piątek, 23 stycznia 2015

ARTIST TO WATCH: UNO MORALEZ

#np Azealia Banks - Chasing time

Ostatnio stwierdziłam, że czas aby zapełnić puste ramki kurzące się na biurku i toaletce, bo zdążyłam już zostać wyśmiana za brak znajomych przez mojego przyjaciela. Jednak moje życie nie wpasowuje się w estetykę pokoju, dlatego zamiast szukać jakiś żałosnych zdjęć, postanowiłam obramować jednego z moich ulubionych mangaków, Junjiego Ito. Scrollowałam wyszukiwania w google, aż natknęłam na niecodzienną grafikę, która nie pasowała mi do kreski Ito, ale była równie dziwna. a w swojej dziwności fascynująca. Tak po raz pierwszy spotkałam się z Uno Moralezem.
Jeśli spróbujecie wpisać ten pseudonim, wyskoczy kilka jego stron i prac, ale właściwie trudno znaleźć więcej informacji na jego temat. Pochodzi z Rosji, ma 47 lat  i mówi, że tworzy grafikę, która często pokrywa się z tym, co widzi w swoich snach. Bardziej ekscentryczne prace proszą się o jakąś interpretacji, poszukiwań logicznej całości, ale w tym wypadku jest to niemożliwe. Należy jedynie cieszyć swoje oczy. 
A więc dzisiaj zapraszam na nieco perwersyjne, mroczne i miejscami przerażające, chociaż sam artysta mówi, że woli myśleć o swoich pracach bardziej w kontekście "zagadkowych" niż "strasznych".
Passion is a fire. This symbol seems very suitable for passion, and I use it very often myself
Uno Moralez.

piątek, 16 stycznia 2015

fav books of 2k14

#np Billy Joel - Uptown Girl 

Można odnieść wrażenie, że podsumowania roku 2014 we wszystkich formach nie znają końca i kolejne osoby prześcigają się w pokazywaniu swoich ulubionych rzeczy, ale często dostaję pytania o książki, więc stwierdziłam, że je pokażę. Nie czytam tak dużo, jakbym chciała, bo brakuje mi czasu, ale zawsze kupuję coś będąc w Empiku. Nie jestem też szczególnie zainteresowana tworzeniem obszernych recenzji, więc żeby nie zepsuć Wam zabawy, pobieżnie opiszę jedynie o czym one opowiadają. W takim razie, zapraszam:

Joanna Bator Rekin z parku Yoyogi i Japoński wachlarz: Właściwie pierwszą książkę znalazłam w comiesięcznych rekomendacjach Harper's Bazaar i gdy zobaczyłam na półce kolejną, bez wahania wzięłam i przeteleportowałam się do kasy. Autorka wyciąga wszystkie dziwne ciekawostki na temat Japonii, ale też porusza tematy bliższe Polakom, przykładowo odwieczną zagadkę tajemniczych automatów z używaną bielizną, a także bardziej antropologiczne spojrzenie na japońskie społeczeństwo. Uwielbiam, mogłabym przeczytać jeszcze nieskończenie wiele książek tego cyklu, wiedząc, że wszystkie są na tak wysokim poziome, jak powyższe dwie.

Richard Lloyd Parry Ludzie, którzy jedzą ciemność: Kolejna książka, którą zaproponowało mi Harper's Bazaar, długo wyczekiwałąm jej premiery, jednak było warto. Początkowo nudziły mnie długie wstępy opisujące życie ofirary zbrodni, której poświęcona jest książka, ale w końcu zrozumiałam, jak ważne to było, abym zaczęła coś czuć względem niej. Aby nie była dla mnie anonimową osobą, a prawdziwą osobą, którą znałam i w której przeszłości uczestniczyłam. Książka ma metaforyczny tytuł, ale gdy ją skończyłam - naprawdę czułam, jakby pochłonęła mnie ciemność. Ciemność Tokio i tajemnic, które skrywa: półświatka, perwersyjnych zbrodniarzy i nieudolnej policji.

Haruki Murakami Sputnik Sweetheart. Kolejna dziwna pozycja japońskiego pisarza, który znalazł uznanie zagranicą, czytałam już kilka jego książek, ale ta szczególnie zdobyła moje uznanie. Jest krótka, przyjemna i cieszę się, że wrzuciłam ją do plecaka przed podróżą do Budapesztu, bo umilała mi wieczory w hotelu. 

Sophia Amouruso #SZEFOWA interesowała mnie zaraz po wydaniu w Stanach. Nic dziwnego, książka szybko stała się kultowa i choć Sophia przyznaje, że nie chciała, aby była to feministyczna manifestacja, ale trudno jest przeoczyć sens tej książki. Możesz być #szefową, nawet jeśli jesteś najniższym pracownikiem. Ta książka nie tyle, co motywuje do działania, ale i daje nadzieję. Nawet jeśli dziś jesteś w sytuacji, że ledwo wiążesz koniec z końcem, jutro możesz być milionerką, zarządzającą jedną z najszybciej rozwijających się firm. Warto zacząć rok od tej pozycji.

Jack Kerouac Zbudź się, żywot Buddy: Może kiepsko się rozglądam za książkami o buddyzmie i innych systemach filozoficznych Wschodu, ale jej znalezienie zaskoczyło mnie na tyle, że automatycznie ją kupiłam. Ciekawe, bardzo autentyczne przestawienie postaci Buddy, które lepiej pomogło mi zrozumieć całą koncepcję buddyzmu. Czekam na okazję, by przeczytać inne pozycje Kerouaca.

piątek, 9 stycznia 2015

THIS WORLD IS IN A LOSING GAME

#np Marina & The Diamonds - Immortal

Wydawało mi się, że powrót do szkoły znowu uporządkuje nieco moje życie, natomiast zupełnie rozstroił mi się zegar, nauczyłam się chodzić spać po północy i zderzenie z rzeczywistością, która objawia się budzikiem o 6:00 było dość nieprzyjemnym doświadczeniem. Mimo wszystko, ostatnie dni przerwy świątecznej minęły mi bardzo przyjemnie. W sobotę licznik na blogu przekroczył 1000 obserwatorów, zrobiłam z dziesięć screenów i nie mogłam przestać dziękować na wszystkich portalach. Przez długi czas pisałam sama dla siebie. Na początku zrobiłam z tego bloga coś w stylu pamiętnika, moje notki były bardzo prywatne i pełne zdjęć ze znajomymi, w końcu przeszłam do fazy wszelkich skrajności i stawania na głowie, żeby kogokolwiek zachęcić do jego czytania. Cieszę się, że od dłuższego czasu nie muszę tego robić, a także cieszę się, że wydoroślałam i chociaż dalej patrząc wstecz na posty, łapię się za głowę, to chyba był to punkt potrzebny do zaliczenia, aby znaleźć się w tym miejscu. Dziękuję wszystkim, którzy się do tego przyczynili. Tym, którzy na bieżąco komentują i tym, którzy są przyczajonymi obserwatorami. Wszystkim, którzy śledzą mnie tam i tu, a wciąż nie znudzili się tym, co mam do powiedzenia.

Massive shoutout to my dearest followers since I've reached 1000 with your help! Glad to see you all sharing positivity here or on the other social medias. I'm always so happy to get your feedback although most of the time I'm too lazy to translate whole posts and my vocabulary doesn't allow me to give right meaning. Anyway, thank you so much, see ya on:


 cardigan - trifted / jeans - trifted / boots - ebay / hat - ebat / shirt - ? / tote bag - h&m



piątek, 2 stycznia 2015

Improve yourself. Keep changing. And never stop.

#np Natalia Kills - Rabbit hole

Nie od dziś wiem, że najlepsze teksty tworzę, gdy moje serce przepełnione jest goryczą i nienawiścią, dlatego wiem, że ta notka wcale nie będzie tak pochłaniająca, jak to, co napisałam w zeszłym roku dla siebie, w pamiętniku.  Nie żywię już urazy do sylwestra, zdanie a ja wolałabym zapytać, czy gdyby oni wiedzieli, co przydarzy im się w nadchodzącym roku, czy wciąż tak świetnie by się bawili? Gdyby nosili w sobie wiedzę o przyszłości, czy dalej ubieraliby swoje najlepsze stroje i beztrosko rozbijali kolejne kieliszki szampana? utraciło dla mnie większość pierwotnego sensu. Nikt z nas nie wie o przyszłości i mamy prawo się bawić. Niech o jutro martwią się Ci, którzy nie udają depresji i dysfunkcji społecznych, by w końcu upić się gdzieś z grupą przyjaciół, bo tego wymaga internet.


Miałam jednak podsumować rok 2014, ale nie wiem od czego zacząć? Przeglądam stare posty i ciężko mi sobie poukładać w głowie, że to naprawdę zdarzyło się w tym roku. W styczniu zaczęłam swoją pierwszą współpracę, a nawet dwie. Byłam zaskoczona, bo wierzyłam, że to naprawdę wyróżnienie i nowy poziom w prowadzeniu bloga. W lutym wygrałam rozdanie u The Ragged Priest i 4 ciuchy za łączną kwotę przekraczającą tysiąc złotych. Nie mówię tego, bo jest to coś, co można mi zazdrościć ze względu na pieniądze, bo nie zrobiłam niczego szczególnego i każdy mógł być na moim miejscu. Miałam dużo szczęścia, nic więcej, jednak wtedy naprawdę czułam, że los mi sprzyja i mogę coś osiągnąć. W późniejszym czasie marka ta repostowała moje zdjęcia na instagramie i kilka razy trafiłam na ich stronę główną, co wydrukowałam i wkleiłam do dziennika na pamiątkę. Marzec upłynął szybko i przełomowy był post na temat mojego postrzegania ciała, który miał największą liczbę wyświetleń zaraz po dodaniu i chyba przekonał ludzi, że oprócz ubrań mam coś do powiedzenia, w co jeszcze nie wszyscy wierzą. W kwietniu podjęłam się zaliczenia z WOKu przez prezentację na temat blogowania, sprawy przyjęły dziwny obrót i musiałam pokazać swój internetowy twór. Pierwszy raz wyszłam z nim do ludzi, do kogoś fizycznego, kto mógł użyć go przeciwko mnie w każdym momencie. Broniłam się przed tą chwilą przez długi czas, pielęgnowałam mój mały sekret i przejmował mnie niepokój, gdy widziałam jakiegoś znajomego obserwującego mnie na instagramie. W internecie nie jestem tą samą osobą i nie chciałam, żeby ktokolwiek mylił Carolyn z Karoliną, a tego dnia poczułam, jakbym straciła nad tym kontrolę. Mimo wszystko, dużo o tym myślałam i w gruncie rzeczy bardzo mi to pomogło, bo przestałam być przewrażliwiona na punkcie opinii innych osób, a nawet podsunęło pomysł na chorą zabawę pod tytułem "znajdź mnie w internecie, zobacz ilu mam obserwatorów, ilu ludzi mnie lubi. Widzisz? Jestem kimś, mało dla mnie znaczysz",

W maju skończyłam 17 lat, będąc mniejszą, myślałam, że to wiek bardzo nijaki, bo nie jest się już bezmyślnym gimnazjalistą (właściwie to te stadium dorastania tak czy siak mnie ominęło, bez różnicy), ale wciąż brakuje roku do dorosłości, więc właściwie co znaczy 17 lat? Dorosłość przeraża mnie jednak na tyle, że chciałabym w tym wieku trwać wiecznie. Napisałam też kolejną ikoniczną notkę, o kulturze gwałtu. Na weekend majowy udaliśmy się do Ostrawy, co było największym niewypałem całej podróżniczej kariery mojej rodziny. Przesiedzieliśmy dwa dni w centrum handlowym jedząc makaron i chodząc na seanse 5d, bo było za zimno na atrakcje zewnętrzne, a większość miejsc była zamknięta. W czerwcu nie zdarzyło się w sumie nic super ciekawego, oprócz tego, że kupiłam fioletową farbę Manic Panic za ponad 70 zł i nie złapała w ogóle. W ogóle. Nie były nawet ciemniejsze, po prostu umyłam włosy i wszystko się spłukało. Co za druzgocąca klęska.
Przez wakacje moją główną atrakcją było oglądanie do południa akt zbrodni, czytania książek i spanie. Pojechałam do Budapesztu i świetnie się bawiłam, zrobiłam swoje drugie zakupy w Lushu, tym razem byłam bardziej świadoma w jakim miejscu jestem, bo gdy przypominam sobie pierwszy raz w Chorwacji to robi mi się głupio. Pani zapytała, czy kiedykolwiek słyszałam o tym sklepie, odpowiedziałam uprzejmie "nie", ale pomyślałam "wtf czemu miałabym słyszeć o jakimś małym sklepiku w tym państwie, skoro jestem turystką, to chyba nie jest jakaś wasza atrakcja narodowa". Oh, well. Wróciłam do szkoły zmotywowana, ale chwilę później trafiłam do szpitala, co właściwie dalej wydaje mi się sytuacją dość abstrakcyjną, jednak wszyscy wiedzą, że były to dla mnie 3
tygodnie wyjęte z życiorysu. Wróciłam jednak w wielkim stylu i wystąpiłam w chórze na 140-leciu szkoły. Wracałam do domu w potarganych rajstopach, nie wiedziałam, kiedy to się stało, ale miałam nadzieję, że już po wszystkich zdjęciach. Zawsze mi się to przydarza, gdy założę rajstopy. W szkole przetrwałam do grudnia, gdzie tańczyłam jako cheerleaderka (damn, naprawdę rozwijam się artystycznie). Bardzo mnie to stresowało i kosztowało wiele ćwiczeń w domu, przed lustrem, ale dałam radę. Zatańczyłam końcówkę na samym przodzie. Myślę, że to czas, gdy rzucam wszystko i idę robić tło dla jakiejś światowej sławy gwiazdy.



Rok temu byłam bardzo zapobiegawcza i spisałam sobie statystyki, co ułatwia podsumowanie moich internetowych osiągnięć:
blog: 600 obserwatorów - przybyło prawie 400, mam wrażenie, że mogło być lepiej.
instagram: 840 - to jest chyba największy przebój, bo gdyby nie ostatnie czystki, gdzie straciłam 600 obserwatorów, to w ciągu roku zyskałabym ich ponad 2 tysiące. Na dzień dzisiejszy mam 2,4k.
tumblr: 1463 - to w sumie jakoś mało mnie interesuje. Przybyło ich 600 w ciągu ubiegłego roku.
twitter: 3417 - zaobserwowało mnie dokładnie 957 osób. Trochę się opuściłam w tweetowaniu, ale obiecuję to poprawić!
ask: 186 - z dniem dzisiejszym jest 1274.
To daje całkiem przyjemne uczucie, że człowiek nie stoi w miejscu, a ciągle się rozwija.


Jeśli chodzi o moje postanowienia, bo głównie o to męczono mnie na asku, to nie wiem, czy naprawdę oczekuję od 2015 jakiejś diametralnej zmiany w moim życiu, bo dużo udało mi się już zrobić, ale:
* zrezygnuję z picia mleka, jedzenia jajek i ryb: tyle na początek ze wstępu do weganizmu, nie wiem w jakim stopniu uda mi się to utrzymać i czy będzie to jedynie ograniczenie czy kompletne wykluczenie, ale w końcu muszę się zdobyć na ten krok.
* sprawdzę jak będę wyglądać w septumie
* zacznę się poważnie uczyć japońskiego, teraz troszeczkę sobie bimbam, chociaż samo zapisanie się na te lekcje, mimo iż więcej jest tam zabawy niż prawdziwej nauki dużo mi dało i w końcu mam jakiekolwiek podstawy, żeby się do tego zabrać.
* sprawdzę nowe, wegańskie i cruealty free kosmetyki.
* będę oglądać więcej filmów, a przede wszystkim stosując się do rady dyrektora - będę zapisywać wszystkie teksty kultury wraz z autorami w notesie i czytać, aż będę umiała je wszystkie na pamięć.
* zniszczę to, co niszczy mnie.
* kupię sobie nowy strój do ćwiczeń, żeby oglądający mnie ludzie na porannym joggingu o 6:00 jeszcze lepiej się bawili.
* Będę żyć tak, by być czyjąś woman crush.
To chyba tyle, nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Myślę, że jeżeli zaglądacie na mojego bloga, twittera, tumblr czy gdziekolwiek indziej, sami dostrzegacie zmiany, jakie u mnie zachodzą. Jestem podekscytowana nowym rokiem, nie dlatego, że jest nowy i oczekuję powiewu świeżości w moim życiu. Cieszę się, że mam jeszcze czas, mogę dalej kontynuować swoje dzieło, choćby to było leżenie w łóżku cały dzień i oglądanie anime, zajadając się Pocky. To dobrze wiedzieć, że ma się czas, ale z tej wiedzy wynika również pewna mądrość: nie marnuj go. Nie trzeba zabierać się za kilkadziesiąt nowych postanowień, by w końcu skończyć jak Max Fischer z Rushmore, który zajmował się prawie wszystkimi szkolnymi kółkami. Wystarczy znaleźć w sobie jedno ziarenko i pozwolić mu urosnąć. Jest już późno w nocy, a ja zabieram się za metafory, chyba czas kończyć. Chciałabym Wam tylko życzyć, abyście się rozwijali, ulepszali samego siebie i nie zatrzymywali się. Nawet jeśli coś nie wychodzi, zacznijcie cierpliwie od nowa.

Ilustracje z dzisiejszej notki pochodzą z #GIRLBOSS. jednej z najlepszych książek, jakie przeczytałam w ubiegłym roku, a ich autorką jest cudowna Jo Ratcliffe, Jeśli ktoś tego nie zna, polecam, można konkretnie zacząć nowy rok i ukierunkować się na działanie.

piątek, 26 grudnia 2014

I wish that I could be like the cool kids

#np Echosmith - Cool Kids


Boże narodzenie to od wielu lat święto, które darzę ambiwalentnymi uczuciami i raz znoszę je lepiej, a raz mam ochotę podpalić siebie (wyszło moje zainteresowanie samozapłonami) lub choinkę. W tym roku wydaje mi się, iż miałam większą świadomość, jakich sytuacji unikać, żeby nie zepsuć sobie wieczoru i dobrze się tego trzymałam. First of all, ostrożnie ze wszystkimi mediami społecznościowymi, gdzie będzie zatrzęsienie postów o prezentach. Podzielimy się na dwie części: zadowolonych szpanerów wstawiających swoje lustrzanki, iPhony z podpisami "kocham moich rodziców", "najlepsze święta", "bardzo szczęśliwy/a" oraz grupę osób, które narzekają na rodzinę, atmosferę, podarunki, ogólnie mówiąc, po co to komu. A teraz pomyślcie, że święta nie do końca kręcą się tylko i wyłącznie wokół prezentów. Dostaję białej gorączki, gdy ktoś pytała zaraz po wigilii, co dostałam. Zdaje sobie sprawę, że to tylko nieświadome pytanie, ale gdy byłam młodsza zawsze bardzo mnie smuciło i zazdrościłam cool kids, którzy mieli wysyp drogich rzeczy. Wtedy instynktownie włącza się pewna lampka i zaczynasz zadawać sobie pytanie, gdzie zawinił system. Coś jest nie tak z moją rodziną? Nie byłam wystarczająco dobra przez ubiegły rok? Zasłużyłam tylko na 3 pomarańczę i komplet piżam? Myślę, że spokojnie zapracowałam sobie na coś lepszego niż to.

Nie zamierzam zabawiać się w reformatorkę i rozkładać na czynniki pierwsze zagadnienia świąt i dlaczego je obchodzimy, ale pomyślcie przez chwilkę, czy naprawdę musisz oznajmić całemu światu, co dostałeś, gdy gdzieś obok ludzie przeżywają najgorsze święta w życiu. Nie mówię nawet o biednych osobach, mówię o dzieciakach dla których spotkanie z rodziną i przebrnięcie tematu świąt to zejście do piekieł.






pants - trifted / creepers - ebay / sweater - trifted / hat - ebay / bag - trifted

piątek, 19 grudnia 2014

Have yourself a merry little christmas!



#np Lady Gaga - white christmas

Siedzę chora w domu, więc korzystając z okazji, że nikogo nie ma, rozwaliłam wszystkie materiały na kanapie i zaczęłam pakować dzień wcześniej przygotowane papierowe pudełka origami. Składałam je kilka godzin, co chwilę wychodziły krzywe albo ja zapominałam w którym miejscu należy zgiąć i twór ten nawet nie przypominał z wyglądu pudełka. Mama powiedziała, że wygląda to okropnie, więc po kilku godzinach obklejania ich papierem i ozdabiania wstążkami byłam z siebie dumna, chciałam zadzwonić do niej, szyderczo się zaśmiać, a potem rozłączyć.  
Jeśli chodzi o to, czego użyłam: papier do pakowania, papier biały do wysadzenia paczek, gąbeczka, wydrukowane karteczki na imiona, koronka, 3 rodzaje wstążek i naturalne ozdoby.
Czytając notkę z tamtego roku dopiero przypomniałam sobie o papierze kredowym, cóż, trzeba to znowu odłożyć do przyszłych świąt.
W  tym roku zaszalałam, bo wszystkim paniom kupiłam minerały dopasowane do ich znaku zodiaku. Niezależnie, czy ktoś w to wierzy lub nie, dorzuciłam do pudełek ruloniki z wydrukowanymi właściwościami poszczególnych kamieni. Mam nadzieję, że będzie to przyjemna odskocznia od tego świątecznego natłoku poprawnych tradycji, a przy okazji nikt nie wezwie księdza na egzorcyzmy.
Minerały kupiłam na giełdzie w Katowicach, przyznam, że dawno tak szybko nie wydawałam pieniędzy, ale nie mogłam się oprzeć temu pięknu. Nawet jeśli nie przyjeżdża się z zamiarem kupowania, warto wstąpić i nakarmić oczy widokiem wymyślnie szlifowanych, jak i dzikich, naturalnych kamieni. Następna giełda odbędzie się w kwietniu i już jestem podekscytowana, aby dołączyć następne cudeńka do mojej kolekcji.

Gdyby nie udało mi się napisać już przed samymi świętami, to życzę Wam wszystkim, aby były spędzone w miłej, ciepłej atmosferze, niezależnie od tego, czy przez kilka godzin będziesz musiał patrzeć na nielubiane ciotki i próbować każdej potrawy, żeby nikt nie poczuł się urażony czy też ubierzesz ulubioną piżamkę i będziesz oglądał świąteczne filmy - niech ten jeden dzień w roku będzie dla Ciebie miły.

piątek, 12 grudnia 2014

chrześcijaństwo w Japonii

#np Guilty Crown Euterpe

Oddając się szkolnym obowiązkom, człowiek nieświadomie tworzy swoje opus vitae i tak było w przypadku pracy z religii, która z roku na rok jest ignorowana przez większość, ale z jakiegoś bliżej nieznanego powodu traktuję ją bardzo serio i pieczołowicie przygotowuję się do jej napisania. Jak już niedawno czytaliście, w październiku byłam na wykładach o ceremonii herbacianej i wtedy zainteresowały mnie ukryte elementy chrześcijaństwa, co dało pomysł na ogólną koncepcję mojego wypracowania. Miałam udostępnić już zeszłoroczne, ale z racji, że pisałam je ręcznie i gdzieś się zawieruszyło, udostępniam tegoroczne, bo wiem, że jest to również spore grono pasjonatów kultury japońskiej, więc lecim:

Chrześcijaństwo w Japonii

Początki chrześcijaństwa w Japonii związane są z działalnością jezuity, św. Franciszka Ksawerego, który przybył do kraju w 1549 r. Nowa religia została odebrana bardzo dobrze i prężnie się rozwijała, by za niecałe 40 lat osiągnąć 200 tysięcy wyznawców. Prześladowania zaczęły się w 1587 roku, gdy dwie chrześcijanki odmówiły szogunowi Taicosama zostania nałożnicami. Zakazano wtedy jezuitom ewangelizacji, wyrzucano chrześcijan z urzędów i wojska, a także spalono ponad 200 świątyń. Po powstaniu na półwyspie Shinabara, chrześcijaństwo zeszło do podziemi i narodziła się wspólnota zwana kakure-kirishitan, mająca cechy chrześcijaństwa katakumbowego, przeszło ono swego rodzaju transformacje. Niektórzy Japończycy twierdzą, że Jezus wcale nie umarł na krzyżu, a odbył podróż do kraju kwitnącej wiśni, gdzie według pewnych przekazów ożenił się i spłodził trzy córki. Dożył sędziwego wieku, a Jego grób ma znajdywać się w wiosce Shinto (500 km od Tokio)

Dziś chrześcijanie w Japonii stanowią mniejszość wyznaniową, wynika to też z faktu, że religijność mieszkańców wysp japońskich wiąże się z tożsamością narodową i tradycją, która jest zakorzeniona przede wszystkim w szintoizmie. Większość Japończyków przyznaje, że religia nie odgrywa w ich życiu większej roli, a samo chrześcijaństwo wydaje się o tyle atrakcyjne, co egzotyczne, dlatego przeniknęło do kultury masowej, a także mniej widocznych elementów tradycji japońskiej. Jego wpływów można nawet doszukać się w ceremonii herbacianej, której Chrześcijanie mieli używać jako sposób na ukrycie komunii podczas prześladowań. Do dziś wiele ogrodów herbacianych jest projektowane na planie krzyża, a gospodarz wznosi czarkę (nie jest również przypadkowy fakt, że wiele wysokość nich zdobi motyw krzyża) na wysokość głowy, aby okazać szacunek. Mówi się, że 7 uczniów mistrza Sen no Rikyu byli zdeklarowanymi chrześcijanami, a gdy kościoły były zajmowane przez żołnierzy, modlili się godzinami przy posążkach Matki Boskiej i ukrzyżowanego Chrystusa w pawilonie herbacianym.

Chociaż obecnie chrześcijaństwo stanowi niecały 1% wyznań Japonii, cieszy się popularnością, co zauważył o. Paweł Kozacki podróżujący po Tokio. Na swoim blogu podzielił się on się swoim szokiem, gdy odkrył, że japońskie kościoły są „wypożyczane”, aby pary innych wyznań bądź niewierzący zawierali śluby, bo taka oprawa w stylu europejskim, a więc coś niezwykle egzotycznego wydaje się być atrakcyjne dla Japończyków. Jeżeli przyzwolenie ze strony proboszcza może oburzać – kilka ulic dalej znajduje się budynek stylizowany na kościół, wypożyczany parom przez prywatne firmy, więc można się w zupełności odciąć od duchowej formy tego obrzędu, a pozostawić estetyczną, podobającą się formę, ale też młodzi, świadomi, że w kościele katolickim nie ma rozwodów – liczą, iż ich małżeństwo będzie wieczne i nic nie będzie w stanie ich rozdzielić.

W popkulturze japońskiej również pojawiają się odniesienia religijne, jak np. w komiksie Stigmata, gdzie występują duchowni, jeźdźcy apokalipsy, stygmatycy i demony, jednak największą furorę zrobiła kreskówka, anime o tytule Saint Onii-san, gdzie Budda i Jezus zstępują na ziemię. Bynajmniej nie w celu sądzenia żywych i umarłych, ale aby odpocząć od obowiązków świętych. W krótkim filmie obserwujemy życie dwójki, która ukrywa swoją tożsamość (a jak się okazuje, o cud przykuwający uwagę ludzi z małego miasteczka wcale nie jest trudno) i próbuje przeżyć przy niskim budżecie. Jezusa przedstawiono jako lekkoducha, fana seriali telewizyjnych na których temat prowadzi własnego bloga, zaś Budda został ujęty jako opanowany miłośnik malowania koszulek. Produkcja ta nie powinna być jednak odbierana jako bluźnierstwo, a humorystyczne przedstawienie świętości.
Jednak najdziwniejsze wydaje się, z jakim pietyzmem Japończycy przygotowują się świąt, które nie powinny ich dotyczyć, zważywszy na procent wyznawców, a jednak – kurismasu, czyli święta bożego narodzenia co roku są hucznie obchodzone i również wiążą się z nimi pewne tradycje. Już w połowie grudnia ulice miast przystrajane są lampkami, mikołajami, aniołkami i sztucznymi sosnami. W wigilijny wieczór rodzina zbiera się przy niskim stole z ogrzewaniem (kotatsu) i je specjalne kupione na tę okazję ciasto (kurisumasu keiki), niewypowiedziane słodkie, pełne kremu i czekolady. Świąteczną machinę napędzają głównie młode osoby, które święta traktują jak drugie walentynki i najbardziej przygnębiającą myślą jest spędzenie 24 grudnia samemu, dlatego serwisy randkowe działają z nasiloną intensywnością. Także wiele kobiet liczy, że tego wieczoru ich partner się oświadczy, bo takie oświadczyny mają mieć specjalną moc.

Podsumowując, mimo małej liczby wyznawców, chrześcijaństwo i jego elementy są zakorzenione w kulturze japońskiej i są chętnie asymilowane i przekształcone na potrzeby współczesnego społeczeństwa. Aby je całkowicie zrozumieć, odpowiednio zinterpretować, a przede wszystkim odnaleźć, należy zagłębić się w kulturę i mentalność tego kraju.

piątek, 5 grudnia 2014

DIY: mint & green tea refreshing scrub


#np Azealia Banks - Soda

Tydzień temu zrealizowaliśmy w grupie projekt na przyrodę, dostaliśmy medycynę i pomysł był, aby zrobić krem, ale zdecydowaliśmy się na zrobienie scrubu. Oczywiście ja, naczelna klasowa szamanka zostałam obarczona tym przyjemnym zadaniem, więc szybko znalazłam coś idealnego. Oprócz przedmiotu dzisiejszej notki wykonaliśmy jeszcze kawowo-kokosowy, który pokazywałam kilka miesięcy wcześniej. 
Wracając do tematu, nie spodziewałam się, że wyjdzie to coś tak atrakcyjnego, a jednocześnie skutecznego, bo zazwyczaj te dwie cechy wykluczają się w kosmetykach domowej roboty, więc tym razem byłam mile zaskoczona. Peeling usuwa martwy naskórek, a dzięki miętowemu olejkowi jest odświeżający i sama stosuję go z rana, po przebudzeniu.

Co będzie potrzebne:
1 szklanka cukru
3 łyżki soli epsom
2 łyżki oliwy z oliwek
2 łyżki miodu
2 torebki zielonej herbaty
2 torebki miętowej herbaty
6 kropel miętowego olejku eterycznego
szczelny pojemnik, łyżka, miska do wymieszania składników.

Do miski wrzucamy składniki, kolejność nie ma znaczenia. Ja zaczęłam od oliwy i miodu, a potem dodałam sypkie składniki i skropiłam olejkiem. Zmieniłam jednak sól, ponieważ nie miałam w domu tak wyszukanego rodzaju i zastąpiłam ją solą morską. Wszystko trzeba dokładnie wymieszać, a w razie czego dodać więcej miodu i oliwy, aby składniki lepiej się połączyły.
 Gotowy produkt najlepiej odstawić na kilka dni, żeby inne składniki lepiej zaabsorbowały herbatę, a przed samym użyciem wypróbować na ręce, czy scrub nie wywołuje u Was żadnych reakcji alergicznych, stay safe!


piątek, 28 listopada 2014

winter guide by carolyn dolly

#np Azealia Banks - soda

Jak obiecałam w tamtym tygodniu, dodaję zimowy przewodnik, mam nadzieję, że dla poszukujących inspiracji  okaże się przydatny. Sama trochę uporządkowałam myśli i wiem, czego będę szukać w tym sezonie. Nie robiąc niepotrzebnie długiego wstępu, zapraszam do oglądania i dzielenia się opinią:

ACCESORIES
1 forever 21 / 2. opaska: ebay / 3, szara beanie: topshop / 4. czarna: h&m / 5. pasek: CLOUDMINE.PL / 6. alien: disturbia.co.uk / 7. monki /
8. MONNIER FRERES / 9. h&m / 10. INDCSN.COM  / 11. SEXTOYFACTORY.COM / 12. glovestar / 13. FARFETCH

SWEATERS
1. adidas / 2.blackfive / 3. THE OUTNET / 4. mytheresa / 5. yoox.com

TARTAN EVERYTHING
1. net-a-porter/saint lourent / 2. unif / 3. Lime Crime wicked / 4. topshop / 5.mytheresa.com / 6. new look / 7.monki / 8. morp8ne

JACKETS
1. acne studios / 2.jollychic / 3. blackfive / 4.topshop / 5.blackfive

BOOTS

1:  LUISAVIAROMA.COM / 2. ebay / 3.blackfive.com / 4. ? / 5. ebay / 6. dr Martens / 7. TUK / 8. jeffrey campbell

piątek, 21 listopada 2014

I'm your deadly nightshade, I'm your cherry tree

#np Marina & The Diamonds - Froot

Jeśli kiedykolwiek będziecie zastanawiać się, jak scharakteryzować fashion victim, może przypomni Wam się anegdotka z mojego życia: pojechałam na typowo lumpeksowe zakupy, a kiedy jeżdżę sama i praktycznie nikt mnie nie kontroluje, mogę spędzić w jednym sklepie 15 minut i rozważyć wszystkie plusy i minusy, albo podjąć spontaniczną decyzję. Tym razem brałam wszystko jak popadnie i w ostatnim lumpeksie zabrakło mi dosłownie 3 złotych do tego cudownego futerka-bluzy, które znalazłam na dziale dziecięcym (tutaj po raz kolejny chcę zaznaczyć, że swój niski wzrost nie postrzegam jako kompleks, a raczej miły dodatek). Wyszłam na zewnątrz i byłam skłonna iść żebrać, ale zrobiłam energiczny zwrot i zapytałam, czy jest możliwość jego przechowania. Była sobota, zamykali za jakieś 3 godziny, więc myślałam, że dogadam się tak, aby przyjść w poniedziałek po szkole, ale pani odwieszając go (motyla noga) w najbardziej widoczne miejsce powiedziała z uśmiechem, że mogę sobie go odłożyć do koszyka i będzie tu na mnie czekać godzinę. Tym razem wybiegłam i w głowie przeliczyłam, ile to może zająć z sobotnimi autobusami, wciąż biegnąc zadzwoniłam do Agnieszki, żeby przesłała mi info o rozkładzie. Kiedy dotarłam na dworzec okazało się, że limuzyna odjechała mi może 3 minuty wcześniej i musiałam czekać 30 minut. Niemożność zrobienia niczego podkreślała tylko beznadzieję sytuacji, bardzo nie lubię, gdy sama robię wszystko, aby coś się udało i nagle trach, siła wyzsza mówi "usiądź sobie na krzesełko, Carolyn". W końcu jednak dotarłam do domu, wzięłam pieniądze znowu pobiegłam na przystanek, z dworca do sklepu i łącznie spóźniłam się jakieś 8 minut, ale nikt nie stał przy moim koszyku z zegarkiem w ręku, chociaż kilka pań rzuciło mi dziwne spojrzenie, jakbym co najmniej komuś kradła tę bluzę, a tak naprawdę tylko ja miałam do niej prawo i czułabym się fatalnie przez kolejny miesiąc ze świadomością, że ktoś ją nosi albo o zgrozo, ma w swojej szafie i jest nieużywana. Cała ta historyjka sprowadza się do znanego większości powiedzenia "buy now or cry later"

Właściwie tylko tyle wydarzyło się w przeciągu ostatniego tematu, szkoła była trochę rozczłonowana przez warsztaty z teatru elżbietańskiego, liczne zastępstwa i warsztaty z kultury japońskiej, więc czas mijał mi szybko, a potem wracałam do domu i uczyłam się na sprawdzian z historii, zasypiając z podręcznikiem, ale również ze świadomością, że przynajmniej się próbowało. 

W następnej notce (tak mi dopomóż cały panteonie bóstw) postaram się Wam pomóc z zimowymi zakupami, bo dostaję dużo pytań o moje propozycje szalików, butów, czapek i innych rzeczy - prawdę mówiąc, sama niczego nie odświeżam w swojej szafie, ale chętnie wygrzebię Wam kilka perełek z ebaya i innych stron internet, dlatego nowicjuszy zapraszam do obserwacji, a stałych czytelników standardowo w następny piątek, luv ya

 eliza boots - public desire / ripped pants - trift shop + scissors / top - h&m / furry blouse - trift shop
hat - ebay / heart choker - ebay
.post-body img { width:1200px; height:auto; } post-body img {border:none !important ;}