piątek, 29 kwietnia 2016

PRZYPINKOWA WISHLISTA

Właściwie nie wiem, kiedy zrobił się taki szał na przypinki, ale od pewnego czasu widuję je praktycznie wszędzie. Każdy sklep internetowy ma je w swojej ofercie, etsy roi się od ciekawych projektów, tumblr podpowiada, z czym je nosić. Sama przymierzam się do kupna jakichś wystrzałowych, więc dzisiaj przybywam z dwoma kontrastowymi zestawieniami, które świetnie odzwierciedlają moją osobowość. Osobowość człowieka, który wygląda, jakby należał do klubu nastoletnich satanistów, tymczasem słucha po nocach soundtracku z Barbie i wsypuje brokat do świeczek.


1. whiskey // 2. boobs  // 3. drink // 4. splash // 5. tampon // 6. men sushi // 7. girl power heart // 8. heart shaped sunglasses // 9. sleeping mask // 10. pad // 11. toothbrush // 12. eye // 13. fuck you


1. keep it fancy ketchup // 2. vegan heart // 3. sleep tight coffin //  4. stick em! // 5. handcuffs // 6. vitamin d // 7. love letter // 8. choker // 9. average ribbon // 10. 8 ball // 11. my days are darker than your nights // 12. red lips // 13. saddle shoes // 14. horny devil

ps: w środę zaczynam matury, trzymajcie za mnie kciuki!

piątek, 22 kwietnia 2016

T I L L D E A T H D O U S P A R T (Y)

Ostatnio scrollowałam przez dodane notki i na samym dole widniał post z datą 20-któregoś kwietnia 2011. To już 5 lat bycia wojowniczką internetu i prowadzenia czegoś, co niektórzy określają swoim miejscem w internecie. Trzeba jednak zaznaczyć, że wliczam w to też rok, kiedy blog był zamknięty, bo przecież nigdy nie porzuciłam swojej maski feszyn blogerki. Chciałam na początku przygotować małe podsumowanie i przywołać tu najbardziej żenujące teksty wraz ze zdjęciami, ale stwierdziłam, że zamiast self drag'u zaserwuję trochę przemyśleń, gdzie również zawrę odpowiedzi na pytania przewijające się tu i tam.

Zawsze chciałam mieć bloga. Zawsze. Będąc w podstawówce czytałam kilka, głównie poświęconych Stardollowi (jeśliby zliczyć pieniądze wydane na tę stronę, myślę, że mogłabym mieć nowy telefon), ale również kilka pamiętnikowych. Z całym fanatyzmem wyczekiwałam nowych wpisów moich ulubionych dziewczyn. W tamtym czasie zaczęłam również publikować na moim raczkującym instagramie flat lay'e tego, co ubierałam do szkoły. W gimnazjum, przypomnijmy. Obserwowały mnie 3 osoby na krzyż, ale ktoś zauważył, że ubieram się ciekawie i powinnam częściej robić takie zdjęcia. Posiadanie bloga nie było jednak wynikiem pragnienia bycia adorowaną, a przynajmniej nie w momencie jego zakładania, bo wtedy leżałam w łóżku wynudzona chorobą, Dla rozrywki wypełniłam wszystkie wymagane pola i odpaliłam Photoshopa, żeby zająć się swoim pierwszym w życiu nagłówkiem. Miałam o tyle łatwiej, że program graficzny nie był mi obcy, bo równolegle do powstania bloga udzielałam się na pewnej grze dla dziewczyn. Niewiele osób wie, ale przez pewien czas mówiło się nawet o wypłatach dla moderatorów. Gdyby nie jej rychły koniec, swoje pierwsze pieniądze mogłabym zarobić na rysowaniu wirtualnych ubrań i mebli. Sprawy potoczyły się tak, a nie inaczej, więc spakowałam manatki i wykorzystałam część swoich umiejętności przy tworzeniu bloga. Wspominam o tym, bo dużo osób pyta, jak zyskać czytelników. Ludzie z tej strony byli moimi pierwszymi czytelnikami.

Ciężko mi skomentować jakość tamtych postów, bo były to albo notki z pamiętnika (mało intymne, zwykła relacja dnia, bez refleksji), albo graficzne popisy o które właściwie nikt nie prosił, ale miałam wrażenie, że są potrzebne. Dopiero potem wdrożyłam się w tematykę czysto lifestyle'ową, próbowałam przemycać posty inspirowane artykułami z zagranicznych stron, ale wciąż streszczałam swoje tygodnie, bo przecież takie notki były gruntem na którym wyrosłam. Wydaje mi się, że to akurat spotykało się z pewnym uznaniem, co po dzień dzisiejszy mnie dziwi, bo przecież nie robiłam nic wybitnego i wartego uwagi.
W międzyczasie zainteresowałam się DIY i zrobiłam swego czasu słynne galaktyczne trampki (bo wtedy galaxy było modne... 5 lat temu...), dziwne nakrycia głowy i mój ponadczasowy ulubieniec: torebka z koszulki biurowej. Wychodziłam z założenia, że niezależnie od tego, czy będzie to miało zastosowanie w życiu codziennym, fajnie jest pokazać na blogu proces tworzenia. Czegokolwiek.

Przez cały ten czas nie pokazywałam swojej twarzy. A to jeszcze nie były czasy, kiedy ludzie myśleli, że zasłanianie się ręką, butelką drogiej wody czy telefonem jest fajne. Przez długi czas wydawało mi się, że takie rzeczy są po prostu skrajnie nieodpowiedzialne, a wszyscy w internecie są źli i mogą to wykorzystać przeciwko mnie. Wciąż jestem bardzo bojaźliwa i pewnych rzeczy bym nie zrobiła, ale mam do siebie dystans i nie boję się pokazywać tego, co kiedyś byłoby dla mnie nie do pomyślenia. Dwa lata temu oblewały mnie zimne poty, gdy dostawałam komentarze, że jestem brzydka i gruba, szczególnie zapadł mi w pamięć jeden, bardzo ciekawy "twoja twarz nijak odnosi się do stylu, który prezentujesz". Następnym razem proszę o dodatkową wskazówkę, bo wciąż nie wiem, czy powinnam zmienić twarz czy styl. Tak myślę o tym teraz, kiedy przeczytałam ich już setki. Once you've accepted your flaws no one can use them against you - George R. R. Martin.

Moją pierwszą sesją zdjęciową z Agnieszką był outfit z tego posta. Czułam się wtedy strasznie niezręcznie i w sumie dalej mi coś z tego pozostało, bo nie umiem się uśmiechać na zawołanie, co też często mi się wypomina, A jak kiedyś odpisałam pewnej pani, że to przez to, bo jestem martwa w środku, to zapytała, czy naprawdę napisałam to, co napisałam. Przez te wszystkie lata pozowania nauczyłam się jednak kilku ważnych trików, które sprawiają, że wyglądam na zdjęciach (na ogół) lepiej niż w rzeczywistości, co zauważyła nawet moja matka. Po pierwsze, zdjęcia z daleka, najlepiej od dołu, bo wtedy wygląda się na wyższego i to powszechnie znany fakt używany przez niejednego maluczkiego przywódcę w celach propagandowych. Zazwyczaj, kiedy piszę, że mam 158 cm to nikt nie wierzy. Po drugie, jak się patrzy w dół to eyeliner wygląda ładniej i można uniknąć efektu przyćpanych oczu (bardzo powszechne u mnie), dalej - głowa zdecydowanie uniesiona, dodatkowe podbródki nie są mile widziane. Kiedyś miałam naprawdę wielkie ambicje i chciałam dodawać po 10 zdjęć do notki, ale sama tego nie lubię oglądać, bo ileż można? wystarczą dwa dobre, żeby zobaczyć, jak ktoś wygląda. Pomoc Agnieszki w tworzeniu tego bloga jest nieoceniona, zawsze znajduje dla mnie czas, praktycznie w każdą sobotę o 12:00 wyruszamy w plener na zdjęcia, a wtedy wiadomo, kto pracuje ciężej. Przez pewien czas robiłyśmy zdjęcia w domu budowanym przez moich rodziców, więc miałam kilka białych, nieumeblowanych pokoi, gdzie mogłam pozować. Bajka szybko się skończyła i wbrew pierwotnym planom, moje ulubione miejsce zostało zagracone, a ja wygnana na przypadkowe ściany domów.

Po jakimś roku bardziej intensywnej pracy nad blogiem i jego tematyką przyszła pierwsza oferta ze współpracą chińskiego sklepu. Myślałam naiwnie, że naprawdę zostałam zauważona. Nic bardziej mylnego, ale wtedy naprawdę byłam podekscytowana swoją pierwszą paczką w której znalazła się kraciasta sukienka. Dalej wisząca w mojej szafie. Większy zaszczyt natomiast spotkał mnie, gdy znalazłam się na stronie The Ragged Priest (co zaś wydrukowałam i wkleiłam do swojego dziennika). Byłam nominowana w Company Blogger Award, dostałam nawet zaproszenie na imprezę w Londynie, ale czy ktoś sobie wyobraża puścić dziecko do serca Wielkiej Brytanii, bo tak? No właśnie. Dlatego rok później spróbowałam w konkursie Blog Roku. Szczerze mówiąc był to kolejny owoc nudnego wieczoru. Teraz będzie zabawny moment: ludzie na mnie głosowali. Myślałam, że dostanę 5 głosów i to od mojej rodziny, natomiast po pierwszej aktualizacji rankingu byłam w pierwszej dziesiątce. Byłam naprawdę zszokowana, bo chociaż nie miałam wielu czytelników, byli oni na tyle zmotywowani i zaangażowani, że prosili o głosy wszystkie osoby z ich kręgów. Mimo wzlotów i upadków, utrzymałam się na 7 miejscu, ale do Warszawy mnie nie zaprosili. Carolyn Dolly, blogerka, której chcą w Londynie, ale nie chcą jej w Warszawie, autobiografia.

O co często mnie pytacie, to jak zareagowali moi rodzice, znajomi, sąsiedzi, pies czy figurka Buddy. Normalnie. Tak sądzę. Moi rodzice dowiedzieli się przy okazji pierwszej współpracy, bo wolałam ich nagle uprzedzić, że zaczną przychodzić nieopłacone ubrania i to wcale nie jest czymś dziwnym. Znajomi z klasy dowiedzieli się przy okazji prowadzenia prezentacji na temat blogosfery w ramach zaliczenia z WOKu. Przeżyłam wtedy swój klasowy roast, więc teraz tylko nerwowo się pocę, gdy nasza nauczycielka z polskiego mówi coś krytycznego o blogowaniu. Bo wiecie, przez te wszystkie lata naprawdę starałam się walczyć ze stereotypem głupiej szafiarki, która albo nie pisze nic i dodaje same zdjęcia, albo pisze jak redaktorka agony column, a wtedy czytanie staję się w rzeczy samej agonią. Zawsze dużą wagę przywiązywałam do tekstu. Powiem więcej: wydaję mi się nawet, że napisałam też kilka mądrzejszych postów, które zostały odebrane pozytywnie, między innymi: notka noworoczna, kultura gwałtu i slut shaming, dying beauty. Wiecie, że ze względu na maturę musiałam się mocno ograniczyć, ale maj muszę przeżyć, a potem zamierzam znowu siedzieć po nocach i pisać, bo wtedy nawiedza mnie coś, co lajfstajlowe blogerki nazywają weną. Niektórych w nocy odwiedza kochanka z latarnią w kształcie piwonii, mnie odwiedza nuda i samotność. Muszę w końcu zmotywować się do pisania również po angielsku, bo ku mojemu zaskoczeniu ludzie z zagranicy są zainteresowani nie tylko zdjęciami, a zauważyłam to ostatnio, gdy wymieniłam w notce polski tytuł książki Marqueza. Nawet nie wspomniałam jego nazwiska, ktoś musiał tłumaczyć ten post na translatorze i skomentował, że również czytał tę książkę. Nie ukrywam, zrobiło mi się cieplutko na serduszku. Zdjęcia na blogu to jedno, ale to kim się jest albo kogo się udaje to drugie.

Ja udaję Carolyn Dolly, bo uważam, że Karolina nie jest wystarczająca ciekawa. Często mówię, że jestem spierdoxem za dnia i feszyn blogerką w nocy, bo nie ma w tym ani grama przesady. Nie wiem, w imię czego miałabym być w internecie tą samą osobą, którą jestem na co dzień. Wychodzę z założenia fake it until it's real. Pytacie czasem, czy naprawdę ubieram się w ten sposób. I tak, i nie. Do szkoły nie mam chęci zakładania najlepszych stylówek głównie dlatego, że ubrania szykuję z rana, a ich selekcja dokonuje się na podstawie sprawdzenia, co jest czyste i w miarę niewygniecione. Nie prowadzę też bujnego życia towarzyskiego, więc w swoich najlepszych outfitach chodzę na zakupy do Tesco. Czarnej szminki też na co dzień nie używam, chyba bym spłonęła na stosie w moim miasteczku. Ale czego się nie robi dla estetyki zdjęć.

Często też dostaję pytanie jak zacząć blogować? Nie wiem, trudno mi sformułować jedną odpowiedź, która byłaby uniwersalna dla każdej osoby. Na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że wymaga to dużo cierpliwości, ale przede wszystkim pasji. Jeśli nie wierzycie w to, co robicie, szybko porzucicie bloga. Jak widzicie, udzielam się w internecie bardziej lub mniej aktywnie od 5 lat, a wciąż jestem daleko w tyle za niektórymi dziewczynami, które dopiero pozakładały swoje blogi. I czasem nawet staram się znaleźć przyczynę tego zjawiska. Bo nie jestem tak ładna? Możliwe. Powiedzcie szczerze, ile znacie osób, które prosperują naprawdę świetnie, ale za ich twarzą nie ma nic więcej? Najlepiej moim zdaniem wychodzi to na snapchatach, gdzie naganiają swoich followersów, organizują Q&A i okazuje się, że ledwo potrafią sklecić zdanie, a najlepiej wychodzi im przewalanie włosów z jednej na drugą. Na blogach nikt nie wymaga od nich treści, zawsze można mamić ludzi jakimiś pustymi frazesami. Ale są ładne, szczupłe, nawet dżinsy i biały t-shrit będą na nich dobrze wyglądać, dostaną te lajki, bo ludzie naprawdę to lubią. Lubią kukły bez własnego zdania, które przyjemnie się ogląda. Przykro mi trochę, że nie wykorzystują swojej popularności, by promować reklamy Toma Forda z makijażem bez podziałów płciowych, milczą, kiedy chcą ograniczyć prawa kobiet, nie komentują, nie krytykują. Może nie taka jest ich rola?  Nie miałabym wyczucia, gdybym porównała się do Azealii Banks, ale wydaje mi się, że jednak mamy coś wspólnego. Jej też nie lubią, bo mówi za dużo, zbyt ostro, o niewłaściwych osobach. Widziałam masę komentarzy, że gdyby się zamknęła, mogłaby zrobić świetną karierę, bo jest wizjonerką, jeżeli chodzi o amerykański rap. Przez swój cięty język prawdopodobnie nigdy nie dostanie się na szczyty list przebojów, ale, sama odrzuciła formę, którą chcieli jej nałożyć. Ja też nie chcę być fajna dla wszystkich.  I w tym momencie zawsze staram się doszukiwać pozytywnego aspektu całej sytuacji: mam bardziej wyselekcjonowane grono odbiorców, które mnie rozumie lub stara się zrozumieć.

W końcu nadszedł czas tych gorzko-słodkich przemyśleń, kiedy zwracam się do Was. Stałych czytelników, wiernych obserwatorów, fanów snapchatowych careloke (bardzo podoba mi się połączenie carolyn i karaoke, prawa autorskie należą do użytkowniczki @vlekkeloze), a w końcu przypadkowych odwiedzających, bo w końcu Wy również przyczyniacie się do podbijania moich statystyk. Uwielbiam czytać Wasze wiadomości, komentarze, widzieć podsyłane zdjątka moich cytatów (i nawet mnie samej!) na mood boardach i zdjęciach na ścianie. Brzmi to dla mnie absurdalnie, bo wciąż nie wierzę, że gdzieś tam na końcu Polski, a nawet dalej, bo wiem, że poza granicami też się mnie czyta, są osoby, którym AŻ TAK podoba się to, co publikuję. Wtedy patrzę na pudełko z listami czytelników, czasami losuję przypadkowy i czytam, bo to namacalny dowód na to, że kogoś obchodzę, a poza tym historie i Wasze wspomnienia związane z tym blogiem często są bardzo intymne. Nie wiem, jak mam to ująć, żeby nie brzmieć jak 15-letni youtuber, który mówi, że bez lajków nie byłoby go już na świecie. Tu nie chodzi o liczby, o zaproszenia na eventy, darmówki z chińskich stron. Zawsze chciałam, żeby coś z tego bloga zostało w osobie czytającej. Jeśli mi się to udało, to nie zmarnowałam tych 5 lat.

piątek, 15 kwietnia 2016

It's not one of those phases I'm going through

#np Lana del Rey - the blackest day

Właściwie to rok temu pokazywałam te ogrodniczki na blogu, ale nie jestem na tyle twarda, żeby w zimie nosić dziurawe spodnie i na wiosnę odkrywam je na nowo. Nie wiem, czy to aby nie ostatni outfit  przed maturą, bo za tydzień mam dla Was coś troszkę innego, nie chcę mówić, że specjalnego, bo niepotrzebnie podniesiecie mi poprzeczkę, ale jestem pełna nadziei, że w jakimś stopniu zrekompensuje to początek maja. 

Dzisiaj mamy girls night in, więc będzie oglądanie filmów, tańczenie do Danza kuduro, rozwiązywanie arkuszy z matematyki i bardzo biznesowe rozmowy, Jeśli chcecie być na bieżąco z moim mało atrakcyjnym życiem, to po raz kolejny przypominam o snapchacie (carolyndolly). Po maturze powracam do nagrywania *głos Krzysztofa Gonciarza* NIEŚMIESZNYCH FILMÓW.


overalls - CHOIES // turtleneck - thrifted // hat - CHOIES // shoes - aliexpress 

piątek, 8 kwietnia 2016

Everything's depending on me

#np Rachel Bearer - on top of the world

Nadszedł długo wyczekiwany piątek, kiedy w mojej szkole odbywa się dzień otwarty, więc cały poranek spędzam na kanapie z kawową maseczką Lusha, popijając zieloną herbatę. Kwiecień przyniósł dziwny spokój, bo zostało tak niewiele czasu do matury, że nie wiem już za co powinnam się zabrać i ostatecznie nie robię nic. Z jednej strony naprawdę chciałabym się pouczyć, z drugiej, jestem już tak znudzona tym, że chętnie zajęłabym się cyfrową sztuką i rysowaniem piksel po pikselu kwiatuszków. Kwiatuszków, bo wiosna. A ja w kontraście do pory roku, która jest odrodzeniem natury, umieram nad kolejnym zestawem maturalnym.

turtleneck sweater: thirfted // dress - thrifted // shoes - ebay // glasses - ebay // hat - choies

piątek, 1 kwietnia 2016

GREEN INSPIRATIONS

#np Azealia Banks - 212 ft. Lazy Jay

Odespałam męczące 3 dni w szkole i dopiero usiadłam przy laptopie, więc na szybko odgrzebuję jakąś wersję roboczą, a że mamy kolejny miesiąc to realizuję cykl kolorowych inspiracji. Kwiecień, wiosna, kolor zielony, cóż tu więcej mówić, wywód tak logiczny jak wszystkie filmiki na youtubie potwierdzające przynależność sławnych osób do illuminati. Tym razem wzdycham do węży opasających głowę (myślę, że zakup opaski meduzy z halloweenowego sklepu za 5$ rozwiąże ten problem), ręcznie robionych glinianych kubków, włosów w kolorze butelkowej zieleni i skrystalizowanych ważek. 
Mam nadzieję, że zdjęcia spodobają Wam się tak samo jak mnie, tymczasem ja idę szukać zdjęć do moodboardów na kolejny miesiąc. Który kolor obstawiacie jako następny?


.post-body img { width:1200px; height:auto; } post-body img {border:none !important ;}