piątek, 17 kwietnia 2015

style icon: Fernanda Ly

#np  Marina & The Diamonds - Gold

Dzisiaj chciałam podzielić się z Wami kolejną ciekawą osobą, której poczynania warto śledzić. Obserwuję jej instagrama od dawna, ale dopiero kilka miesięcy temu zauważyłam, że Fernanda Ly, bo tak nazywa się kolejna różowo-włosa boginii, zaczyna swoją karierę w modelingu. Na tę chwilę ma na swoim koncie liczne sesje, a także pokazy Chanel i Louis Vuitton. Pochodzi ze słonecznych przedmieści Sydney, uwielbia lody, a oprócz tego jest fanką mangi i anime. Jeśli chodzi o jej unikatowy styl, zazwyczaj trzyma się trzech kolorów: różowego, czarnego i białego. To zdecydowanie moja woman crush na wiosenny sezon ♡


Przygotowując się już na sezon wiosna/lato, polecam sprawdzić propozycje CHOIES: X  X  X Mają przeurocze stroje kąpielowe, kimona i kombinezony!

piątek, 10 kwietnia 2015

I'm three steps from the edge

#np Cady Groves - this little girl (nightcore)

Wciskając się w spodnie po świętach, miałam wrażenie, że zaraz do pokoju wpadnie Jason Derulo i zaśpiewa swoim charakterystycznym głosem how you fit that in them jeans? Nie wiem jak, ale się udało. Okazuje się, że wegańskie święta wcale nie są ubogie w kalorie i można się równie dobrze najeść, by zasnąć na 3 godziny (lub stracić przytomność z przejedzenia, kto wie, co działo się ze mną w tym czasie?). Ku mojemu zdziwieniu mama była bardzo przychylna w tym przedsięwzięciu i pomagała mi w kuchni, dlatego na stole pojawiły się: ciasto marchewkowe, baba kawowa, babeczki bananowo-orzechowe, pasztet warzywny, pasta bezjajeczna. Nigdy nie wątpiłam w różnorodność wegańskich przepisów, ale wydawało mi się, że święta obfitujące w kiełbasy, jajka i serniki będą dla mnie jakąś przeszkodą, a przeskoczyłam je z taką łatwością, że napawa mnie to niemałą dumą. To z pewnością jest coś, czym chciałam się podzielić, bo i właściwie wszystko z tych świąt. Resztę czasu przeleżałam w łóżku czytając, oglądając filmy i anime, scrollując ebaya, czyli standardowy zestaw na dłuższą przerwę.

Ale dzisiaj też jest przyjemnie, bo mam wolne - w mojej szkole odbywa się dzień otwarty i łączę się ze wszystkimi uczniami, którzy zostali, by oprowadzać gimnazjalistów. Sama jednak od rana szaleję, bo przygotowałam lody z zieloną herbatą i wyszłam pierwszy raz w tym roku biegać. Życzę wszystkim równie udanego piątku i zapraszam na nowy outfit z ogrodniczkami Choies ( *¯ ³¯*)♡

dungarees - CHOIES | everything else - ebay

piątek, 3 kwietnia 2015

HOMESTAY


Cześć! Jak obiecałam w zeszłym tygodniu, czas na master post o bardzo ciekawym doświadczeniu, które było sprawcą małego zamieszania, ale w gruncie rzeczy będę je wspominała bardzo ciepło, czyli HOMESTAY Japonek z chóru Kinjo Gakuin Glee Club.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o tym w szkole (albo na japońskim, już sama nie pamiętam?) było to dla mnie dość abstrakcyjne, fajnie byłoby gościć u siebie dwie dziewczyny z mojej duchowej ojczyzny, ale nie wgłębiałam się w ten pomysł, bo z góry przewidziałam reakcję rodziców. W domu coś napomknęłam, rodzice pożartowali, ale od słowa do słowa w końcu padło "ok", więc gdy tylko było to możliwe, pobiegłam po ankietę zgłoszeniową. Musiałam tam wypisać wszystkich członków rodziny, nasze zainteresowania, zwierzęta i dane kontaktowe. Następnie przydzielono mi dwie Japonki, dostałam o nich podobne informacji i załączone zdjęcia. Miło byłoby wcześniej nawiązać jakiś kontakt, więc obu wysłałam dwa maile, ale początkowo dostałam odpowiedź tylko na jednego, chociaż wystarczyło, żebym wysępiła instagrama i twittera, tym samym otworzyła furtkę do pełnoetatowego stalkowania. Osobiście nie lubię pisać mailów. Uwielbiam listy, ale maile mają w sobie coś niezręcznego i dziwnie oficjalnego, czego nie potrafię przełamać. Ostatecznie wymieniłyśmy obserwację i kilka wiadomości, od drugiej dziewczyny dostałam jedynie jednego maila na kilka dni przed wylotem do Europy.

Kiedy robi się coś z dużym wyprzedzeniem (w moim wypadku jeszcze przed feriami), człowiek odnosi wrażenie, że to wydarzenie nigdy nie nadejdzie. Aż w końcu pozostaje dzień, godzina, kilka minut i znajduję się w holu TCK i wraz z grupą uczniów mojego liceum i uczących się japońskiego, czekam na przybycie chórzystek. Stresuję się, czy na pewno spodoba im się mieszkanie, jak będzie wyglądał nasz czas wolny, a przede wszystkim komunikacja. Kiedy wszystkie weszły już do budynku, nie umiałam dojrzeć swojej. To mit, że wszyscy Azjaci wyglądają tak samo, ale gdy stanęła przede mną tak liczna grupa, wszyscy byli łudząco podobni i dziękuję Bogu, że wołano nas, Polaków i Japończyków, bo w chwili "przekazania" robiliśmy sobie jeszcze pamiątkowe zdjęcie. No i mam MOJE Japonki, idziemy na tył po walizkę i zabieramy się do samochodu. Jeszcze raz przedstawiliśmy się, zadałam kilka prostych pytań, a potem ruszyliśmy do domu. Gdybym była na ich miejscu, pewnie przeżywałabym emocjonalne piekło, nie wyobrażam sobie, żeby znaleźć się na innym kontynencie, w innym kraju, a teraz jeszcze jechać 15 minut samochodem z obcymi ludźmi, do nieznanego domu, z dala od przyjaciółek, nauczycieli i kogokolwiek, kto mógłby służyć pomocą. Mówię, że ja się stresowałam, ale dopiero, gdy jechaliśmy przez ciemny las uświadomiłam sobie, jak wielki niepokój towarzyszy moim gościom i jak bardzo musiały mi zaufać.

Reakcja na mój dom była bardzo pozytywna, obie dziewczyny zapytały, czy naprawdę tu mieszkamy, a przy oprowadzeniu słyszałam tylko "wow", "cute" "oooooooooo", jak się okazało później - były to kluczowe słowa w naszej całej komunikacji. W moim pokoju największą furorę oczywiście zrobiły mangi, kserówka z hiraganą i katakaną oraz figurki Buddy, które stoją na parapecie. Wracając do komunikacji, wyszła ona przede wszystkim przy kolacji. Starałam się poprowadzić jakąś konwersację, żeby pozbyć się nieznośnej ciszy, ale młodsza (15) spoglądała tylko z dezorientacją na starszą (17), która sama wiele nie rozumiała, ale w większości potrafiła odpowiedzieć na nasze pytania. Trochę się rozczarowałam, bo skoro człowiek już tyle poświęca na naukę języka, przyjemnie jest go zastosować, ale do końca pobytu trzymałam się już tylko podstawowych zwrotów i bardzo często powtarzałam "ok". One zresztą też, warto pamiętać o mentalności Japończyków, którzy rzadko kiedy potrafią powiedzieć "nie", jestem pewna, że gdyby nie bariery językowe, to też stosowałyby wiele wykrętów, ale w tej sytuacji musiały zgadzać się na wszystkie dziwności, łącznie z jedzeniem ogórków kiszonych i sera wędzonego proponowanego przez moją mamę (pewnie również mają to u siebie, ale było polecenie z góry, żeby takich rzeczy nie podawać, aby uniknąć ewentualnego zatrucia pokarmowego u nieprzyzwyczajonych Japonek).
Japończycy to również naród przepraszający, o ile pierwszego dnia było to dla mnie trochę uciążliwe, następnego dnia przyjęłam strategię uśmiechania się i mówienia "ok, no problem".
Po kolacji dostaliśmy masę prezentów i zostaliśmy zapytani przez gości, czy znamy origami. Abstrahując jeszcze na chwilę - dla samych Japonek obecność elementów ich kultury w Polsce jest zaskakująca i zawsze wygląda na dużą niespodziankę. Jak gdyby żyły w hermetycznym świecie, a Rilakkuma i Hello Kitty istniały tylko dla nich.
Usiedliśmy przy stole, cała moja rodzina lekko wystraszona, bo choć origami jest czymś powszechnie znanym, raczej większość osób nie miała z nim większej styczności i jak się okazało, nawet mój staż z papierowymi pudełkami wydał się niczym w porównaniu do misternej sztuki składania żurawi. Honoka zrobiła praktycznie całego za mnie, ponieważ ja się poddawałam przy każdym kroku. Jumping frogs były o wiele prostsze i mniej-więcej wszyscy dobrze się spisaliśmy. Dostałam też komplet specjalnych karteczek na origami, ich wzory są niesamowite, ciężko oderwać od nich wzrok i czuję, że do usranej śmierci będą leżeć w szufladzie, bo boję się je zepsuć.
W każdym razie, dość szybko zrobiło się późno i poszłam moim gościom wyjaśnić obsługę prysznica. Chyba w znakomitej części japońskim domów dalej znajdują się tradycyjne stołki do mycia, więc pewnie dziwnie tak w Europie stać przez cały proces prysznicowania. Czas na dzień drugi.

No właśnie, kolejny dzień był trochę pomieszany, bo mimo dość dokładnego harmonogramu, nikt właściwie nie wiedział, jak będzie on wyglądał, aż do ostatniego momentu. Japonkom rozpisaliśmy na kartce godziny śniadania i wyjazdu, jak można się było spodziewać - były bardzo punktualne. O 7:30 wyruszyliśmy do liceum, gdzie miały dać koncert, a potem miałam towarzyszyć im na warsztatach. Wszystko szło zgodnie z planem, na warsztaty trafiłam do sali z motywem wielkanocnym i towarzyszyłam gościom podczas malowania jajek i próbowania tradycyjnych polskich wypieków. O, pominęłam dość istotny fakt - chórzystki pochodzą z żeńskiej, katolickiej szkoły. Jeśli przypominacie sobie post o chrześcijaństwie w Japonii to wiecie, że ta religia wynosi zaledwie 1% wszystkich wyznań, a więc Wielkanoc pewnie nie jest tak super świętowana jak Boże Narodzenie. Próbowałam wyciągnąć informację, jak to wygląda u nich, ale nie dostałam żadnych konkretnych informacji oprócz tego, że również idą do kościoła i świętują z rodziną.
Według planu po warsztatach miałam towarzyszyć im u burmistrza, ale ostatecznie wszystko się pomieszało i do 12:20 miałam z nimi czas wolny, więc nie oddalaliśmy się zbyt bardzo, chociaż dziewczyny chciały iść kupić jakieś akcesoria. Ok, jakoś się udało, potem uraczyłam ich mlekiem kokosowym i zabrałam do piekarni, gdzie hitem stały się piernikowe (?) króliczki na patyku. W drodze na miejsce zbiórki robiłam sobie jeszcze mnóstwo zdjęć z innymi dziewczynami, większość była wyposażona w selfie sticks, więc wyciągały je na jakieś 2 metry i obejmowały całe grupy ludzi, haha. Jednak duże wrażenie zrobił na mnie moment, gdy od celu dzieliła nas dosłownie minuta drogi, a na wyświetlaczu iPhone'a Moeki wyświetliła się 12:20 i moja towarzyszka zaczęła pukać w ekran telefonu pokazując mi, że zaraz się spóźnimy. Kolejnym razem miałyśmy się zobaczyć dopiero po koncercie około 20:00, więc wróciłam do domu.

Miałam plan zabrać dziewczyny do kościółka w mojej parafii, ale po fenomenalnym występie podeszła do nas tłumaczka i przekazała, że jedna z dziewczyn nie czuje się najlepiej i prosi, aby jej nie forsować i pozwolić położyć się wcześniej spać, więc po kolacji posiedzieliśmy tylko chwilkę. Dostaliśmy narzutki, w których chór wykonywał między innymi tradycyjną japońską piosenkę Sōran Bushi. Zrobiliśmy sobie jeszcze dużo rodzinnych zdjęć na pamiątkę. Dziewczyny bardzo się ucieszyły i były zwyczajem mocno zaskoczone, że znam zwrot ichi tasu ichi wa (jeden plus jeden to) na który przy robieniu zdjęć odpowiada się NIIII~ (dwa) i potem co chwila go powtarzaliśmy. Dziewczyny poszły na górę się pakować i spać, sama byłam zmęczona, ale to one chodziły od miejsca do miejsca, gdzie ciągle śpiewały. Od 8 do 20, 12 godzin na nogach.

Kolejnego dnia również zwinęliśmy przed 8:00, żeby zawieźć dziewczyny do TCKu. Wbrew naszym wyobrażeniom, trochę tam spędziliśmy, było kilka pamiątkowych zdjęć - pan fotograf był doprawdy uroczy, przyniesiono mu drabinkę na którą wdrapał się, żeby lepiej objąć wszystkich zgromadzonych ludzi, a gdy ktoś robił mu zdjęcie telefonem szybko zmieniał pozę ze skupionego profesjonalisty na uśmiech i znak peace, kultura kawaii jest obecna nawet w Japończykach w wieku średnim. Ten widok ogrzał moje serce i na koniec przygody z homestayem uświadomił, że to naprawdę są ludzie z którymi chce się przebywać. W swojej kulturze, która ogranicza człowieka wieloma zasadami i konwenansami, zachowała się w nich prostota dziecka.
Oczywiście, ja, najbardziej niestabilny emocjonalnie człowiek musiał się popłakać przy pożegnaniu. Dla mnie też jest to dziwne, bo jakby nie było spędziliśmy zaledwie dwie noce razem, ale było mi smutno, więc zaczęłam płakać. Moje Japonki również się rozpłakały, aż stworzyliśmy sobie krąg lamentujących osób aż nie wyszliśmy przed autobus. Jeszcze raz przytuliłam dziewczyny i obserwowałam jak wsiadają do autobusu. Prawie wszyscy zajęli już swoje miejsce, gdy wybiegła Moeki, bo chciała mi pokazać, że nosi krzyżyk z bursztynem, który daliśmy jej poprzedniego wieczoru i jeszcze raz bardzo dziękuję. Wtedy pękło mi już w ogóle serce na miliard kawałeczków, jak można być tak kochanym?

A tu moje prezenty:

 Czerwona narzutka (to pewnie ma specjalną nazwę) jest moja, druga siostry. Poniżej Funassyi o którym nigdy wcześniej nie słyszałam, ale zgaduję, że jest to dość popularna postać i również maskotka miasta Funabashi w prefekturze Chiba. Czyta się to funasshi, a samo nashi w japońskim znaczy nic lub gruszka. Funassyi na domiar wszystkiego okazał się być gruszką. W zestawie był długopis, plug z brelokiem do telefonu i twarda koszulka/okładka. Obok leży ramka, której jeszcze nie rozpakowałam, ale wydaje się być ręcznie malowana w kwiaty wiśni, a obrazek można wymienić.

Ręczniczki mnie zastanawiają, ale są urocze i mięciutkie. Do tego tradycyjne wzory japońskie na zakładkach do książek, które również mnie stresują, bo mam tendencję do gubienia zakładek. Kupiłam sobie w Pradze śliczną zakładkę z grafiką Alfonsa Muchy i przepadła zaraz po przyjeździe do Polski. Oczywiście, nie mogło również zabraknąć Hello Kitty, bo nie ma Japonii bez Hello Kitty. Jeszcze nie przymierzałam skarpet, ale mam cichą nadzieję, że będą pasować. Są przeurocze!


A teraz czas na słodki finał, czyli sprawcę zejścia ze świętej drogi weganizmu i prawdopodobnie obrośnięcie tłuszczem na wakacje, ale zawsze marzyłam o japońskich słodyczach, a kiedy koleżanka mojej mamy wracająca z wycieczki po Japonii przywiozła mi chustę zamiast jakiegoś cudacznego kit kata, poczułam się lekko zawiedziona. Ale ta-da! Na szczęście rówieśnicy myślą podobnie i od Japonek dostałam taki oto zestaw słodyczy:

 (pierwsze od prawej na samej górze): żelki owocowe. Całkiem dobre, oczywiście jak na Japonię przystało, otwiera się paczkę słodyczy, a każdy z nich i tak jest zapakowany osobno. Zatem mamy multum kolorowych torebeczek. Są porzeczkowe, jabłkowe, brzoskwiniowe i pomarańczowe.


 (mała zielona paczuszka po lewej): czekoladki o smaku zielonej herbaty matcha. Byłam nastawiona na podobny smak, jak u Kit Katów, ale okazało się, że w środku jest jeszcze galaretka, co trochę zburzyło moje idealne wyobrażenie o tym smaku, bo nie jestem fanką takich dziwactw ukrytych w słodyczach. Da się zjeść, ale nie miałam ochoty na 15 kolejnych.

 Kit Katy o smaku zielonej herbaty matcha: na temat japońskich kit katów krąży wiele legend i pewnie słyszeliście o takich smakach jak grillowana kukurydza czy sos sojowy. Ja dostałam zieloną herbatę matcha, którą stety niestety zamówiłam i zjadłam już wcześniej w Polsce. A szkoda, myślę, że moja wycieczka do Japonii mogłaby opierać się na poszukiwaniu lokalnych smaków Kit Kata. Niemniej jednak, batoniki są bardzo dobre, najmocniej czuć smak białej czekolady, dopiero potem dociera do nas charakterystyczny posmak herbaty matcha.


 (pierwszy rząd, środkowa paczka) czekoladowo-truskawkowe cukierki: bardzo dobre, smak porównywalny do truskawkowej Milki. Silnie uzależniające.


(pierwsza paczka od lewej na dole): coś podobnego smakiej i fakturą do naszej gumy rozpuszczalnej Mamba. W paczce mamy smak jabłkowy, bananowy (mój ulubiony!), porzeczkowy bodajże i truskawkowy.

To byłoby na tyle, wyszło dość obszernie, ale mam nadzieję, że mimo wszystkich moich dygresji przez które robi się bardziej strumień świadomości niźli zwarty i tematyczny post, podobało Wam się i choć trochę zaspokoiłam ciekawość na temat homestayu Japonek. Jeśli macie taką możliwość, naprawdę polecam, bo jest to najczystsza forma obcowania z kulturą innego kraju, jaką możecie uzyskać u siebie w domu. Jeśli macie jakiekolwiek pytania - feel free to ask.

Życzę wszystkim udanych świąt wielkanocnych!

czwartek, 26 marca 2015

i'm the ghost of a girl that i want to be most

#np Christina Perri - the lonely

Hejka! Tydzień minął mi w zastraszającym tempie, a to dlatego, że prawie się nie namęczyłam. W szkole byłam jedynie do wtorku, następnie przyjmowałam dziewczyny z Japonii na homestay, a skoro dostałam kilka sygnałów mówiących, że w sumie byłby to ciekawy temat na kolejny post, więcej napiszę już w przyszłym tygodniu. Na ten moment mogę jedynie powiedzieć, że spędziły ze mną jedynie dwie noce, ale i tak wszystkie płakałyśmy przy pożegnaniu. Teraz czas wrócić do rzeczywistości i nadrobić wszelkie zaległości, życzę wszystkim miłego piątku! 

midi dress - the ragged priest // creepers - ebay // fishnet tights - local store // hat - ebay 

piątek, 20 marca 2015

GeoExpo 2015: giełda minerałów w Gliwicach

#np Madonna - Joan of Arc

Kiedy pierwszy raz wybrałam się dość spontanicznie na giełdę minerałów w Katowicach, byłam zdecydowana jedynie kupić onyks, bo to kamień śmierci i właściwie fajnie coś takiego posiadać w domu, prawda? Ostatecznie puściłam się w dzikie zakupy i wróciłam do domu z kamieniami, których nazwy ledwo potrafiłam zapamiętać, a na samej giełdzie nie sposób udawać eksperta, chociaż uprzejmi sprzedawcy odpowiadali na wszelkie pytania. "Jak nazywa się ten kamień?" "noc kairu", wtedy pozostało wyszeptanie "what the fuck" i usunięcie się z uprzejmą miną do kolejnego stoiska. Jednak od tego czasu trochę czytałam, oglądałam i na szczęście wiele minerałów potrafię już rozpoznać. Boję się powiedzieć, że to moje hobby, ale prócz samej estetyki i kolekcjonerskiej manii, widzę w tym coś uduchowionego.

Przechodząc do samego doświadczenia na GeoExpo - rozmiar okazał się rozczarowujący, bo stoisk było dwa razy mniej niż w Katowicach, a znakomita większość z nich prezentowała biżuterię i oszlifowane kamienie, co mnie niezbyt interesowała, lecz czy jest coś, co mogło by powstrzymać mnie w wydawaniu pieniędzy? Śmiem w to wątpić. Wróciłam do domu z dwoma obsydianami, dwoma karcami różowymi, dużym ametystem, którego kolor bardziej przypominał już czerń niż fiolet, drobnymi minerałami, które kupiłam głównie dla specjalnego kaktusa i jeszcze mniejszymi kamyczkami, które dorzucę kilku osobom do w odpowiedzi na niedawno otrzymane listy. Jeśli moje tłumaczenia nie są w stanie zwizualizować tych zakupów to zapraszam na instagrama, gdzie znajdziecie ich zdjęcie!


.post-body img { width:1200px; height:auto; } post-body img {border:none !important ;}