piątek, 17 października 2014

CAROLYN GOES HALLOWEEN: pumpkin face & hair mask

Hej! Mamy w końcu jesień, zbliża się halloween i chociaż ja uwielbiam to anty-święto w Polsce, w tamtym roku na bloggerze pojawił się wysyp postów, jak to źle kultywować zagraniczne tradycje i sprzedawać duszę poprzez wycinanie dyń i zbieranie cukierków. Dzisiaj zatem coś lżejszego, bo i do halloween pozostał tydzień. Myślałam, czy nie opublikować tej notki 31, ale jeśli z supermarketów mają poznikać sezonowe produkty, to lepiej zrobić to wcześniej, prawda? A poza tym, sama nie mogłam się doczekać. Jesień to dla mnie zimno, zimno, jeszcze zimniej i nagle przychodzi okres października, gdy człowiekowi robi się cieplej w sercu na widok babeczek z lukrowymi dyniami i kupuje zapas słodyczy dla dzieciaków, z gorzkim uczuciem, że jest się za starym na takie zabawy.

Bez dłuższego rozczulania nad sobą, przechodzę do jesiennego diy na które długo czekałam i cieszę się, że kolejny raz wcielam się w rolę królika doświadczalnego i testuję dziwne przepisy wyciągnięte z odmętów internetu. Bo trzeba przyznać, nie każdy ma odwagę do próbowania kosmetyków domowej roboty, prawda? 
Wszystkie proporcje, jakie podaję mają zapełnić moje słoiczki kupione w Pepco. Należy je modyfikować w zależności od własnych potrzeb. Głównym składnikiem jest puree z dyni, które w okresie halloweenowym można kupić w wielu marketach, ale o wiele zabawniej jest spróbować własnych sił kulinarnych i przyrządzić je w domu, a jest to banalnie proste (- powiedziała Carolyn, która ogranicza się do obsługi mikrofalówki). Według speców od gotowania najlepsza jest odmiana małych dyń (takiej właśnie używałam), jeśli chodzi o walory smakowe, ale z góry zakładam, że nie tego będziemy oczekiwali od maseczki na twarz i włosy. Swoim dynią odkrawamy górę z ogonkiem, przecinamy na pół i wydrążamy miąższ z pestkami. Wykładamy blachę papierem do pieczenia, kładziemy połówki dyni środkiem do dołu i wkładamy do wcześniej rozgrzanego pieca w temperaturze 200 C na 30-35 minut (nieźle wybrnęłam z tego, że nie napisałam prędzej, iż powinniście byli włączyć piec?). Po upływie tego czasu wystarczy tylko ściągnąć skórkę, która odchodzi bardzo łatwo i zmiksować wnętrze dyni na puree.

maseczka do twarzy:
2 łyżki puree / łyżeczka soku z żurawiny / łyżeczka miodu / szczypta brązowego cukru (jeśli potrzebujecie peelingu, można dodać go więcej) / szczypta cynamonu
Nakładam ją po prysznicu, pozostawiam na ok. 10-15 minut i dokładnie myję twarz.


maska do włosów: 
2 łyżki puree / 1 łyżeczka miodu / 1 łyżeczka jogurtu / 1,5 łyżeczki oleju kokosowego
Maskę nakładam na suche bądź zwilżone włosy na ok. 10 minut, a następnie dokładnie je myję. 

Samo wykonanie nie potrzebuje swojego opisu, wystarczy wszystko wpakować do słoiczka lub pierw do miski i dokładnie wymieszać. Ważne jest również, aby pamiętać o odpowiednim przechowywaniu, najlepiej trzymać je do tygodnia w lodówce.

A tak prezentują się moje dwa słoiczki: ciemniejszy (z cynamonem) to maseczka do twarzy, a jaśniejszy - do włosów.

Składniki zawarte w dyni wygładzają skórę, złuszczają martwy naskórek, regulują zawartość wody w komórkach, pomagają przy podrażnieniach, a więc w kosmetykach, czy też nie - po dynie warto sięgać, a gdy jesienią pojawiają się w sklepach, warto je kupować. A Wy, wykorzystujecie jakoś dynię?

piątek, 10 października 2014

people who cant handle all black outfits are weak

#np Guren no yumiya 

W niedzielę byłam na pokazie japońskiej ceremonii herbacianej, a także sama miałam okazję zrobić własną herbatę, co na początku bardzo mnie stresowało, bo czuwali nad nami Japończycy, ale okazało się, że wylądowałam przy stoliku z panią, która zna język, więc tylko na nią zerkałam i czekałam na jakieś tłumaczenie. Dlatego, gdy wyszłam z budynku odmówiłam modlitwę dziękczynną w jej intencji. Przed wyjściem zrobiłam sobie jeszcze miliard zdjęć z mistrzami herbaty, niektórzy nawet robili sobie zdjęcia ze mną (ho-ho). To taka mała notka z pamiętnika, bo cudownie spędziłam dzień i dawno tak dobrze się nie bawiłam. 
Jeśli chodzi o szkołę, well, powoli wychodzę na prostą z moimi zaległościami, a bieżące oceny są dość zadowalające, dlatego czasami pasuję i idę spać na 2 godziny, wtedy nie czuję już niczego. Chociaż chciałabym, aby to trwało dłużej niż 2 godziny.

Mam też małą niespodziankę dla wszystkich miłośników chokerów: wszyscy kupujący z Catpaw dostają 10% zniżki na hasło 03carolyn, które należy podać przy zamówieniu. Od siebie mogę dodać tylko tyle, że mój księżyc jest piękny i starannie wykonany, przyszedł priorytetem w brązowej kopercie z logiem sklepu, a teraz jest moim dziennym towarzyszem. 
 fringe sweatshirt - trifted // creepers - ebay // leggings - basic // hat - ebay 
moon choker - CATPAW // rose socks - takko fashion

piątek, 3 października 2014

messy october inspirations

#np cruisin for a bruisin

Byłam naprawdę dobrej myśli i z zapałem zabrałam się do pracy, ale mój entuzjazm szybko zgasł, gdy zostałam przytłoczona jej nadmiarem, a dziennie cieszyłam się na myśl o pójściu spać. Pierwszy tydzień powrotu po chorobie był tylko do rozeznania się, ile tak naprawdę jest do nadgonienia. W wyniku tego w następnym tygodniu mam prawie codziennie sprawdziany i kilka zaległych prac do oddania, więc cały weekend siedzę przy książkach, jedynie w niedzielę idę na pokaz japońskiej ceremonii herbacianej i chociaż pochłonie mi to cały wieczór, to jestem strasznie podekscytowana na samą myśl o wzięciu udziału w czymś takim! W kolejny piątek zaś nie wiem, jak będzie z notką, ponieważ przypada 140-lecie mojej szkoły, a ja występuję w przedstawieniu o 18:00, dlatego obstawiam, że wygodniej byłoby opublikować ją w sobotę rano, a i będę już (daj Boże) do tego czasu miała świeże zdjęcia, więc zapraszam Was na coś wybitniejszego za tydzień, gdyż dzisiaj jedną ręką piszę na laptopie, a drugą rozwiązuję stos zadań z matematyki, a końca nie widać. Krótko, znowu informacyjnie, ale zapraszam na szybkie inspiracje, wybrane z mojego magicznego folderu i lądujące na październikowym moodboardzie.




piątek, 26 września 2014

Fall beauty rundown



#np FKA twigs - water me

Kończą się moje trzytygodniowe wakacje, codziennie siedzę przy książkach i staram się wszystko uzupełnić. Ciągle się czymś rozpraszam, ale i tak idzie mi bardzo dobrze i powinnam się z większością rzeczy wyrobić do poniedziałku, kiedy zrobię wielki come back. W międzyczasie nawet znalazłam chwilę na napisanie posta, a właściwie robiłam to po nocach, kiedy już nie miałam siły czytać o ludach aluwialnych. 
Nie czuję się jakąś specjalistką jeśli chodzi o kosmetyki, nie umiem pisać ich recenzji, ale od pewnego czasu uważniej kupuję nowe produkty, staram się wybierać te, z wegańskimi składami, nietestowane na zwierzętach, a że czasem pytacie, czego używam - there you go. Przegląd moich jesiennych kosmetyków.

My 3 weeks break is slowly coming to the end so every day I try to study and catch up with things but I'm distracted by everything so here we come with another post. I'm not really comfortable with writing beauty reviews, however I have been asked about my recommendations and also I have started to choose products more thoroughly so most of the ones below are vegan and cruelty free. Forgive my bad English and enjoy the post!

colour pop neutral kit //  friskie, bandit, smash, i heart this, lovely, tassel

Moja wygrana w instagramowym konkursie. Jeśli czytacie mojego aska, to wiecie, że na początku dostałam zły zestaw, bo przysłali mi paletę neonową (czy to zdanie jest dostatecznie wypełnione bólem, czy potrzebne jest dodatkowe przypomnienie, że to nie są kolory, które preferuję na co dzień), więc początkowo byłam bardzo załamana, ale zdecydowałam mimo wszystko mailowo poinformować o zaistniałej sytuacji. Miła pani zapewniła mnie, że wyślą drugą paczkę, a kolorowe cienie mogę i tak zatrzymać. Podsumowując: szach mat, wygrałam wszystko.
Cienie mają piękne kolory, długo się utrzymują i chociaż ja nie płaciłam nic, każdy kosztuje 5$, więc za taką jakość jest to po prostu śmiesznie mała cena.

This is my prize from the instagram contest I won in August. I was really excited to get my hands on the beautiful neutral kit so can you imagine how upset I was when they mixed me with Beatrice and I get the neon one? Nevertheless I emailed them and they told me I can keep it and they will send me the right one as soon as possible. I can't say how happy I was because their shadows are well pigmented, long lasting and look very effective. 

 H&M matte lipstick // Lime Crime black velvet lipgloss


Pierwszą, matowią szminkę kupiłam już jakiś czas temu w H&M. Szukałam ciemniejszego koloru, ale ten wpadł mi w oko i przy nim zostałam. Drugi błyszczyk chociaż zakupiony niedawno ma znacznie bardziej rozbudowaną historii, a że widzicie go dość często na blogu, jest nawet częściej w użyciu. Kupiłam go na Dolls Kill i byłam strasznie podekscytowana, aby w końcu dotknąć jakiegoś produktu Lime Crime. Faktycznie, są tak dobre jak wszyscy mówią. Na początku, gdy "matowiał" trochę mnie piekł, a przynajmniej było to dziwne uczucie, ale później już tego nie zauważałam. Gdy zaschnie, jest wszystkoodporny. Serio, ciężko go zmyć. Idealny na wielogodzinne misje. 

The first lipstick I got at H&M, I was looking for a darker shade but finally decided to get this one. I don't use it that often but when I do - it's hella rad. Lime Crime doesn't need any words from me - it is really as good as everyone says. I was so happy to get my first thing from them and definetely look forward to buy more. The lipgloss is everything proof, like, I'm serious - it is hard to get it off your lips because it stays forever. Great for parties!

LUSH curly wurly shampoo // LUSH dark angels cleanser

Mój cały wyjazd do Budapesztu skupiał się na misji odnalezienia Lusha i zrobienia tam zakupów, więc gdy wpadłam na niego całkiem przypadkowo w okolicach historycznej ulicy Vaci. Rodzice byli średnio zainteresowani i nie podzielali mojego entuzjazmu, więc dostałam tylko 5 minut biegania po maluśkim sklepie, ale to starczyło, żeby coś upolować, bo od początku wiedziałam, że chcę się skupić na szamponie i czymś do twarzy. Kupiłam w końcu curly wurly do włosów kręconych (zainteresowała mnie głównie konsystencja i zapach, o moich włosach wiele można powiedzieć, ale kręcone na pewno nie są) i pasta do twarzy dark angels.
Zaczynając od szamponu: głównym składnikiem jest kokos, który w kosmetykach uwielbiam, więc i tutaj zapach przypadł mi do gustu, oprócz tego jest tam również masło kakaowe, awokado, papaja, olejek jojoba, wanilia i jakieś inne rzeczy, których nie umiem wyodrębnić. Konsystencja faktycznie jest figlarna, przywykłam do płynnych szamponów, więc trochę się nagimnastykowałam, żeby odpowiedni to nałożyć i doprowadzić do pienienia się, a przy spłukiwaniu czułam, że we włosach mam jeszcze nierozpuszczone "grudki". Przynajmniej wymusza to na mnie dokładniejsze zmycie szamponu, bo czasem robię to zbyt szybko.
Pasta do twarzy z węglem, czarnym cukrem i olejkiem z awokado idealnie nawilża twarz, redukuje moje niedoskonałości i przede wszystkim jest hella cool samo w sobie, bo kto nie chciałby używać kosmetyku ciemniejszego niż sama czerń? jedyny mój problem z tym specyfikiem to mycie umywalki każdorazowo po zastosowaniu.

Going to Lush was my #1 mission when being in Budapest. Thanks God I had a chance to get there since they don't sell it in Poland (like what??). I bought curly wurly because I loved the coconut scent, not really a curly head person but it's really nice after using although you have to rinse your hair carefully since the shampoo leaves some kind of lumps in them. The first time I was mad but now I'm used to it. The dark angles cleanser is all cool because who wouldn't like something as dark as your soul to put on face? It makes my skin soft and reduces acne. 

treacl moon bath and shower gel // original source shower gel // orchid bath salt 

Płyn z Treacle Moon wciąż czeka na użycie, chociaż jestem pewna, że będzie mi godnie służyć w piątkowe wieczory, kiedy biorę kąpiel i obmywam się z wszystkich mentalnych brudów tygodnia, żeby świeżo zacząć weekend. Żel Original Source to moja druga butelka, jak już wcześniej wspomniałam, jestem wielką fanką kokosu, dlatego i tutaj musiał się znaleźć ulubiony zapach, który pozwoli zachować odrobinę lata na październikowe i listopadowe wieczory. Ostatni produkt to sól do kąpieli o zapachu orchidei, również moje drugie opakowanie. Mam mieszane uczucia, z jednej strony zawsze mam wysuszoną skórę, z drugiej uwielbiam kąpiele, gdy całą łazienkę wypełnia ten zapach. 

I have not used this Treacle Moon bath and shower gel yet but I'm really looking forward it. I wasn't even aware they sell it in Polish markets so it was a nice suprise. It smells like heaven!
The coconut gel by Original Source was my personal fave in summer and I want to keep the good vacay memories through fall. Orchid bath salt is great bath company, however it needs some moisturizing after it because my skin is dry.

 Astor quick 'n go! nail polish // wibo matte glitter top coat

Olaboga, nieźle zaszalałam na jesień z kolorami, bo zazwyczaj maluję paznokcie tylko na czarno, a tu pojawia się ciemna śliwka i jeszcze brokatowy top coat! To chyba efekt uboczny żelowych paznokci, które nosiłam przez ostatnie miesiące. Lubię ten kolor, po prostu. Trzyma się jak wszystkie lakiery, po kilku dniach mam już odpryski, ale naprawdę schnie zadziwiająco szybko. Może z tymi sekundami jednak nieco przesadzili (aczkolwiek nie siedziałam ze stoperem). 

Using not black nail polishes is total craziness for me BUT I needed some change this season and went for deep plum by Astor (I think they overestimate their products with the 45 seconds but the fact is that it's really fast to dry) and wibo matte glitter effect because I think the people who say they don't like glitter are fooling themselves. It looks pretty cute on nails.

Próbowaliście któregoś z powyższych produktów? Jakie są Wasze wrażenia? Dajcie znać!
Have you tried any of the products above? What's your opinion on them? Let me know!


sobota, 20 września 2014

savour the taste of fabricated wealth

#np Marina & the diamonds - shampain

Jeśli czasem stalkujecie mnie gdzieś w odmętach internetu, to pewnie nie muszę tłumaczyć, że przez 2 tygodnie byłam odcięta od reszty świata i wylądowałam w szpitalu z porażeniem Bella. Kiedy się o tym trochę poczyta brzmi absurdalnie i właściwie niewiele osób kiedykolwiek o tym słyszało, co mnie jeszcze bardziej pogrąża w beznadziejności tego przypadku, ale żyję. Co prawda wymagało to ode mnie wiele siły i zdrowia psychicznego, bo warunki polskich szpitali są załamujące już same w sobie, niezależnie od tego z czym się tam trafia.

Mama przywiozła mi laptopa, ale i tak nie umiałam sklecić niczego treściwego, bo popadałam w skrajne użalanie się nad sobą, które tylko psuje humor, a przecież nie leżałam w stanie agonalnym, aby spisywać swoje przemyślenia, chociaż wizja trzaśnięcia wielkiego bestsellera pokroju Reginy Brett była nader kusząca. Codziennie sprawdzałam tylko aska, twittera i tumblr, więc praktycznie wyłączyłam się ze śledzenia jakichkolwiek powiadomień, ale chcialam podziękować za wszystkie słowa otuchy, pozytywne wiadomości i 900 obserwatorów na blogu, bo nawet jeśli przez 2 tygodnie obijałam się niemiłosiernie, mam motywację, aby pracować ciężko i mam nadzieję, że docenicie to, ale też dacie mi jeszcze chwilkę by odrodzić się w pełnej chwale.
Tyle ze słów wyjaśnienia, dlaczego nie ma nic większego, jeśli chodzi o mój wkład w notki. Dużo przeglądałam zagranicznych stron z ubraniami, więc przygotowałam kilka kolaży z outfitami na jesień, czyli najlepszy sezon na warstwy, ciemne, głębokie kolory i odkrywanie w sobie gothki z amerykańskich filmów, którą w liceum nazywają panią nocy.






W przyszłym tygodniu oprócz sporego nadrabiania zaległości szkolnych popracuję również przy blogu, obiecuję! 

piątek, 5 września 2014

RAD ARTISTS: Natasha Lillipore

#np SID - Enamel

Hej! Dawno nie było żadnej notki o moim pobocznym hobby, czyli wyszukiwaniu świetnych artystów, którzy godzą w moje poczucie własnej wartości i stają się bóstwem do oprawiania i wieszania na ścianie, by dzień w dzień wiedzieć, jak marnym się jest. Jedną z takich osób jest Natasha Lillipore, powód mojej wewnętrznej walki między pokazaniem jej twórczości, a samej artystki, która prezentuje bardzo charakterystyczny i unikatowy styl, a do niedawna jej znakiem rozpoznawczym były długie, niebieskie loki. Nie wiem o niej zbyt wiele, mieszka w Los Angeles, ale przez większość czasu można spotkać ją na instagramie, szczególnie jeśli obserwuje się znane sklepy online dla których często pozuje. No, tyle z notki biograficznej, przejdźmy do meritum, czyli jej ilustracji. Większość jest czarno-biała, przedstawiają różne kobiety, od tych eleganckich z długimi kreskami eyelinera po bardziej bezpruderyjne i prowokacyjne, można je otagować jako #goals.

Hi! There's been a long time since the last post about my favourite artists so I decided to make one while I have to wait for few things. Today's mega talented girl is Natasha Lillipore, extremaly stylish with unique outifts and until recently she was recognized by the blue curls. I'm seeing her all around the internet since she's working as a model for many online stores. I'm so drooling over her illustartions. All mostly black and white, showing different kinds of girls. 


All picture above belongs to Natasha Lillipore, I'm not taking any credit for this. Check out her:
.post-body img { width:1200px; height:auto; } post-body img {border:none !important ;}