piątek, 4 września 2015

even if they make you wear a crown of thorns upon your head


Pierwsze trzy dni już skopały mnie tyłek, ale mam nastroje bardzo wojenne (co mogliście zauważyć na snapie: carolyndolly). Z jednej strony drżę na samą myśl o maturze, ale z drugiej strony jest to pojedynek, który muszę wygrać, więc będę pracować tak ciężko, jak to tylko możliwe, ale nie kosztem wszystkich moich najdroższych przyjemności, bo nie na tym sztuka polega. Chociaż czasem ciężko wyczuć tę granicę między lenistwem, a odpoczynkiem - ramy czasowe są umowne.

Jak widzicie po zdjęciach, musiałam zmienić miejscówkę będąca ich tłem. Stało się to z bardzo prozaicznego powodu, gdyż drugi plan znany Wam z poprzednich fotek jest licznie uczęszczany w roku szkolnym, a nie potrzeba mi w życiu rozrywek w postaci pojedynku na mrugnięcia z gimnazjalistami. Tym samym wybrałam się z Agnieszką na poszukiwania czegokolwiek innego i całkowicie przypadkowo trafiłyśmy na kolejną neutralną blachę. Nie wiem, czy zdjęcia podobają mi się tak bardzo właśnie ze względu na ich "świeżość" czy miejsce jest w rzeczy samej wybitne, pozostawiam to Waszej ocenie. A dzisiaj bardziej jesienny outfit, akurat wstrzeliłam się idealnie w jeden deszczowy dzień w tygodniu pełnym temperatur powyżej 25 stopni. Zapraszam!


sweater - CHOIES // shoes - ebay  // pants - American Apparel // backpack - LAMODA 

środa, 26 sierpnia 2015

BACK TO SCHOOL 2015 EDITION: slay them with cuteness

#np Melanie Martinez - Training Wheels
♡♡♡

Lubię otaczać się ładnymi rzeczami. Wychodzę z założenia, że nawet największe gówno można pokryć grubą warstwą brokatu i udawać, że jest czymś innym. Ładne rzeczy od zawsze bardziej motywowały mnie do pracy, już na początku podstawówki musiałam wykłócać się o ołówki z Barbie, bo te zwykłe nie działają tak samo. W ładnych rzeczach jest pewien kompromis - masz mnie, więc teraz się staraj zrobić ze mnie pożytek. Każdego roku blogosfera przyjmuje kolejne posty i filmiki z serii back to school i każdego roku jestem pod wrażeniem, ile osób chce, żebym również pokazała zawartość swojego plecaka. Jednak patrząc na tutoriale z ozdabianiem zeszytów, które kończą gorzej niż wyglądały na początku, szkolnymi outfitami, poradnikami na prawie wszystkie sytuacje, pokazanie kilku zeszytów mieści się jeszcze w granicach mojej aprobaty.

Za chwilę początek roku szkolnego. Przywołując klasyka z Tumblr, szkoła jest jak jazda na rowerze. Poza tym, że rower się pali, podłoże się pali i wszystko się pali, bo to piekło. Jednak pod koniec roku szkolnego, gdy już wszyscy chwalimy się średnią dostałam kilka pytań na asku rodem z agony column, jak się uczyć i jeszcze mieć czas na przyjemności. Z tego wynika, że sprawiam wrażenie osoby mającej jakieś życie, ale tak naprawdę wszystko kręci się u mnie wokół szkoły i bloga, nigdy nie musiałam znajdywać złotego środka, bo rzadko kiedy te światy się mieszały. Jestem w żywiole, gdy ktoś prosi mnie o rady (90% przypadków mnie nie obchodzi, ale jak się zaangażuję dla tych 10% to wychodzi ze mnie coach motywacyjny), niestety nie mam żadnych sekretów, staram się pracować systematycznie i w miarę możliwości przykładać się do wszystkiego. Zainteresowanych szkolnym poradnikiem odsyłam do zeszłorocznego postu. 

A co na ten rok szkolny przewiduję?
♡ super urocze i wojownicze naklejki oraz naszywki Sugarbones, żyletkę zatopioną w lizaku, serduszko wifi, krew wrogów i dziewczyński gang, nie mogłam oprzeć się pokusie, by przyozdobić jakoś swój plecak.
♡ portfel Hello Kitty z Ebaya, bo chyba od podstawówki chowam pieniądze po kieszeniach, dlatego mój majątek jest podzielony w spodniach, kurtkach, bluzach, co czasami jest niewygodne, a założenie konta i otrzymanie karty tylko przyspieszyło moją decyzję o jego zakupie.
♡ zeszyty na kółku, w tym Pukka Pad z teczuszkami w środku; do polskiego i tysięcy kserówek.
♡ gumki Monster High, geez były zbyt czaderskie, żeby ich nie wziąć.
♡ ołówki z Barbie, jak wyżej.
♡ zakreślacze, bo jetem wzrokowcem, a większość zgubiłam, co jest w sumie dziwne biorąc pod uwagę to, że uczę się w jednym miejscu, no ale???
♡ kalendarz, chociaż rzadko zdarza mi się o czymś zapomnieć, a jeśli już to robię, to zazwyczaj udaję, bo stawia mnie to w bardziej komfortowej sytuacji.
♡ serduszkowe karteczki samoprzylepne, jak wyżej.
♡ naklejki z Hello Kitty, które dostałam w liście od czytelniczki (kc Hania!!)
♡ brokat: chyba każdy, kto mnie choć trochę zna wie, że kocham brokat.
♡ iPad mini, zauważyłam trend na rzucanie swoich sprzętów Apple dla estetyki zdjęcia, ale dla mnie jest to dość ważny element, bo nie będę musiała nosić w plecaku kilogramowych lektur, które swoją drogą zajmują trochę miejsca, a w dodatku dostanę możliwość czytania w autobusie i dworcu. Miałam plan, aby pokazać go wraz z obudową z klawiaturą, niestety paczka najprawdopodobniej zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach i czekam na kolejną.



wtorek, 25 sierpnia 2015

★ PORN STAR ★


Kiedy większość niskich ludzi załamuje się z powodu swojego wzrostu, ja dumnie hasam po lumpeksowym dziale dziecięcym, które swoją drogą nie przestaje mnie zaskakiwać. Kilka miesięcy temu wypatrzyłam tam bluzkę z napisem why you call me a bitch like it's a bad thing?, a na początku wakacji wróciłam do domu z koszulką porn star, zdaje się będąca owocem marki o tej samej nazwie (jak wskazuje metka), chociaż nie znalazłam jej już w internecie, a więc weszłam w posiadanie kolejnej super unikatowej rzeczy i szkoda byłoby mi jej nie pokazać na blogu, chociaż swoją premierę miała już dużo wcześniej na instagramie. Outfit prosty, trochę kojarzący mi się z dziewczyńskimi zespołami, garażowym rockiem, a to wszystko sponsorowane jest przez moje niedoprane zielone włosy i brokatowy napis na koszulce, zapraszam:

While most people complain about their height, I'm really proud to be a shortie hunting for some new clothes at thrift stores' children section which by the way, never fails to surprise me. I got there my why you call me a bitch like it's a bad thing? tee and now the porn star top. Summer is almost over but since this was my favourite thing to wear during that time I would feel really bad for myself for not posting this on my blog. However, if you follow me on Instagram, you could have seen it there. Here's my super simple outfit, maintained in girl bands aesthethic sponsored by my almost washed out hair color and glittery pink porn star sign, enjoy:

shorts - second hand // top - second hand // hat - Choies // boots - dr Martens

piątek, 21 sierpnia 2015

BRATISLAVA & VIENNA PHOTO DIARY

#np Nightcore - umbrella (rock cover)

Photo diary to już swego rodzaju tradycja, bo jeśli całe wakacje unika się kontaktu ze społeczeństwem to przyjemnie móc się czymkolwiek pochwalić na blogu. Egzotyczne kraje z kamienistymi plażami albo kurorty z basenami średnio mnie interesują, ale mimo, powiedziałabym, kolosalnej zmiany planów ucieszyłam się z wyjazdu do Bratysławy i Wiednia. W pierwszej stolicy nie ma właściwie niczego "wow". Jeśli kiedykolwiek słyszeliście, że Bratysława to wycieczka na jeden dzień (pewnie nie, bo kto o tym mówi) to miał rację. Większość czasu błąkaliśmy się po starym mieście, w zasadzie wieczory spędzaliśmy w jednej knajpie. Lokum było cudaczne, jeśli wpiszecie w Google hotel galeria bratyslava, zrozumiecie o czym mówię. Gdyby Gordon Ramsay wpadł tam, z pewnością zapłakałby nad wystrojem pokoju przypominającym niskobudżetowe, ale dobre intencje rodziców pięcioletniego dziecka. Jeszcze długo będę wspominać wspólny balkon i okno naszej łazienki, której małe okienko było umiejscowione dokładnie nad toaletą. Bez żadnej zasłonki, musiało być otwarte cały dzień. Tylko czekać aż ktoś cię klepnie w tyłek, gdy będziesz się podnosić z toalety. Morał z tego taki: nie rezerwujcie hotelu dwa dni przed wyjazdem.

Wiedeń natomiast był piękny, gdyby tylko temperatury były niższe. Nawet zwiedzanie autobusem było tragedią, mimo wszystkich atutów tego miasta marzyłam o powrocie i chłodnym prysznicu, ale cała moja rodzina wiedziała, że przyjechaliśmy do Wiednia głównie po to, by odwiedzić LUSHa. W Wiedniu znajdują się trzy, a w Polsce ani widu ani słychu już kolejny rok. Kupiłam sobie herbalism, przyszłam po coś zupełnie innego, ale pani powiedziała, że dopiero się robi. Żałuję trochę, że tak skromnie wyszło, ale i tak mam jeszcze kilka innych niewykorzystanych produktów, więc może dobrze się stało? (oczywiście, że nie, przecież tata płacił)

Kiedy w końcu zrobiło się chłodniej poszliśmy do Prateru, wiedeńskiego wesołego miasteczka. Na diabelski młyn się nie pchałam, ale dałam się namówić na kolejki z duchami. Oczywiście darłam się niesamowicie i połowę przejechałam z zamkniętymi oczami, ale mówią, że kontrolowany strach jest dobrym doświadczeniem. Zajrzeliśmy też do muzeum figur woskowych Madame Tussauds. Byłam już w kilku tego typu miejscach, ale to nie to samo. Brak im takiej interaktywności, jak u pani Tussauds, gdzie można odebrać telefon Baracka Obamy, kopnąć piłkę, zaśpiewać karaoke, zagrać na perkusji albo przymierzyć perukę wzorowaną na Lady Gadze.

Po Wiedniu pojechaliśmy jeszcze nad jakieś słowackie baseny, gdzie upłynął nam kolejny dzień. Kolejna rozrywka, która nie znajduje się w obrębie moich zainteresowań, więc za 50 zł siedziałam na leżaku i czytałam książkę, od czasu do czasu musiałam stoczyć dziki bój o miejsce w cieniu.
Wracając do domu zjedliśmy obiad w IKEA w Brnie i tak się złożyło, że wróciłam do domu z drzewkiem bonsai, które chciałam kupić w Polsce. Co prawda kupowanie rośliny w takim miejscu kłóci się ze sztuką hodowli tego drzewka, ale marketsai to dobry początek dla kogoś, kto potrafi przy życiu utrzymać jedynie rodzinę kaktusów. Słowo początek jest kluczowe, bo niedługo wrzesień i trzeba uporządkować kilka spraw. A teraz zdjęcia:

piątek, 14 sierpnia 2015

SUMMER OUTFITS

#np the weeknd - often

W poniedziałek wyjechałam na wycieczkę do Wiednia i Bratysławy, więc skorzystam z jednego z wcześniej przygotowanych postów, a mianowicie outfitowe sklejki, które przygotowałam na lato i szkoda byłoby ich nigdy nie wstawić. Myślałam, że będę musiała pierwszy raz w życiu ustawić automatyczną publikacją, ale wróciłam dzień wcześniej i okazało się to niepotrzebne. Jest 8 minut po północy, nie wyspałam się żadnej nocy w hotelu, bo było tak piekielnie gorąco (pokoje bez klimatyzacji powinny być nielegalne), że większość nocy spędziłam na piciu wody i bezowocnym szukaniu chłodnego skrawka łóżka, ale teraz znalazłam w sobie jakieś ukryte pokłady energii. Zaraz przegrzebię zdjęcia, żeby w przyszłym tygodniu pokazać Wam photo diary z wyjazdu i relację. 

Dostałam też na asku kilka pytań odnośnie postu back to school. Będzie, ale czekam jeszcze na kilka rzeczy, więc prawdopodobnie wrzucę go dopiero 29 sierpnia. Tymczasem mam dla Was informację o promocji CHOIES z okazji powrotu do szkoły. Niby nic ciekawego, żeby świętować zakupami, ale należy podejść do tego od tej strony: nie ma lepszej rzeczy od wywołania u ludzi zazdrości nowymi ciuchami już pierwszego dnia szkoły, więc hop na stronę: http://www.choies.com/activity/back_to_school?cid=3508jesspai. Mamy też best sellery do sprawdzenia: http://www.choies.com/top-sellers-c-32?sort=2?cid=3508jesspai. Można zadać sobie pytanie, czy ludzie naprawdę chodzą w tych gladiatorskich sandałach, ale przy okazji znajdzie się coś na czym można zawiesić oko. Sama zamówiłam kilka kąsków i nie mogę się doczekać paczki!

















piątek, 7 sierpnia 2015

Praise your palette of lies for it’s a masterpiece that you have created

#np Aoki Tsuki Michite' Kuroshitsuji: Book of Circus (AmaLee)

Wpadłam w taki szał pisania postów na bloga, że mam już 10 wersji roboczych, mnóstwo pomysłów i niedługo dojdzie do tego, że będę w sierpniu pakować prezenty i przygotowywać notkę na grudzień. Chociaż to wcale nie jest taki dziwny pomysł, pomijam oczywiście prezenty, ale z pewnością pozwoli mi to zaoszczędzić trochę czasu w przyszłości, którego nie chcę trwonić w nadchodzącym roku szkolnym.

Ostatnio napisała do mnie dziewczyna z pytaniem, czy byłaby możliwość, abym wspomniała o jej muzyce na blogu. Podeszłam do tego z dużą rezerwą, bo w internecie roi się od osób, którzy próbują coś tworzyć, ale jest to content niskiej jakości, a o przesłuchanych piosenkach wolałabym raczej zapomnieć, więc przeżyłam lekki szok po wejściu na kanał Natalii Magdaleny. Można posłuchać i jest to całkiem przyjemne doświadczenie. Lubię, gdy ludzie mówią mi, że nie powiedzieliby, że jestem Polką. Nie wiem jak na takie komentarze zapatruje się Natalia, ale moją pierwszą myślą po odpaleniu would you mind? to "damn, brzmi jak ballada jednego ze świeżych amerykańskich". O takich ludziach warto pisać.


dress - thrifted / shoes - ???? / hat - choies / choker - ebay / sunglasses - allegro

piątek, 31 lipca 2015

DIY CALENDULA BATH SOAK // BLUE MOON


#np Kanon x Kanon - Calendula Requiem

Hej! Jakiś czas temu zainteresowały mnie rytualne kąpiele brane podczas pełni księżyca. Brzmi to dziwnie, może trochę niepokojąco, ale jako wielka miłośniczka udawania Ofelii w wannie musiałam sprawdzić o co właściwie chodzi i dlaczego ma być to niby lepsze od każdego innego dnia. Otóż podobno podczas pełni nasze zdolności regeneracyjne działają wtedy wyjątkowo intensywnie. Kończąc z magią: cała istota leży w składnikach, których używa się do kąpieli. Zazwyczaj jest to mieszanka soli, kwiatów i olejków (które w tym przepisie sobie podarowałam, ze względu na niebieską sól zapachową). Pomagają one wydalić toksyny w procesie osmozy (zabawny fakt: biologia brzmi bardziej magicznie niż rzeczywista magia). Ale jeśli mamy jeszcze raz wrócić do wierzeń związanych z kalendarzem księżycowym, to w tym miesiącu jedną pełnię już mieliśmy 2 lipca. Kolejna przypada dzisiaj i będzie zwaną niebieskim księżycem (blue moon), bo tak tytułuję się drugą pełnię w tym samym miesiącu, co uwaga, kolejny naukowy fakt: zdarza się co kilka lat, kolejny blue moon pojawi się dopiero w 2018. 

Następnym punktem research'u było znalezienie jakichś gotowych mikstur, ale nie od dziś wiadomo, że naturalne, ręcznie robione kosmetyki kosztuję rękę i nogę, a wykonane są zazwyczaj z produktów, które nawet jeśli są kupowane przez internet - wychodzą nawet dwa razy taniej. Chociaż może sekret tkwi w ich ładnych opakowaniach i firmowej naklejce? Trudno, polskie czarownice muszą zadowolić się słoiczkami za 4 zł, chociaż jak ktoś się uprze, to może sobie nawet stworzyć własne logo i nakleić, można? Pewnie, że tak.

Składniki na moją sól (nie piszę proporcji, bo nie odgrywają większej roli, a i tak będą się zmieniać w zależności od Waszych pojemników oraz ilości kąpiel do których chcecie ją wykorzystać), here we go:
* sól z Morza Martwego
* sól morska niebieska
* suszony, herbaciany nagietek
* płatki polnego kwiatka bez nazwy (nada się wszystko)

Początkowo chciałam wymieszać sole bezbarwne, ale stwierdziłam, że niebieski kolor będzie pięknie wyglądać wraz z pomarańczowymi płatkami nagietka, znanego ze swoich bogatych składników i właściwości leczniczych, jeśli o skórę chodzi jest bronią właściwie na wszystko: trądzik, zaskórniki, rozstępy, działa wygładzająco i ochronnie. Do tego dochodzi sól z Morza Martwego wzmacniająca barierę ochronną skóry i świetnie nawilżającą, a to wszystko przez dużą zawartość magnezu. Jeszcze tylko kilka świeczek dookoła wanny i można zawierzyć swoje zdrowie siłom natury. Kto się skusi na taką leczniczą kąpiel podczas niebieskiego księżyca?

I got really interested in full moon baths. Seeing all the bathtubs filled with flowers, salts, oils and candles places all around made me wonder why is it so important to do it during full moon. Well, I found the answer on this blog. But since most of the bath soaks you can buy online cost way too much (yeah at least in Poland you can get all the ingredients half price and mix them at your own). Instead of ordering something for 25$ I've created my own calendula soak which looks lovely! Today is blue moon and I'm excited give it a try hehe

Ingrediends that I used:
* Dead Sea salt
* regular sea salt (I guess??) blue coloured
* calendula
* random petals

Dajcie znać, co sądzicie o tego typu DIY, bo chętnie stworzę kontynuację, raz w miesiącu jestem w stanie zmieszać kilka składników i wstawić na bloga!

środa, 29 lipca 2015

photo diary: CRACOW

Hej hej hej! Obiecałam kolejne photo diary, więc przed Wami porcja zdjęć z Krakowa. Alternatywnym tytułem tej notki powinno być "nie, Agnieszka, ja wiem przecież jak ustawić ostrość", bo oczywiście, nie umiałam, a uparłam się na tryb automatyczny, więc w domu wybrałam najlepsze z najlepszych. Starałam się je ułożyć chronologicznie, żebyście widzieli mniej-więcej jak przebiegała nasza trasa. Brakuje tylko Ottomanii z Muzeum Narodowego w Krakowie, bo nie można było robić w środku zdjęć.

Zatem krótka relacja:

Wybrałyśmy się z Agnieszką we wtorek, podróż zajęła godzinkę z Katowic i dość szybko znalazłyśmy się pod Galerią Krakowską, zaliczyłyśmy szybki shopping i pojechałyśmy zawieźć rzeczy do naszej kwatery na jedną noc. Potem wycieczka do muzeum Manggha na wystawę kimon, która była magiczna, ale co najlepsze: DARMOWA! Zawsze kiedy mogę coś zaoszczędzić czuję łaskę z niebios. Porobiłam masę zdjęć. Niedaleko jest Wawel, więc też wstąpiłyśmy, no bo być w Krakowie w celach turystycznych i nie zobaczyć Wawelu? Wstyd i hańba, dosłownie. Potem chciałyśmy coś zjeść sugerując się zeszłoroczną recenzją wegańskich lokali, ale jak się okazuje: tu za daleko, tu dojazd nie taki, tutaj w ogóle nie ma takiego restauracji, chociaż adres się zgadza, więc ostatecznie wylądowałyśmy w knajpce MOMO na naleśnikach ze szpinakiem i tofu. Dla strudzonych wędrowców był to kolejny dar. Wróciłyśmy do mieszkania, żeby się trochę odświeżyć i zastanowić nad kolejnym punktem wycieczki i wiecie co???????? okazało się, że w Krakowie istnieje kocia kawiarnia o której nie miałam zielonego pojęcia. Zatem, jak mogłabym nie udać się do mekki wszystkich kociarzy? Niestety sierściuchy były już zmęczone po całym dniu i nawet gdy się je głaskało, to nie mruczały. Normalnie rozpuszczone jak dziadowski bicz przez wszystkich miziających je klientów. Rozstaliśmy się przed 21:00, bo zbliżała się godzina i zamknięcia, a jeszcze trzeba zobaczyć klimatycznie rynek, gdzie kręci się oczywiście mnóstwo naciągaczy, więc najlepiej tylko zrobić zdjęcia i uciekać, chociaż po drodze można też wsiąść do innego autobusu i zgubić się w ciemnym Krakowie, gdyby atrakcji było mało.

Drugiego dnia ruszyłyśmy na Ottomanię do Muzeum Narodowego w Krakowie, bo jak wiecie lub nie, jestem fanką Wspaniałego Stulecia i nie mogła mnie ominąć ta wystawa o której również dowiedziałam się przypadkowo z plakatów, które są wszędzie i trzeba się postarać, żeby nie zwrócić na nie uwagi. Moja wiedza o imperium osmańskim pochodzi jedynie z serialu i krótkich wzmianek w podręczniku. Trudno jest tutaj nie przywołać sceny z Kamikaze Girls, gdy jedna z bohaterek opowiada o swojej pasji, stylu rokokowym i nagle jest zoom na szkolny podręcznik, gdzie jest tylko malutki fragment o tym nurcie. Jednak najciekawszych rzeczy człowiek dowiaduje się przeglądając wikipedię w samotne wieczore. Ale wystawa była równie pouczająca i szkoda, że nie można było robić zdjęć, bo chciałabym te obrazy zabrać ze sobą do domu.
Z galerii poszłyśmy do ogrodu botanicznego, ale było tak gorąco, że przebywanie na otwartej przestrzeni to żadna przyjemność, nawet w otoczeniu tak wielu pięknych i zadbanych roślin. Od słońca znowu dostałam wysypki. Niemniej jednak cyknęłam kilka fotek i podjechałyśmy do Galerii Krakowskiej na pożegnalne zakupy (wycieczkę otwarły i zamknęły zakupy, nie ma chyba wymowniejszej metafory konsumpcjonizmu). Muszę przyznać, że miło mieszkać w dużym mieście, bo praktycznie większość sklepów jest zaopatrzona w wegańskie dziwactwa i mogłam rozkoszować się czekoladowym mlekiem sojowym w małym kartoniku ze słomką, czy jest coś lepszego na taką pogodę? Nie sądzę.

Nie przedłużam i zapraszam na zdjęcia!


.post-body img { width:1200px; height:auto; } post-body img {border:none !important ;}