piątek, 26 sierpnia 2016

Tell me I’m the only one like I didn't know

#np FKA Twigs - Papi pacify

Hejka, w końcu wrzucam mój ficik weselny! Strasznie mi się spodobał, więc postanowiłam go odtworzyć w warunkach sprzyjającym zdjęciom (tych z niedzieli nie chcę oglądać ok). Właściwie jedyna różnica jest taka, że nie mam szałowej fryzury, bo przed samym weselem wybrałam się do fryzjera, gdzie zażyczyłam sobie dużej objętości i dostałam fale z jakiejś niestandardowej loków.

Wydaje mi się, że każdy chodzi na 5 wesel w roku i właściwie nie ma z tego żadnej frajdy, ale ja ostatni raz byłam na takiej uroczystości na początku gimnazjum. Długo szukałam sukienki, najpierw krótkiej, potem długiej, aż kiedyś weszłam do Zary (szokujące i kno) i przymierzałam czerwony kombinezon. Był kiepski, jednak naprowadziło mnie to na strój, którego zaczęłam szukać. W internecie oczywiście, bo klękłabym chodząc po sieciówkach.
Idealny kombinezon znalazłam na vinted, fakt - trzeba było się zmierzyć z kolorem czarnym jako antyweselnym, ale dla mnie szczerze mówiąc jest to absurdalne. Nie pomyślałabym nawet, że można odebrać to jako złorzeczenie młodej parze. Na szczęście takie przekonanie już odchodzi, aczkolwiek jeśli ktoś z nudów czyta forum vinted, gdzie zdarzają się wpisy, jakoby ktoś miał pociąć sukienki maxi swoich gości (bo to brak szacunku do kreacji panny młodej!) - można sobie nieźle wyprać mózg.

Do czarnego kombinezonu trzeba było dobrać coś również ciemnego, bo jeśli idziemy w klimaty wiedźmy-weselnej skandalistki, to idziemy. Jakiś czas temu znalazłam w lumpeksie długi żakiet, być może część z Was pamięta, jak przechadzałam się w nim na snapchacie. Z poduszkami na ramionach wyglądał trochę kiepsko, ale po ich wycięciu stał się ekstrawaganckim uzupełnieniem całego outfitu. A że widziałam podobne marynarki u kilku innych moich ikon stylu, cieszę się, że dorwałam taki bangier za 3 złote w sklepie z odzieżą używaną.


jumpsuit - vinted.pl // coat - thrifted // purse - allegro.pl // jewellery - H&M + vintage // shoes - renee.pl

piątek, 19 sierpnia 2016

Madness is my old friend

#np Cruel youth - diamond days

Heja! Jak Wam minął kolejny tydzień wakacji, który przybliżył nas wszystkich do napływu postów back to school w caluśkim internecie? Mnie całkiem dobrze. We wtorek rozpoczęłam kurs prawa jazdy i to jeszcze ten moment, gdy jestem podekscytowana, bo nie muszę wsiąść do samochodu, ale spokojnie, uprzedzę Was na snapchacie, kiedy lepiej nie wychodzić z domu albo poruszać się kanałami. A jeśli ktoś również zdaje na prawko, to pocieszę, że ostatecznie można się gdzieś rozbić, wybiec z auta, ogłuszyć rowerzystę, zabrać jego rower i odjechać w siną dal udając, że życie to GTA.



top - thrifted // lace up shorts - ebay // hat - choies // shoes - public desire // backpack - lamoda

piątek, 12 sierpnia 2016

LUSH HAUL



Kiedyś napisałam na blogu, że nigdy nie zrobię takiego haulu z LUSHa, jakie można oglądać na zagranicznych stronach, ale patrzcie - jednak robię, więc marzenia się spełniają! Jeśli choć trochę mnie znacie, wiecie, że moja miłość do tej marki jest nieskończona i moim celem życiowym jest wypróbowanie wszystkich ich produktów. 
W poście z chorwackim photo diary mniej-więcej opisałam przygodę z LUSHem do którego specjalnie jechaliśmy w Rijece, bo nie wiedziałam, że będę miała go praktycznie pod mieszkaniem w Rovinj, a wynikało to z tego, że uruchomiono coś takiego, jak summer shops. Jeśli dobrze zrozumiałam to jest to sklepik otwarty tylko na wakacje. Jedyna różnica między stałą placówką jest taka, że mają otwarte do północy i słodki zapach rozchodzi się dłużej na ulicy. Oczywiście zrobiłam sobie mini listę rzeczy, które chciałabym kupić, ale wszystko było wyprzedane i musiałam zdać się na propozycje ekspedientek. Zostałam wyszorowana trzema mydełkami i wąchałam każdy żel, a gdy zmierzałam do kasy pewna, że mam już wszystko w wiklinowym koszyku, pani zaczęła wypytywać o moje włosy, więc musiałam jeszcze wziąć szampon. Zero asertywności, duże liczby na kasie. Zapraszam na pierwszy w historii tego bloga haul z LUSHa.





Strasznie chciałam kupić oatifix i mask of magnaminty, ale obu tych produktów w Rijece nie było. Pani zaproponowała mi brazened honey, stwierdziłam, że miód mogę znieść, jeśli efekt ma być porównywalny do miętowej maseczki. Dopiero w domu doczytałam, że w skład wchodzą również jajka (nigdy nie pomyślałabym, że LUSH używa jajek...), oczywiście wszystko eko-friendly, bo z wolnego chowu, ale wciąż trochę wegański fail. 
Ocean salt zamówiła mi Agnieszka na Allegro, niby z Wielkiej Brytanii, ale ma jakieś arabskie pismo (tu można sobie dopowiedzieć polityczny żart, jeśli się zna). Myślałam, że będzie miało bardziej zwartą konsystencję, natomiast jest dość rzadka, choć nie spływa z twarzy, jeśli ktoś chce stosować bardziej jako maseczkę niż scrub. Bardzo kojarzy mi się peelingiem z Morza Martwego, którą można dostać w polskich drogeriach. Ocean Salt to jeden z bestsellerów LUSHa, ma kilka swoich wersji, między innymi powyższą - self preserving. Jak dla mnie świetny produkt, szczególnie na wakacje, jeśli pragnie się odrobiny egzotyki w swojej łazience.


American cream zachęciło mnie na stronie internetowej, bo właściwie nigdy nie miałam odżywki do włosów z LUSHa.
Zmierzałam już do kasy, gdy ekspedientka zaczęła mnie bombardować pytaniami o moje włosy, aż w końcu poleciła mi Rehab. Ciekawe, bo dokładnie ten sam szampon kupiłam w Chorwacji trzy lata temu i był to mój pierwszy produkt z Lusha, więc stwierdziłam, że dla symboliki powinnam go wziąć również tym razem i na tym zakończyć zakupy. Oczywiście to było przed przyjazdem do Rovinj. Ostatnio co raz częściej znęcam się nad moimi włosami, więc potrzebują swojego odwyku. Szampon ma piękny, ziołowy zapach i działa cuda. American cream wzięłam dla mnie i Agnieszki na spróbowanie. Jest to odżywka do włosów w której skład wchodzi między innymi wanilia i świeże truskawki. Nie testowałam jej jeszcze, ale pachnie cudownie! 



Byłam w kilku stacjonarnych sklepach LUSH, ale nigdy nie wyszłam z kulą do kąpieli. Jest tego kilka powodów, ale przede wszystkim, są pierońsko drogie. Przynajmniej jeśli używa się całej kulki na raz. Po przygodzie z twilight i sex bomb (post z recenzją) zdecydowałam, że warto w nie zainwestować. Intergalactic (niebieska z kolorowymi prześwitami) to ta słynna bomba tworząca kosmos w wannie. Pani tłumaczyła mi, że te świecące drobinki bynajmniej nie są brokatem a jakimś skruszonym minerałem, więc kula w rzeczy samej jest kosmicznie naturalna. Nie mogę się doczekać kąpieli, aczkolwiek teraz mi jej szkoda użyć i czekam na specjalną okazję.
Avobath to jedna z najtańszych bomb, o ile nie najtańsza (zapłaciłam za nią 33 kuny, około 20 złotych). Cena i moja miłość do awokado były głównymi motywacjami do zakupu. Oglądałam kiedyś tour po fabryce Lusha i zaskoczyło mnie to, że w skład tej bomby serio wchodzi awokado, i mean, nie żaden olejek, zapach, ale najprawdziwsze, świeże awokado wydłubane łyżeczką. Nie wiem, jak to się dzieje, ale chcę tej magii w swojej wannie.

środa, 10 sierpnia 2016

DIY SATIN BRALETTE/TOP



Dawno nie było żadnego DIY, a prezentowane dzisiaj czeka od ponad miesiąca i to nawet nie na komputerze, ale na aparacie, bo ciężko było mi się zabrać za przerobienie zdjęć. Jakoś nie umiem patrzeć na skrawki materiału w perspektywie napisania do nich instrukcji krok po kroku. Ja tam akurat potrafię spojrzeć na zdjęcie i zwizuwalizować sobie, gdzie powinien być szew, ale dla niektórych ludzi szycie to czarna magia, a ja chcę dotrzeć do wszystkich. Dla mnie najtrudniejszym punktem zrobienia tego braletu było kupienie zamka, bo nigdy zamka nie kupowałam i nie wiedziałam w ogóle, czego szukam, a pani w pasmanterii widocznie oczekuje samych projektantów haute couture.

Skąd w ogóle pomysł na ten bralet? Oczywiście skradziony, bo najlepiej się szyje będąc polską cebulą, której nie stać na zagraniczne marki i przesyłkę w dolarach. Kojarzycie markę O-Mighty? Być może nie, ale na pewno kojarzycie z tumblr ich zestaw silk kitten. Jeśli wciąż nie, to prawdopodobnie nie jesteście prawdziwymi tumblr girls i  musicie udawać, że zasłanianie ręką kawałka twarzy, którego akurat nie zakrywa czapka z Nike to właśnie coś, co się robi na tej stronie (żartuję, nie rzucam shade'u na własnych czytelników). Ich top kosztuje 52$, czyli o jakieś 50$ za dużo. Wiem, że przez pewien czas były podróbki na chińskich stronach typu Dresslink, ale ślad po nich zaginął. Trzeba było wziąć się za szycie. Znalazłam w szafie starą koszulkę, którą kupiłam w lumpie za mniej niż na 2 złote i zaczęłam szukać wykrojów. Znalazłam tutorial do bardzo podobnego topu inspirowanego Wangiem skąd pożyczyłam sobie miseczki. Link niżej!

Co będzie potrzebne?
- wspomniana stara satynowa koszulka, taki typ występuje w 99% lumpeksów, czasami jako ubranie codzienne, czasami jako piżama.
- nici
- szpilki
- nożyce
- szablon do miseczek (pobrałam z tej strony: http://apairandasparediy.com/2013/11/diy-alexander-wang-inspired-bralette.html)
- ołówek / coś do pisania po materiale
- zamek - bardzo ważne info! na zdjęciu jest zamek do sukienki, bo jak wcześniej napisałam - kupowanie zamka jest super stresujące i po przemyśleniu zakupu dopiero uświadomiłam sobie, co zrobiłam, potrzebujecie zamka takiego jak do kurtki, najlepiej wytłumaczcie, że coś delikatnego, ale na pewno nie do sukienki.





Zaczynamy od miseczek, bo jeśli to zrobicie, wszystko będzie już tylko łatwiejsze. Ja drukowałam szablony różnej wielkości i kilka razy wycinałam je ze starych zasłon, żeby zobaczyć, co lepiej pasuje. Może wydać się to trochę monotonne, ale w tym wypadku ważne jest, aby materiał dobrze układał się na piersiach. Kiedy już znajdziemy rozmiar idealny, wycinamy z naszego satynowego ciucha, odpowiednio łączymy i zaszywamy od wewnętrznej strony. Potem tylko lustrzane odbicie i najgorsza część już za Wami.



Aby materiał się nie pruł, zaszyłam krawędzie miseczek, z początku tylko boki trójkątów, a podstawę (#matematyczmie) zostawiłam na później, czyli moment, gdy zajmujemy się dołem braletu. Ja zrobiłam to z dwóch dużych pasów materiału, które odmierzyłam sobie i złożyłam na pół (jak ilustruje załączona fotografia, to jest akurat przedni pas). Zewnętrzną część podwinęłam, włożyłam tam również podwiniętą część podstawy i zaszyłam, żeby nic się nie strzępiło. Teraz widzę, że może to brzmieć trochę zagmatwanie, ale uwierzcie mi, że jak będziecie mieć przed samą materiał, to zobaczycie, gdzie mogą Wam wystawać nitki.

Tylne pasmo materiału rozcięłam na pół, żeby zamontować zamek. Szczerze mówiąc, myślałam, że będzie to gorsza przeprawa, natomiast wyszło całkiem przyzwoicie. Wystarczy go przyszyć z dwóch stron, uciąć niepotrzebną część (co za marnotrawstwo) i po obu bokach zaszyć ząbki, tak, żeby zamek miał "blokadę". Inaczej mówiąc, żeby Wam nie poleciał po nieistniejących pasmie ząbków i nie został w ręce, gdy będziecie zapinać bralet. 

Teraz wystarczy doszyć tylko ramiączka, czyli cienkie pasma z satynowego materiału, które również łączymy tak, aby się nie pruły i gotowe, możecie cieszyć się idealnym topem z Tumblr, który kosztował Was ok. 10 złotych! 



Myślę, że dla osób używających maszyny byłaby to kwestia maksymalnie dwóch godzin, ja oczywiście wciąż nie nauczyłam się jej obsługiwać i wszystko robiłam ręcznie, więc i czas pracy wydłużył się do dwóch dni. Mimo wszystko jestem strasznie zadowolona z efektu, chyba nawet nie sądziłam, że ma to szanse wyjść aż tak dobrze. Koniecznie dajcie znać, co sądzicie! 

piątek, 5 sierpnia 2016

PHOTO DIARY: CROATIA 2016

W końcu przysiadłam i przejrzałam zdjęcia z wakacji, nazbierało się ponad 500, więc wybór był trudny, ale starałam się wybrać trochę mniej sztampowe, tym bardziej, że do Chorwacji jeździ połowa Polski, a ja chciałam ją pokazać nie tylko od strony usmażonej na kamieniu dupy. Dla mnie to też żadna rozrywka, więc część dnia przeznaczoną na plażę spędzałam w cieniu z książką. Zaskakujący fakt: w tym roku moja wysypka od słońca przyszła dopiero na finiszu, a więc w Wenecji, ale zacznijmy od początku.

Sukošan/Zadar
Sukošan to niewielka miejscowość położona w okolicy Zadaru (ok. 15 minut autem). To była część wakacji typowo na piaszczystu plażu, bo nic lepszego do roboty nie było. Kilka knajpek nastawionych typowo na turystów, budki z nadmorskimi pamiątkami (świecące buty, świecące deski, świecące wszystko #glo #up) i wino sprzedawane w bramach przez mieszkańców. W Zadarze byliśmy dwa razy - pierwszy był dość tragiczny, bo rozpływałam się przy zwiedzaniu, następny wspominam całkiem dobrze. Wpadliśmy na festiwal zorganizowany z okazji pełni księżyca, było mnóstwo straganów z regionalnymi produktami. Sama spróbowałam tajemniczego placka ze szpinakiem, który przez 10 minut leżał na piecu (???? rozgrzanej blasze ????). Jednak najbardziej w pamięci utkwił mi dźwięk wodnych organów zasilanych oczywiście Adriatykiem.

Rijeka
Do Rijeki pojechaliśmy głównie ze względu na LUSHa znajdującego się w centrum handlowym, a jako, że jest to jedno z większych miast, postanowiliśmy przejść się po centrum. O moich kosmetycznych zakupach przeczytacie już niedługo, jeśli chodzi o samo miasto to bardzo ładne, ale zaniedbane - brudne i śmierdzące. Jedno można pochwalić - dobre wifi do łapania pokemonów.

Rovinj
Kolejne duże miasto, aczkolwiek z Rovinj jest jeszcze jedna ciekawa rzecz - do drugiej wojny światowej było to miasto włoskie, Rovignio. Do dziś drugim językiem urzędowym jest właśnie włoski, a Włosi stanowią 1/3 mieszkańców. Stąd też specyficzny klimat wąskich uliczek, wszędzie wiszącego prania, restauracji czynnych niemal do białego rana. Mieszkaliśmy w centrum starego miasta, z okna toalety widziałam, czy nasz stolik w restauracji jest wolny. Swoją drogą, okazało się, że jestem wybitnym spierdoxem i nie doczytałam na stronie LUSHa, że mają też coś takiego jak summer shop, otwarty od końca czerwca w Rovinj. Położony dosłownie dwie minuty od naszego mieszkania. Strasznie mi się tam podobało, być może nie było zbyt wiele rzeczy do zobaczenia, ale mogłam codziennie wychodzić i przechadzać się uliczkami. Unikając oczywiście kontaktu wzrokowego z kelnerami, żeby przypadkiem nikt mnie nie zaciągnął do swojej restauracji.


Wenecja
Byłam podekscytowana jednodniową wycieczką do Wenecji, ale trochę się zawiodłam. Przez korki dotarliśmy na miejsce koło 17:00. Do samego centrum samochodem nie można wjechać, więc zaparkowaliśmy na 8 piętrze ogromnego parkingu, jednego z wielu. Następnie trzeba przesiąść się na wodny autobus, bo piesza wędrówka do hotelu zajęłaby kolejną godzinę. Do pokoju weszliśmy koło 19:00. Wszystko właściwie było już pozamykane, więc pozostało jedynie przejście się po mieście. Wenecja jest naprawdę urokliwa, mimo tego smrodu. Serio, po tym, czego się nasłuchałam byłam przygotowana na łzy w oczach, ale nieprzyjemnie pachniało tylko w długich, wąskich uliczkach, a też nie jestem pewna, czy chodziło o wodę, a może o siki.








.post-body img { width:1200px; height:auto; } post-body img {border:none !important ;}