia pędzli. 


Bonusowo odpowiem na wiadomości, które ostatnio zaczęłam dostawać na twitterze, curiouscat czy innych miejscach, jakoby Too Faced nie było już odpowiednie dla osób przejmujących się losem zwierząt. Get the tea ready.
Zacznijmy od źródła tych niepokojów - czyli wykupieniu Too Faced przez Estee Lauder. Znany jest on z produktów z wyższej półki i jak możecie się domyśleć - testów na zwierzętach. Ciekawostką jest, że to właśnie dla tego giganta kosmetycznego pracowali założyciele Too Faced, Jerrod Blandino i Jeremy Johnson. Jednak nie znaczy to, że marka od razu zmieni swoją politykę. Skłaniam się ku opcji, że mimo wejścia na rynek chiński, straciliby znaczne grono swoich dotychczasowych klientów, ale nie o moje domysły chodzi, prawda? Estee Lauder is committed “to provide innovative, cruelty-free makeup products that give women the confidence to ‘have fun, play and dream big. Tak powiedzieli właściciele Too Faced, a cytat znalazłam w artykule Forbesa. Podobne oświadczenie możecie przeczytać na stronie Pety.
To nie zmienia faktu, że Too Faced nigdy nie było 100% wegańskie, bo trzeba rozróżnić dwa pojęcia - 1) jeśli marka jest cruelty free to nie sprzedaje swoich produktów w Chinach, a więc nie prowadzi testów na zwierzętach i nie robi tego w ich imieniu żaden z dostawców materiałów potrzebnych do wyrobu kosmetyków; 2) jeśli marka jest wegańska to w swoich produktach nie używają składników pochodzenia zwierzęcego. Na ich stronie możecie znaleźć kompletną listę produktów vegan-friendly.

Więc kupować kosmetyki Too Faced czy nie? Dla mnie to taka sama zagwozdka jak jedzenie w restauracji czy robienie zakupów w supermarkecie. Oczywiście, że można iść do wegańskiej knajpki i zaopatrzyć się w eko delikatesach, jednak ja jestem z tych osób, które wolą pokazać przeciętnym sprzedawcom, że jest zapotrzebowanie na produkty roślinne. I tak też podchodzę do sytuacji z Estee Lauder - będą na mnie zarabiać pieniądze, ale pośrednio daje im znak, że podoba mi się polityka Too Faced i chcę więcej takich marek.

turtleneck pink dress: NEWCHIC //  ROSE HAIR EXTENSTIONS

piątek, 13 stycznia 2017

you rid me of the blues

#np The 1975 - Medicine 

Wraz z temperaturami poniżej -15 stopni nastały czasy zdjęć w pokoju, bo pozowanie na mrozie mam przetestowane do tylko do -5, a zbliża się sesja i nie mogę sobie pozwolić na zdychanie w łóżku, więc jakiś czas wszyscy musimy się pomęczyć :(

Hello!! Here's a super quick post featuring my lace up top from tosave.com. Too bad it's so freezing cold outside that I can't take any prettier photos but for now, this will do. 

necklace - H&M // hat - CHOIES // top - TOSAVE.com // pants - zara // shoes - deezee

piątek, 6 stycznia 2017

FAVOURITE BOOKS OF 2016

#np Rihanna - james joint

W poprzednim poście wyraziłam głęboki żal związany z małą liczbą książek przeczytanych w ubiegłym roku, ale w tym tygodniu pochyliłam się nad regałem i stwierdziłam, że wcale nie jest tak tragicznie. Przynajmniej nie na tyle, aby ominąć podsumowanie moich ulubionych książek z 2016.


Książka, która spodoba się wszystkim maturzystom, gdyż opowie na pytanie "jak na człowieka wpływa literatura?". Fatalnie, oczywiście. Kolombina (oczywiście pseudonim art hoe musi nawiązywać do włoskich komedii) przybywa do Moskwy, którą idealizuję, widzi w niej wybawicielkę od wiejskiej nudy. W końcu może nosić odważne stroje i oddawać się próżnym rozrywkom. Kiedyś rozmawiałam z moim przyjacielem o rosyjskiej literaturze i powiedział zdanie, które strasznie mi pasuje do tej krótkiej recenzji: "czy w Moskwie kiedykolwiek zdarzyło się coś dobrego?". Raczej nie. Tym razem mamy obraz miasta ogarniętego chorobą wieku XIX, prasa regularnie donosi o samobójstwach młodych ludzi, którzy personalizują Śmierć i traktują ją, jako swoją kochankę. Główna bohaterka dołącza do podziemnej loży, gdzie regularnie losuje się nowych partnerów Śmierci. Zjawia się tam też Erast Fandorin pod pseudonim "Nameless", niezbyt przekonany atrakcyjnością samobójstwa zabiera się do rozwiązania zagadki kryminalnej. Przyznam szczerze, że nie jest to moja ulubiona książka Akunina, ale klimat brudnej Moskwy i tajemnicy nie do rozwikłania został utrzymany.

Ballada o Narayamie to zbiór japońskich opowiadań, które wypożyczyłam na początku 2016 i pochłonęłam praktycznie z automatu. Naturalnie zdarzały się takie, które czytałam z trudem - przeważnie te samurajskie opowieści w stylu Yasunariego Kowabaty, których kunszt doceniam, ale sama szukam jeszcze rozrywki w czytanych książkach oraz te, które sprawiły, że googlowałam autorów, by poszukać innych tekstów. Zdecydowanie zaskoczył mnie Jun'ichirō Tanizaki, którego opowiadania odstawały na tle reszty, a po przeczytaniu mogłam powiedzieć jedynie "wow". Chciałabym przeczytać w wakacje jedną z jego powieści. Oprócz tego zrobił na mnie wrażenie Bluszcz cmentarny na Przełęczy Kościotrupa, dla zainteresowanych - tutaj jest dostępny online. Opowieść o kazirodczym związku, coś pomiędzy Kwiatami grzechu (manhwa) a Sto lat samotności.

Kolejny zbiór opowiadań, tym razem odnaleziony w domowej biblioteczce. Ciekawostką jest, że brat mojego dziadka wygrał go w konkursie szkolnym. Wszystkich nie przeczytałam, ale te, które zaliczyłam były dziwne. Dziwne, ale ciekawe. Z literaturą niemiecką stoję gorzej niż z japońską czy rosyjską, ale również znalazłam kilku ciekawych autorów. I właśnie za to przede wszystkim cenię opowiadania, bo to taki trailer pisarza. Kilka kartek i mogę być tak zafascynowana, że przeczytam grubszą powieść. W głowie utkwiło mi jedno opowiadanie: Rozpustna mniszka. Nie powiem Wam, czy naprawdę tak oddziałuje na psychikę albo po prostu ja jestem boidupą, ale długo o nim myślałam.


Obok innej różowej książeczki na temat koreańskiej pielęgnacji, pozycja obowiązkowa wśród blogerek chcących poznać sekret udanego życia. Mnie standardowo włączył się alarm weeaboo po przeczytaniu w tytule japonki. Nie była to rewolucyjna pozycja, bo większość przepisów i tam wymaga składników niekoniecznie dostępnych dla osób z małych miast, a przede wszystkim lwia część nie była wegańska. Jednak można dowiedzieć się czegoś więcej o japońskiej kuchni, nie tej znanej z azjatyckich restauracji, ale tradycyjnej, domowej. Autorka opisuje swoje życie w Nowym Jorku, jak przytyła w Ameryce musiała powrócić do rodzimych składników, choć nie tylko o samo jedzenie chodzi, ale też sposób jego podania, bo co udowadnia ta książka - filozofia japońskiej kuchni jest tematem bardzo obszernym.

A jakie pozycje Was urzekły w 2016? Dajcie znać w komciach!!

niedziela, 1 stycznia 2017

DEAR 2017 ME



Zbieram się od kilku dni do napisania tego posta, bo to kolejna z blogowych tradycji, aby pod koniec grudnia podsumować cały rok, ale trochę zabrakło mi słów. Pierwszy raz się gramolę i omijam pewne tematy, bo pierwowzór tej notki był tak emocjonalny i bezpośredni, że równie dobrze mogłabym go to wysłać listem do kilku osób. Piszę wszystko od nowa, machinalnie, na chłodno.

Nie wiem, czy jest sens robić dokładne podsumowanie wraz z opisem każdego miesiąca, tak jak robiłam to ostatnio, bo nie jestem pewna, na ile przeżyłam ten rok, a na ile przeszłam go jedynie somnambulicznym krokiem.
Od stycznia uczyłam się do matury, bo założyłam sobie, że to już taki deadline opieprzania się i pora na cięższą pracę. W praktyce powoli zaczęłam robić zadania z matematyki, bo każda matura próbna pisana na 30,32% nie dawała mi pewności, że na oficjalnej będę miała tyle samo szczęścia. Na początku przychodziło mi to opornie i więcej czasu zajmowała mi znalezienie w internecie teorii, którą trzeba było uzupełnić, niż jakiekolwiek obliczenia, ale wszystkie moje trudy zaowocowały 68% z tej części egzaminu. Od połowy kwietnia zaczęłam też czytać streszczenia wszystkich lektur i przerabiać we własnym zakresie motywy literackie, bo ustny polski był kolejną próbą przed którą drżałam, bo stres odcina mi wszystkie drogi logicznego myślenia, przez co zostaję z pustką w mózgu. Niewątpliwie zadziałało moje dziwne szczęście, gdyż dostałam temat z poprzedniego dnia, tylko z innym tekstem kultury. To w sumie wszystkie przygotowania, jakie podjęłam w związku z maturą. Co do angielskiego, który był dla mnie faktycznie ważny, bo liczył się na studia - zdałam się na moją wiedzę z internetu i mang, bo uczenie się z książek sprawia, że kwestionuję nawet present simple, a takie kombinowanie jest niezdrowe w kwestiach lingwistycznych (i nie tylko). Do czasu wyników żyłam w przekonaniu, że nie poszło mi jakoś olśniewająco, ale ostatecznie osiągnęłam swój cel, bo miałam ponad 90%. Wciąż nie czułam się bezpiecznie, jeśli chodzi o pozycję na liście zakwalifikowanych studentów, mimo to dostałam się w pierwszym rzucie na filologię angielską ze specjalizacją tłumaczeniową językiem japońskim!
Jakiś czas potem zaczęłam kurs prawa jazdy. Niestety części praktyczniej nie wspominam dobrze, z racji, że trafiłam na instruktorkę, która podczas 2 godzin jazd potrafiła powiedzieć "kurwa" i "ja pierdole" z 20 razy, usłyszałam nawet, że jej 15-letnia obsługuje samochód lepiej niż ja albo, że jeśli mnie nauczy jeździć, to nawet psa mogłaby wytrenować do prowadzenia. Teraz może się  to wydawać nieco zabawne, ale wtedy skręcało mnie ze stresu, gdy szłam w stronę toyoty yaris. Po przyjściu do domu potrafiłam cały dzień o komentarzach ze strony instruktorki, poważnie mi to ciążyło na psychice, bo byłam traktowana tam jak śmieć. Pod koniec kursu nasze stosunki nieco się unormowały, co nie zmieniło faktu, że nie zdobyłam się na zapisanie na egzamin. Nie chcę jeździć autem i szczerze żałuję, iż w ogóle się tego podjęłam.
W październiku przyszedł czas na pierwszą samodzielną podróż zagranicę, bo skończyła się długa laba i wzywała sosnowiecka uczelnia. Miałam wiele obaw związanych z tymi studiami, między innymi bałam się tego, że jak w anime, będę tą emo uczennicą siedzącą w tyle klasy, która mimo szczerych chęci zyskania przyjaciół, jest zbyt nieśmiała na jakąkolwiek interakcję międzyludzką, więc udaje, jakoby wybrała styl życia samotnika. Tak się jednak nie stało, bo zyskałam kilku znajomych, którzy zdają się mnie tolerować (?????) i mimo tego, że wielu ludzi uważa Sosnowiec za katabazę, dla mnie okazał się być świeżą glebą, na której mogłam odrosnąć.
Wir nauki zupełnie mnie pochłonął. Po miesiącu uświadomiłam sobie, jak bardzo niedoceniani są studenci filologii. Czas wolny zmalał mi do kilku godzin w ciągu weekendu, które i tak zwykle spędzałam mając pod ręką ćwiczenia czy kserówki. Wiedziałam, że przez studia będę miała mniej czasu na bloga, jednak nie sądziłam, że zacznę się ścigać z czasem robiąc zdjęcia 10 minut przed wyjściem z domu i pisząc notki na tablecie w autobusie. Moja motywacja do robienia czegokolwiek w internecie spadła do minimum, bo wiedziałam, że to, co publikuję, nie jest tak dobre, jak mogłoby być. Ale hej, wciąż tu jestem!
Tak mi zleciało do grudnia, gdzie przedświąteczny okres umilałam sobie najgłośniejszym chyba anime roku (oczywiście ze względu na parę gejów), czyli yuri on ice. Oprócz tego wzięłam się za nadrabianie lektur na literaturę angielską i od tygodnia gniję w łóżku. Jednak humanistyczna cząstka mnie nie pozwala przeczytać streszczeń w internecie, więc ostatnie dni 2016 poświęcam Guliwerowi.
Nie podchodzę śmiertelnie poważnie do postanowień noworocznych, chociaż fajnie wyznaczać jakieś cele, milestones, które będą nas doskonalić. Z ciekawości sprawdziłam, co pisałam w styczniu:
1. zdanie matury - yas bitch werk
2. dostanie się na jakieś sensowne studia (i żeby to nie wyglądało jak bieganie nago po akademiku w the sims 2) - chyba wolałabym, żeby to wyglądało jak bieganie nago po akademiku w the sims 2
3. zgłębienie tajników makijażu - nie sądzę, żebym była w ogóle blisko stwierdzenia, że jestem dobra w mejkapy, ale dużo się przez ten rok nauczyłam, a w szczególności wydawania pieniędzy na drogie kosmetyki, których mi potem żal używać i muszę sobie sama tłumaczyć, że skoro już zapłaciłam, to nie mogą się zmarnować. No, ale skoro ich nie umiem używać, to i tak będzie marnotrawstwo, czyż nie? Tak oto znalazłam się w chocholim kręgu.
4. więcej mówienia do kamery - nagrywam snapy, kiedy tylko mam coś sensownego do powiedzenia i pokrywa się to z moim czasem wolnym! strasznie się cieszę, że liczba oglądających stale rośnie, a Wy akceptujecie mnie taką, jaką jestem. Ba, nawet mówicie, że poprawia Wam to humor.
5. więcej książek - to prawdopodobnie najbardziej rozczarowujący punkt, bo wcale nie czytałam tak dużo, jak chciałam i mogłam, a przecież ileż to miesięcy przesiedziałam w domu. Lista z przeczytanymi książkami jest tragicznie mała, większą część niestety zajmują lektury, przez co bardzo wątpię, aby w tym roku pojawił się jakiś post z moimi ulubieńcami 2016 :(
6. więcej filmów - wciąż jest to dla mnie dziwna rozrywka, ale wydaje się mi się, że w porównaniu z innymi latami, zobaczyłam bardzo dużo filmów. Nawet w ubiegłym tygodniu zaliczyłam dwa - Magnolię i Neon demon.7. regularne prowadzenie dziennika - specjalnie go otworzyłam, żeby przekartkować te kilka wpisów, które przez ten rok poczyniłam i stwierdziłam, że przytoczę notkę z 1 stycznia: piszę czarnym długopisem Balmain, więc chyba powodzi mi się dobrze w tym 2016. Jestem ciekawa, jak go zakończę. Żałośnie Carolyn. Wróciłaś do swojego rozwalającego się pióra z początków liceum, którego chyba już nawet nie produkują.
8. częstsze zmiany mood boardów - nie sądzę, żebym robiła to jakoś super często, aczkolwiek staram się, aby kilka razy w roku wydrukować nowe inspiracje i wydaje mi się, że ten system działa. Gdybym robiła to częściej, nie zdążyłabym nawet wykorzystać wszystkich pomysłów.
9. zielona herbata co najmniej 2 razy dziennie - to moje minimum. W weekendy piję dużo, dużo więcej. Trochę nadużywam zielonej herbaty.
10. wypróbowanie nowych wegańskich przepisów - co prawda nie mam teraz czasu na gotowanie, bo wychodzę z domu po śniadaniu i wracam z uczelni koło 21:00, więc jestem na gastronomicznej łasce mojej matki, ale w miarę możliwości starałam się kontynuować dzieło cooking with spierdox i w rzeczy samej, przetestowałam dużo nowych przepisów. 
11. zrealizowanie drogiego ubraniowego życzenia - chciałabym się do tego odnieść, ale "drogie" jest pojęciem tak relatywnym, że nie wiem nawet o jaki próg cenowy chodziło mnie sprzed kilkunastu miesięcy. Chyba najdroższą rzeczą, jaką kupiłam w tym roku były lacie Rihanny i Pumy, na które nawet się nie czaiłam, ale u Agnieszki (fotograf-chan, jeśli jesteście tu pierwszy raz) wyglądały tak superancko, że po zobaczeniu korzystnej oferty w internecie stwierdziłam: biera.
12. last but not least: dożyć koncertu Justina Biebera w Krakowie - to jest w sumie śmieszne, bo przez  ten koncert to ja mogłam umrzeć. Dzicz była niesamowita, ale skłamałabym, gdybym nie powiedziała, że nie byłam podekscytowana. Macie czasem coś takiego, na co długo czekacie, że wychodząc z domu myślicie sobie "kurde, szkoda byłoby, jakby mnie teraz coś potrąciło". No, ja tak miałam.

W tym roku praktycznie nie myślałam o postanowieniach, chciałabym przede wszystkim przebrnąć przez ten 1 rok studiów, daj Boże bez uszczerbku na zdrowiu. Oprócz tego narzucam sobie obowiązek czytania przynajmniej jednej książki w miesiącu, wyłączając lektury i mangi. Życzę sobie więcej drogich kosmetyków, z którymi nie będę wiedziała, co zrobić, a mniej niezręcznych interakcji z ludźmi. Wcześniejsze chodzenie spać. Robienie estetycznych lunchboxów. Utrzymywanie porządku w garderobie. Nieodkładanie niczego na rano, bo i tak rano tego nie zrobię. Zadbanie o pielęgnację skóry. Zakup nowej, fancy biżuterii, bo gubię wszystkie pierścionki i kolczyki.

A dla Was drodzy czytelnicy mam tylko jedną prośbę: bądźcie z siebie dumni. 2016 zmęczył nas wszystkich i chociaż masa osób nawołuje do rozpoczęcia roku z miłością w sercu, czasem nie jest tak łatwo odciąć się od nawiedzającej przeszłości. Chciałabym Wam pokazać coś, co odkopałam w swoim folderze z inspiracjami, a co od dawna wisi na moim moodboardzie i przypomina mi, że moje emocje są moje. I nikt nie może mi dyktować, jak powinnam się czuć.

Od pewnego czasu zaczęłam odczuwać dyskomfort czytając wpisy, że ktoś jest do niczego, czuje się beznadziejnie, że nigdy nie doścignie dziewczyn, które nawet nie wyglądają tak, jak na zdjęciach w internecie. Z jednej strony chce się taką osobę przytulić, pocieszyć jakimś sentymentalnym tekstem, z drugiej strony mam ochotę mocno nią potrząsnąć i przywołać do porządku. Hej, koleżanko i kolego - 2017 to idealny czas, żeby zacząć grać w swojej drużynie. Rozmawiać ze sobą. Doceniać siebie. I feel like the worst so i act like i'm the best. Tego Wam życzę, żebyście kurka wódka pracowali nad pewnością siebie, a nawet jeśli jej poziom skoczy tylko o 1%, zawsze to krok naprzód.


poniedziałek, 26 grudnia 2016

NYE inspirations ft. StyleWe.com

Hej! Pojedzone i poświętowane? W takim razie przechodzimy do kolejnej okazji, żeby kupić sobie coś nowego. Nawet nie trzeba wychodzić z domu - ja sama planuję sylwestra z historią angielskiego obszaru językowego, ale uwielbiam szukać inspiracji i oglądać makijażowe tutoriale. Tym razem mam dla Was kilka różnych boardów, które przygotowałam wraz ze stroną StyleWe.com.

Although I hate the idea of celebrating NYE, it's always pleasing to watch some beauty tutorials and search for sparkling outfit ideas. If you still not sure what to wear - I got you. Well, me and StyleWe. You can go over hundreds of party dresses and find the style you like the most. Aditionally, you can check their article on beach waves hair, if you're going for something more natural.



.post-body img { width:1200px; height:auto; } post-body img {border:none !important ;}