piątek, 31 lipca 2015

DIY CALENDULA BATH SOAK // BLUE MOON


#np Kanon x Kanon - Calendula Requiem

Hej! Jakiś czas temu zainteresowały mnie rytualne kąpiele brane podczas pełni księżyca. Brzmi to dziwnie, może trochę niepokojąco, ale jako wielka miłośniczka udawania Ofelii w wannie musiałam sprawdzić o co właściwie chodzi i dlaczego ma być to niby lepsze od każdego innego dnia. Otóż podobno podczas pełni nasze zdolności regeneracyjne działają wtedy wyjątkowo intensywnie. Kończąc z magią: cała istota leży w składnikach, których używa się do kąpieli. Zazwyczaj jest to mieszanka soli, kwiatów i olejków (które w tym przepisie sobie podarowałam, ze względu na niebieską sól zapachową). Pomagają one wydalić toksyny w procesie osmozy (zabawny fakt: biologia brzmi bardziej magicznie niż rzeczywista magia). Ale jeśli mamy jeszcze raz wrócić do wierzeń związanych z kalendarzem księżycowym, to w tym miesiącu jedną pełnię już mieliśmy 2 lipca. Kolejna przypada dzisiaj i będzie zwaną niebieskim księżycem (blue moon), bo tak tytułuję się drugą pełnię w tym samym miesiącu, co uwaga, kolejny naukowy fakt: zdarza się co kilka lat, kolejny blue moon pojawi się dopiero w 2018. 

Następnym punktem research'u było znalezienie jakichś gotowych mikstur, ale nie od dziś wiadomo, że naturalne, ręcznie robione kosmetyki kosztuję rękę i nogę, a wykonane są zazwyczaj z produktów, które nawet jeśli są kupowane przez internet - wychodzą nawet dwa razy taniej. Chociaż może sekret tkwi w ich ładnych opakowaniach i firmowej naklejce? Trudno, polskie czarownice muszą zadowolić się słoiczkami za 4 zł, chociaż jak ktoś się uprze, to może sobie nawet stworzyć własne logo i nakleić, można? Pewnie, że tak.

Składniki na moją sól (nie piszę proporcji, bo nie odgrywają większej roli, a i tak będą się zmieniać w zależności od Waszych pojemników oraz ilości kąpiel do których chcecie ją wykorzystać), here we go:
* sól z Morza Martwego
* sól morska niebieska
* suszony, herbaciany nagietek
* płatki polnego kwiatka bez nazwy (nada się wszystko)

Początkowo chciałam wymieszać sole bezbarwne, ale stwierdziłam, że niebieski kolor będzie pięknie wyglądać wraz z pomarańczowymi płatkami nagietka, znanego ze swoich bogatych składników i właściwości leczniczych, jeśli o skórę chodzi jest bronią właściwie na wszystko: trądzik, zaskórniki, rozstępy, działa wygładzająco i ochronnie. Do tego dochodzi sól z Morza Martwego wzmacniająca barierę ochronną skóry i świetnie nawilżającą, a to wszystko przez dużą zawartość magnezu. Jeszcze tylko kilka świeczek dookoła wanny i można zawierzyć swoje zdrowie siłom natury. Kto się skusi na taką leczniczą kąpiel podczas niebieskiego księżyca?

I got really interested in full moon baths. Seeing all the bathtubs filled with flowers, salts, oils and candles places all around made me wonder why is it so important to do it during full moon. Well, I found the answer on this blog. But since most of the bath soaks you can buy online cost way too much (yeah at least in Poland you can get all the ingredients half price and mix them at your own). Instead of ordering something for 25$ I've created my own calendula soak which looks lovely! Today is blue moon and I'm excited give it a try hehe

Ingrediends that I used:
* Dead Sea salt
* regular sea salt (I guess??) blue coloured
* calendula
* random petals

Dajcie znać, co sądzicie o tego typu DIY, bo chętnie stworzę kontynuację, raz w miesiącu jestem w stanie zmieszać kilka składników i wstawić na bloga!

środa, 29 lipca 2015

photo diary: CRACOW

Hej hej hej! Obiecałam kolejne photo diary, więc przed Wami porcja zdjęć z Krakowa. Alternatywnym tytułem tej notki powinno być "nie, Agnieszka, ja wiem przecież jak ustawić ostrość", bo oczywiście, nie umiałam, a uparłam się na tryb automatyczny, więc w domu wybrałam najlepsze z najlepszych. Starałam się je ułożyć chronologicznie, żebyście widzieli mniej-więcej jak przebiegała nasza trasa. Brakuje tylko Ottomanii z Muzeum Narodowego w Krakowie, bo nie można było robić w środku zdjęć.

Zatem krótka relacja:

Wybrałyśmy się z Agnieszką we wtorek, podróż zajęła godzinkę z Katowic i dość szybko znalazłyśmy się pod Galerią Krakowską, zaliczyłyśmy szybki shopping i pojechałyśmy zawieźć rzeczy do naszej kwatery na jedną noc. Potem wycieczka do muzeum Manggha na wystawę kimon, która była magiczna, ale co najlepsze: DARMOWA! Zawsze kiedy mogę coś zaoszczędzić czuję łaskę z niebios. Porobiłam masę zdjęć. Niedaleko jest Wawel, więc też wstąpiłyśmy, no bo być w Krakowie w celach turystycznych i nie zobaczyć Wawelu? Wstyd i hańba, dosłownie. Potem chciałyśmy coś zjeść sugerując się zeszłoroczną recenzją wegańskich lokali, ale jak się okazuje: tu za daleko, tu dojazd nie taki, tutaj w ogóle nie ma takiego restauracji, chociaż adres się zgadza, więc ostatecznie wylądowałyśmy w knajpce MOMO na naleśnikach ze szpinakiem i tofu. Dla strudzonych wędrowców był to kolejny dar. Wróciłyśmy do mieszkania, żeby się trochę odświeżyć i zastanowić nad kolejnym punktem wycieczki i wiecie co???????? okazało się, że w Krakowie istnieje kocia kawiarnia o której nie miałam zielonego pojęcia. Zatem, jak mogłabym nie udać się do mekki wszystkich kociarzy? Niestety sierściuchy były już zmęczone po całym dniu i nawet gdy się je głaskało, to nie mruczały. Normalnie rozpuszczone jak dziadowski bicz przez wszystkich miziających je klientów. Rozstaliśmy się przed 21:00, bo zbliżała się godzina i zamknięcia, a jeszcze trzeba zobaczyć klimatycznie rynek, gdzie kręci się oczywiście mnóstwo naciągaczy, więc najlepiej tylko zrobić zdjęcia i uciekać, chociaż po drodze można też wsiąść do innego autobusu i zgubić się w ciemnym Krakowie, gdyby atrakcji było mało.

Drugiego dnia ruszyłyśmy na Ottomanię do Muzeum Narodowego w Krakowie, bo jak wiecie lub nie, jestem fanką Wspaniałego Stulecia i nie mogła mnie ominąć ta wystawa o której również dowiedziałam się przypadkowo z plakatów, które są wszędzie i trzeba się postarać, żeby nie zwrócić na nie uwagi. Moja wiedza o imperium osmańskim pochodzi jedynie z serialu i krótkich wzmianek w podręczniku. Trudno jest tutaj nie przywołać sceny z Kamikaze Girls, gdy jedna z bohaterek opowiada o swojej pasji, stylu rokokowym i nagle jest zoom na szkolny podręcznik, gdzie jest tylko malutki fragment o tym nurcie. Jednak najciekawszych rzeczy człowiek dowiaduje się przeglądając wikipedię w samotne wieczore. Ale wystawa była równie pouczająca i szkoda, że nie można było robić zdjęć, bo chciałabym te obrazy zabrać ze sobą do domu.
Z galerii poszłyśmy do ogrodu botanicznego, ale było tak gorąco, że przebywanie na otwartej przestrzeni to żadna przyjemność, nawet w otoczeniu tak wielu pięknych i zadbanych roślin. Od słońca znowu dostałam wysypki. Niemniej jednak cyknęłam kilka fotek i podjechałyśmy do Galerii Krakowskiej na pożegnalne zakupy (wycieczkę otwarły i zamknęły zakupy, nie ma chyba wymowniejszej metafory konsumpcjonizmu). Muszę przyznać, że miło mieszkać w dużym mieście, bo praktycznie większość sklepów jest zaopatrzona w wegańskie dziwactwa i mogłam rozkoszować się czekoladowym mlekiem sojowym w małym kartoniku ze słomką, czy jest coś lepszego na taką pogodę? Nie sądzę.

Nie przedłużam i zapraszam na zdjęcia!


piątek, 24 lipca 2015

Always gonna steal your thunder, watch me like a dark cloud

#np Hayley Kiyoko - Girls like girls


Normalnie dodałabym photo diary z Krakowa, ale zalegam jeszcze z jednym outfitem dla Choies, więc zdjęcia pojawią się na początku przyszłego tygodnia. Trochę z tym wszystkim urwania głowy, ale miło mieć w końcu porządną kolejkę postów, może trochę rozgrzebaną, bo niektóre są tylko zaczęte lub w fazie pomysłu, ale przypominam sobie dni w roku szkolnym, gdzie nie było czasu usiąść do tego w tygodniu, więc pisało się na szybko w godzinę. 

Dziś kolejny zwykły zestawik na upalne dni. Chciałam kupić takie spodnie przez internet, ale szkoda było mi wydawać pieniędzy na coś, co założę zaledwie kilka razy przez okres wakacji, a tu proszę, trafiłam na nie w lumpeksie. Kosztowały oczywiście kilka złotych. Zieleń już się sprała, trzyma faktycznie długo jak na zwykłą piankę, ale zaczyna mnie denerwować, bo chciałam zaliczyć jeszcze fiolet w te wakacje (właściwie to już tradycja), ale poczekam z tym do końca lipca.



pants - thrift shop // jelly shoes - CCC // bralet - CHOIES // hat - CHOIES // rings - ebay 
sunglasses - ebay

czwartek, 16 lipca 2015

SIMPLE DIY HARNESS



Stęskniłam się za ręcznymi robótkami, w roku szkolnym praktycznie nie miewam dni, gdy mogę cały dzień poświęcić się jakiemuś (nazwijmy to dumnie) projektowi, więc się takich rzeczy nie imam. Ku mojemu zaskoczeniu prośby o nowe DIY na blogu napływały, a ja w końcu zabrałam się za zrobienie czegoś ultra prostego i bardzo efektownego. Wystarczy kilka gadżetów, podstawowe umiejętności obsługi nitki i igły oraz skupienie, właściwie to wszystko, czego potrzebujecie do zrobienia własnego harnessu. Właściwie nie wiem, jak przetłumaczyć to słowo. Uprząż trochę nie pasuje, skoro harness dawno już wyszedł poza krąg BDSM i stał się popularnym dodatkiem wielu stylizacji. Szelki? Nieważne, dzisiaj pokażę Wam jak zrobić swój własny harness i zaoszczędzić ok. 150 zł na sklepowym.


Obok wstawiam Wam mój ogólny projekcik, możecie go dowolnie modyfikować, dodać paski, skrócić coś lub powiększyć. W internecie znajdziecie masę różnych typów, ja zdecydowałam się na najprostszy, nie bawiłam się nawet specjalnie w tyle, bo chodziło mi jedynie o ten charakterystyczny przód okalający piersi. 
Do obrazka dołączyłam wymiary, jakimi ja się posłużyłam, oczywiście jeśli przyłożycie się do tego i odszukacie w domu miarę, mogą się one różnić.
Na wstępie chciałabym się podzielić przydatną wskazówką: guma się rozciągnie, więc lepiej nie dodawać zbędnych centymetrów "na zapas", żeby nie okazało się po zaszyciu, że wszystko wisi i zmieściłaby się tam jeszcze jedna osoba. No, teraz jak jesteście odpowiednio przeszkoleni, mogę przejść do punktu kulminacyjnego, czyli ZROBIENIA CZEGOŚ.

Składniki na jeden harness w moim wykonaniu:

* 2 metry gumy krawieckiej (zużyłam dokładnie 2 metry!!! ale jak pisałam, może być to różne w zależności od Waszych projektów)
* kółeczka/ogniwka - dostępne w pasmanteriach, sklepach internetowych. Ja użyłam 3 starych knuckle rings i 3 główek hello kitty ze starej bransoletki (eh wszystko dla bloga)
* nożyczki
* igła i nić
* akcesoria dodatkowe dla mistrzów, których nie uwzględniłam na zdjęciu: miara krawiecka i szpilki


Najlepiej zacząć od pocięcia gumy na potrzebne kawałki, a potem rozsiąść się wygodnie i doszywać kolejne części do kółek. Niestety nie można się do końca wyłączyć, bo trzeba pilnować stron, mnie machnęło się dwa razy: miałam przy jednym kółku same przody i doszyłam coś od tyłu, odpruwanie jest szybkie i bezbolesne, ale świadomość przeszywania tej samej pierdoły jest wykańczająca. Nie powielajcie moich błędów. Najwygodniej chyba zacząć od przedniej części, ja zaczęłam od paseczków pod biustem. Procesu doszywania nie trzeba objaśniać - przekładamy przez kółeczko, zakładamy jak najmniejszy fragment i jedziemy z igłą i nitką. Pewnie można się posłużyć maszyną, ale ja jestem staroświecka :(



piątek, 10 lipca 2015

DON'T BELIEVE WHAT YOU SEE

#np Adore Delano - jump the gun

Stwierdziłam, że nie będę wymyślać z outfitami, skoro jest tak gorąco i wszyscy dążymy raczej do rozebrania. Więc dzisiaj dość przeciętnie: sukienka z odzysku znaleziona na dziale dziecięcym (dzieci widocznie mają dużo wspólnego z taoizmem), okulary przeciwsłoneczne bez których ani rusz (słońce wypala oczy), creepy i kapelusz (niezbędniki każdej stylówki). Chociaż i tak sam outfit jest już pewnym kłamstewkiem, bo w ciągu dnia właściwie nie opuszczam domu i gratuluję wszystkim śmiałkom, którzy są w stanie przechadzać się rozpalonym asfaltem w samo południe. Ja znajduję sobie w tym czasie inne rozrywki i powiem Wam, że jak na razie trzymam się swoich wakacyjnych postanowień, miło spędzając czas. Czasem sobie gotuję, czytam albo i występuję w makijażu drag queen, który swoją drogą sprawia, że twarz waży jakieś +2 kilogramy, ale wymaga odpowiednich umiejętności. 
Taką naukę wyniosłam z ubiegłego tygodnia wakacji.




dress - thrifted // creepers - ebay // hat - ebat // sunglasses - allegro

piątek, 3 lipca 2015

VENITA #37: szmaragdowa zieleń

#np Blur - My Terracotta heart

Temat kolorowych włosów wciąż pozostaje topowy, zaraz po ich zrobieniu mam masę pytań, co ile rozjaśniam lub jakiego toneru używam, a wtedy owijam się w dywan i próbuję podpalić, niestety ciężko jest użyć zapalniczki w takim położeniu. 
Wydawało mi się, że wystarczająco często piszę, jakiej PIANKI KOLORYZUJĄCEJ używam, a nawet pokazałam ją w osobnym poście, ale trochę napracowałam się przy poniedziałkowym konkursie (wciąż można brać udział, guys!), więc stwierdziłam, że luźniejsza notka się przyda. A to też przez to, że pierwszy raz używałam pianki z Venity.
Wizja zamówienia czegoś niesprawdzonego z innej firmy była stresująca, jednak kiedy pierwszy raz w życiu robi się zielone włosy, człowiek naprawdę przestaje się martwić o pierdoły. Już od końca czerwca chodzę z nastawieniem "dajcie mi ten kolor, dajcie mi ten kolor, dajcie mi ten kolor". Zieleni nigdy nie lubiłam, dalej uważam, że jest irytująca na ubraniach, ale włosy w odcieniu butelkowej zieleni - toż to kwintesencja młodzieńczego buntu, gothek z amerykańskich filmów, które tworzą swój osobny stolik w liceum, dziewczyn do których lepiej się nie zbliżać. Podziwiałam go z daleka, aż w końcu zobaczyłam tę jedną szczególną postać w But mom i'm a cheerleader i stwierdziłam, że to najwyższy czas, aby go posiąść.

Trudno, trzeba zamówić piankę z Venity i przetestować coś nowego. Jeśli się spłucze w przeciągu tygodnia albo będzie wyglądać jak zeschnięta trawa - show must go on.  Natomiast jeśli chodzi o moje dotychczasowe doświadczenia to są bardzo pozytywne. Napisali, że jeśli skóra pobrudzi się pianką, to należy ją przemyć mydłem lub płynem do demakijażu, więc specjalnie na rzecz testów uwaliłam sobie pół szyi (heh żarcik, to było dzieło wypadku) i nie biegłam zaraz jej szorować, tylko poczekałam do czasu spłukania włosów. Jakież było moje zdziwienie, gdy wszystko pięknie schodziło, gdy w odróżnieniu do Elysee ślady pozostają nawet do tygodnia przy szorowaniu spirytusem na zmianę z kremem nawilżającym. Oczywiście to będzie działać w dwie strony, bo widocznie Venita nie da tak silnej koloryzacji i będzie mniej trwała, ale zobaczymy. Na pewno będę Was na bieżąco zasypywać masą selfies, bo jestem zakochana! A cytując klasyka: If you don't love yourself, how in the hell you gonna love somebody else? 

I've been crushing on that specific shade of green for ages and now when it's finally here and I can feel the summer starting. I don't even like green, but sweet Jesus, bottle green reminds me of those goth girls making another table at American highschool. You don't mess with those weirdos, huh? But I like the feeling when I'm walking down the street and I know everyone's starring at me. Being in centre of attention was always making me a bit uncomfortable but since I know I'm looking fierce as fuck, I don't mind at all. 
It was also my first time using Venita colour mousse and I'm postively impressed. Don't know if they're selling it worlwide (I guess it's availible in more countries - multilingual instruction) but if you want to play with your hair for a while and not demage them, try it! 
Now I'm courious how quick will it wash away but I'll keep you updated on my hair, don't know if you're ready for the selfie spam but I'm so in love. However, quoting RuPaul: If you don't love yourself, how in the hell you gonna love somebody else?

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Krzysztof Król - Kodeks wygranych. X Przykazań człowieka sukcesu; RECENZJA + KONKURS


Nie sądziłam, że ktokolwiek zaufa mi na tyle, aby powierzyć zrecenzowanie książki w ramach współpracy, ale stało się i na wstępie chciałam podziękować wydawnictwu Helion i panu Krzysztofowi za taką propozycję. W takim razie do dzieła.

Po przeczytaniu wszystkich lektur szkolnych w końcu zabrałam się za Kodeks wygranych, ułożyłam się wygodnie w łóżku z zieloną herbatą i zaczęłam czytać, a tu od pierwszym stron niespodzianka: trzeba wstać i coś zrobić. Na szczęście nie wszystkie strony wymagają tak drastycznego wysiłku fizycznego, jednak trzeba przyznać, że jest to silna sugestia: aby osiągnąć sukces, należy sobie zapracować. No dobrze, wciąż nie wiecie jednak dlaczego musiałam wstać. Kodeks dzieli się na 10 głównych rozdziałów, a w każdym zawiera się kilka lekcji przeplatanych historiami motywacyjnymi, cytatami i uwaga, zadaniami dla czytelnika. Na początku wydawało mi się to trochę głupie i zbędne, ale jeśli moja recenzja ma być pełna, sięgnęłam po stary notes z Witch i uczyniłam go swoim dziennikiem, aby dalej realizować misje. To nawet trafne określenie, bo autor kładzie duży nacisk na ich wykonanie, jeśli nie przejdziesz misji - nie odblokujesz następnego poziomu, a więc przeczytasz kolejny rozdział, ale niczego z niego nie wyniesiesz.

Książka ta jest niesamowicie trudna do zrecenzowania z dość banalnego powodu: będzie różnie interpretowana w zależności od tego, na jakim etapie swojego życia się znajdujesz. Nawet jeśli żyjesz w pozornym dostatku, masz dach nad głową, zdrowie, wystarczającą ilość pieniędzy, wciąż jest wiele do osiągnięcia. Drzemie w Tobie ogromny potencjał, ale może nikt nie pokazał Ci, jak go wykorzystać? Lub używając porównania z książki: jeśli Twój umysł jest ogrodem, czy dotychczas nie deptano po jego kwiatach? Do mnie bardzo silnie przemówił rozdział Będziesz bogiem swojego świata, trochę mniej lękliwie patrzę w przyszłość. Może jest jakiś tam los, predestynacja, ale mój sukces zależy w bardzo dużej mierze ode mnie. Tak dużej, że jestem w stanie po niego sięgnąć. Potrzebuję tylko planu (a to też znajduje się w książce), konkretnej wizualizacji (jest zapisana w dzienniku) i motywacji (też się znajdzie).

Pewnie duża część z Was kojarzy serię Reginy Brett, która na podstawie swoich doświadczeń wyciąga lekcje i pisze światowej sławy bestseller. Krzysztof Król kładzie większy nacisk na MNIE. Oczywiście pojawiają się przykłady z życia, miejscami kolokwialny, choć zawsze przystępny i zrozumiały dla odbiorcy język, ale wszystko dla MNIE. Podoba mi się to, że tak rzadko wymienia się osoby trzecie. Pada nawet zdanie, które bardzo mi się spodobało i szybko je wynotowałam: pamiętaj, że gdy na coś narzekasz, żalisz się przy innych ludziach, 80% ma to gdzieś, 19% cieszy się, że Cię to spotkało. Może tylko 1% faktycznie się o Ciebie martwi. (s. 187 rozdział "Będziesz stosował kopniaki energetyczne") Dlatego jeśli wcześniej tego nie trenowaliście, nauczycie się pozytywnie o sobie myśleć, rozmawiać ze sobą (ważne!) i bojowo nastawiać się realizowania założonych celów. Najważniejsze jest, ile podczas czytania tej książki mogę się nauczyć. Też należałam do osób, które krytycznie podchodzą do tego rodzaju książek, ale skoro już trafiła w moje ręce, chciałam to wykorzystać i potraktować poważnie, przywołując kolejny fragment: Jeśli nie korzystasz z wiedzy, którą otrzymujesz, to jaki jest sens jej poznawania, skoro nie potrafisz jej zastosować w życiu? (s. 151, rozdział "Odkryjesz mapę do swoich marzeń"). Dlatego starałam się dziennie czytać po 2-3 rozdziały, bo przy większej ilość uciekał mi ich sens i traciłam motywację do wykonywania ćwiczeń, chciałam po prostu czytać dalej.

Nie wiem, czy to, co dotychczas napisałam daje Wam jakikolwiek obraz tej książki i jej zawartości, ale wraz z wydawnictwem Helion przygotowaliśmy dla Was konkurs. Dwie osoby dostaną Kodeks wygranych. X przykazań człowieka sukcesu. Do którego również dołączono płytę CD i pierwszy tydzień 90-dniowego wyzwania. Niezależnie od tego, czy macie dobrą pracę, jesteście w środku gimnazjum, męczycie się na studiach, które Was nie interesują, znajdziesz coś dla siebie. Zostaw to i pomyśl, że jest szansa, by być kimś lepszym. Nie musisz wydać na tę książkę ani złotówki, więc może to dobra okazja, aby dać się komuś poprowadzić na ścieżkę sukcesu, nieważne jak on dla Ciebie wygląda. Jeśli książka Was nie przekona, trudno - nie będziecie żałować, bo nic nie straciliście, ale wakacje są dobrym czasem, aby odpocząć od tego, co nieprzyjemne i skupić się na własnym rozwoju i wrócić z pewną refleksją.

a Rafflecopter giveaway


Rafflecopter to chyba wciąż niezbyt popularna opcja, ale nie ma się czego bać:
1. podajecie swoje imię, nazwisko i adres e-mail (niewidoczne dla innych, to informacje do których tylko ja mam do nich dostęp na poczet kontaktu z dwoma zwycięzcami)
2. wykonujecie zadania, obserwacja na instagramie, twitterze, blogu, tweetnięcie o rozdaniu i polajkowanie fp. Wszystko jest tam dokładnie podane i podlinkowane. Możecie wykonać je wszystkie lub tylko jedno, ale każde z nich to jakby osobna karteczka z Twoim imieniem w szklanej kuli. Krótko mówiąc: kto wypełni je wszystkie ma większe szanse na wygraną.

Dwóch zwycięzców podam 13 lipca na swoim fanpage'u: Carolyn Dolly 


piątek, 26 czerwca 2015

I DON'T WANT YOU TO FORESEE WHAT I'VE BECOME

#np Tokyo Ghoul OP - Unravel

Wakacje to fajna sprawa, o ile nie są one ostatnimi wakacjami przed maturą, a Twoje życie powoli nie zaczyna przypominać tych gier, gdzie trzeba biec do przodu, bo droga za Tobą zaczyna się urywać. Nie możesz się zatrzymać, pomyśleć, musisz po prostu biec na przód, żeby nie spaść. Takie dość obrazowe porównanie wpadło mi do głowy, gdy leżałam wczoraj i zastanawiałam się, co ze mną będzie po trzeciej klasie. Sufit nie przyniósł żadnej odpowiedzi, więc postanowiłam jedynie uporządkować myśli, co do wakacyjnych planów, bo chciałabym się wziąć za japoński na który chodziłam w roku szkolnym, ale do kserówek praktycznie nie zaglądałam, angielski (to akurat nic nowego, czytam mangi w tym języku i uczę się słówek), szycie, gotowanie i oczywiście przyłożenie się do bloga! Postaram się wykorzystać te wakacje i sumiennie wypełniać wszystkie postanowienia, chociaż jestem pewna, że wiele dni i tak przeleżę w łóżku oglądając anime. 
Nie wiem jeszcze, czy gdziekolwiek pojadę, bo rodzicom jak zwykle późno zebrało się na organizowanie czegokolwiek, ale nawet jeśli miałabym przesiedzieć całe dwa miesiące w domu, to trudno. Będę sobie robić lokalne wycieczki. 

Czy jeśli ubieram wszystko czarne jest to już total look? Chyba tak. Ten zestaw jest akurat super komfortowy i jestem pewna, że sprawdzi się na upalne dni, gdy dla czarownic robi się już za gorąco, ale pewne sprawy czasami potrafią wywabić je z domu, a wtedy trzeba kombinować.
Bransoletka to prezent od uroczej autorki bloga Nasty-rose, tę i inne może zakupić na jej stronce (link pod zdjęciami). Przy okazji zerknijcie na jej stylizacje, same cudeńka!

skirt - CHOIES // crop top - CHOIES // hat - CHOIES // bag - ebay // bracelet - nasty-rose blog
choker - ebay // shoes - ebay 

.post-body img { width:1200px; height:auto; } post-body img {border:none !important ;}