czwartek, 4 lutego 2016

MID WINTER WISHLIST

#np Brooke Candy - Happy days

Na wstępie chciałam przeprosić za taki wysyp postów, które wymagają mniejszego nakładu pracy, czyli postów, które nazywam zapychaczami, bo nie robię do nich żadnych zdjęć, a tylko siedzę po nocach i jak nawiedzona wyszukuję obrazków. Potem wprawnie sklejam je w Photoshopie i czerpię profity (#slut4freechlothes)
Matura coraz bliżej, a ja wciąż przewalam się z miejsca na miejsce, więc powoli zwiększam tempo nauki. O notkach myślę intensywnie i obiecuję przysiąść do pisania przy feriach.  Wydrukowałam sobie nawet specjalny plan na luty i próbuję jakoś zebrać swoje życie do kupy Czy ktoś jest zainteresowany moimi szkolnymi smutkami? Muszę naprawdę na bieżąco pozbywać się negatywnej energii, inaczej ten dekadencki nastrój doprowadzi mnie do klubu kochanków Śmierci. Wybaczcie. Na odstresowanie musiałam zrobić sobie kilka sklejek, bo teraz wszędzie takie wyprzedaże i w ogóle, tańce hulańce swawole,  Podlinkowane są rzeczy z banggood.com, oczywiście miło byłoby, gdybyście kliknęli, bo wybrałam Wam bardzo ładne rzeczy (buty numer 1 mnie wzywają...). Swoją drogą, czy też macie takie wrażenie oglądając niektóre wishlisty, że ktoś wziął pierwsze-lepsze ciuchy ze strony, bo nikt nie założyłby w 2016 bluzy z napisem "swag"? Jeśli tak jest naprawdę to musicie podwójnie docenić mój wysiłek, bo mnie się te rzeczy naprawdę podobają, o. A te niepodlinkowane wyszukałam na fashioliście, niektóre są designerskie, więc strach patrzeć na cenę, ale cieszą oko, więc umieszczam je jako inspirację. 


1, lace up platforms // 2. double moon ring // 3. crybaby cap // 4. peace jacket // 5. crystal bracelet // 5. black onepiece // 6. simple sunglasses // 7. beige coat // 8. crystal ring

1. turtleneck dress // 2. simple sweater // 3. checkred coat // 4. embroided dress

1. PU leather crossbody bag  // 2. black dior inspired shoes // 3. rose gold ring  // 4.  simple round glasses // 5. lace bra // 6. PU leather bag // 7. golden necklace

Nie wiem, jak z Waszą spostrzegawczością, ale na wszelki wypadek napiszę, że zmieniłam trochę wygląd bloga. Czeka go jeszcze kilka ulepszeń, ale wygląda dla mnie świeżo i może nawet bardziej profesjonalnie, bo uwaga: zastosowałam aż jeden kod w HTMLu (!!!!). Zabawy w informatyka to kolejna atrakcja tegorocznych ferii, aż nie mogę się ich doczekać. 

piątek, 29 stycznia 2016

MONTHLY INSPIRATIONS: RED

#np Lor - death comes on foot

Kiedyś dość często dostawałam pytania dotyczące mojego moodboardu, a post z 2013 miał swoje momenty sławy, kiedy z nieznanego mi powodu wybijał się ponad nowsze notki. Swojej tablicy nie zmieniam tak szybko, bo chyba wyrzucono by mnie z domu za takie marnotrawstwo toneru, ale z każdą porą roku wieszam nowe obrazki, a na bieżąco umieszczam tam miesięczny plan/kalendarz, bilety na różne wydarzenia i serduszkowe sticky notes w kolorze irytującego różu, który zmusza do szybkiego zrealizowania przypomnienia. I chociaż wszyscy mogą przejrzeć mojego Tumblr, stwierdziłam, że raz na miesiąc będę zbierać moje ulubione obrazki w kolaż inspiracji, ale jest jedno urozmaicenie - dobrane są one kolorystycznie. Czego zresztą można spodziewać się po osobie ubierającej od stóp do głów czerń. No, nie lubię szaleństwa kolorów i tyle.

W tym miesiącu wybrałam czerwony. Bo podoba mi się sesja Kiko Mizuhary, kąpiel w kwiatach, odjazdowe przypinki, ślizganie się na krwi z Why don't we play in hell?, skany z magazynu FRUITS i kilka innych rzeczy, które chcę, żebyście zobaczyli, stąd pomysł na serię. Mam nadzieję, że będzie dla Was odrobinę przydatna, a przynajmniej dostarczy jakiegoś doznania estetycznego na krótką chwilę. Zapraszam:

piątek, 22 stycznia 2016

favourite books & mangas of 2015


Całe szczęście, że ten blog jest o wszystkim i niczym, raz można udawać, że zna się na modzie, a za drugim razem być krytykiem literackim. Internet to jednak wspaniałe miejsce na zmarnowanie swojej młodości.

Z książkowym podsumowaniem miałam mały problem: nie przeczytałam w tym roku niczego nadto rewolucyjnego. Owszem, kiedy już znalazłam trochę czasu, by położyć się w łóżku lub w wannie z jakąś lekturą, pochłaniałam je dość szybko i były to czasem naprawdę przyjemne książki, ale nie nastąpiła po nich żadna refleksja. Tak na przykład przeczytałam Ucząc psa czytać Carrola. Kiedyś wróciłam do dodanego na instagramie zdjęcia z okładką tej książki. Wpatrywałam się w nią przez chwilę, a dopiero potem przypomniałam sobie o czym ona właściwie była. Mogłabym wymienić jeszcze co najmniej kilka tytułów, które pamiętam jak przez mgłę, chociaż wiem, że dostarczyły mi rozrywki podczas czytania i powinnam je wspominać pozytywnie. Mimo wszystko wyselekcjonowałam kilka pozycji zarówno z książek, jak i z mang, które moim zdaniem warto przeczytać. Zawsze chcę przedstawić ogólny zarys fabuły, a kończę na bardzo subiektywnej ocenie, więc nie miejcie mi tego za złe. Właściwie powinniście się cieszyć, bo to mniej spoilerów dla Was.

Włóczędzy dharmy, Jack Kerouac
Z tą książką rozpoczęłam zeszłoroczne wakacje. Ostatnio również umieściłam tu jedną z jego pozycji, ale Włóczędzy dharmy są jeszcze lepsi. W dodatku, na miłość boską, to klasyka! Kiedy słyszycie nazwisko Kerouac, pierwszy tytuł, jaki powinien Wam przyjść do głowy to właśnie ten. Ciężko mi to ubrać w słowa, co prawda oświecenia przez tę książkę nie dostałam, ale naprawdę przyniosła mi jakiś wewnętrzny spokój i uważam ją za lekką, przyjemną, idealną na letnią lekturę. Buddyzm jaki się tam pojawia znacznie odbiegał od mojego wyobrażenia. Obok górskich wędrówek i pisania haiku mamy libacje alkoholowe i orgie. Żeby lepiej zrozumieć o co właściwie chodzi, trzeba trochę poczytać o ruchu beat generation, który reprezentował Kerouac. Jeśli się tego nie wie, trudno. Wciąż ma się w ręce fajną książkę, trochę szaloną, a trochę kojącą przez bogate opisy górskiego krajobrazu i samotnej wędrówki.


Kangoku Gakuen Akira Hiramoto

Niestety nie mam fizycznej kopii tej mangi, ale jeżeli kiedykolwiek ukaże się w Polsce to pójdę na kolanach do najbliższego Empiku. Zaczęłam od anime, które było całkiem fajne. Mamy szkołę z internatem do której uczęszczają głównie dziewczyny, chłopców jest pięciu. Te kilka sztuk organizuje super-tajną akcję z podglądaniem damskiej szatni/łaźni, ale zostają przyłapani i po wniosku podziemnej rady uczniowskiej (robi się ciekawie) dyrektor skazuje ich na więzienie. W większości polskich szkół nie ma papieru toaletowego, ale w Japonii, a tym bardziej w anime można mieć na terenie szkolnym mały budynek z celami, bo w sumie czemu nie? Animacja kończy się w dość głupim, acz ważnym momencie, bo odwracają się role: ci, którzy byli katami, stają się ofiarami. Manga jak się domyślacie idzie dalej, moim zdaniem wtedy dopiero nabiera tempa. Wbrew pozorom nie jest to odpowiedź na stanfordzki eksperyment więzienny, a pełna humoru i głupich scen opowieść o relacjach damsko-męskich. Oczywiście nie polecałabym kiczowatego love story, ale musicie mi zaufać, że w tym wypadku bliżej do wynaturzenia i perwersji niż pocałunków na szkolnym boisku. Właściwie ta manga jest tak wielowątkowa, że trudno ją opisać jednym hasłem. Jedynym minusem, jaki może razić w oczy jest zamiłowanie autora do kobiecego ciała, opinające majteczki, prześwitujące staniki czy w ogóle roznegliżowane postacie mogą odstraszyć niektórych czytelników. Na powyższym obrazku widzimy ucznia, który musi udawać dupomaniaka (ukłon w stronę polskich tłumaczy), aby przypodobać się dyrektorowi (dupomaniak #1) i nie wylecieć ze szkoły.



Goth scenariusz: Otsuichi, rysunki: Kendi Oiwa
To musiało być przeznaczenie, jeśli zupełnie przypadkowo natrafiłam na jedną z najlepszych mang, jakie miałam w ręce. Brakowało mi trochę do darmowej wysyłki, więc wrzuciłam Goth do koszyka, zachęcona estetyczną okładką i lapidarnym opisem na stronie. Manga jest opowiada historię dwojga nastolatków, zafascynowanych śmiercią, śledzących poczynania morderców i cieszących się widokiem rozkładającego ciała w lesie. To jedna z tych opowieści, gdzie człowiek wyłącza logiczne myślenie i przestaje się zastanawiać, jak wiele skrajnie niedorzecznych i dziwnych wydarzeń może spotkać dwie osoby (nauczyciel - seryjny zabójca, próba pogrzebania żywcem, porwanie, odnajdywanie denatów, mroczne sekrety z dzieciństwa). Wypowiedzi bohaterów czasami kojarzą się z czarno-białymi blogami smutnych nastolatek, ale zazwyczaj są ciekawe, pokazują znieczulenie i wyrachowanie dwójki licealistów dla których śmierć spowszedniała. Prym wiedzie bezimienny chłopak, który na zakończenie proponuje koleżance swoje usługi, gdyby jeszcze kiedyś zapragnęła umrzeć. Hashtag squad goals.

Biała gejsza Chelsea Haywood
Poniekąd jest to dalsza przygoda po ciemnych ulicach Roppongi, o których można przeczytać w reportażu "ludzie, którzy jedzą ciemność" opowiadającym przebieg śledztwa po zaginięciu brytyjskiej hostessy. Uplasowałam go w zeszłym roku jako jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam i nic tej pozycji na razie nie zagraża, jednak książka Chelsea Haywood, modelki, która porzuciła pracę i wraz z mężem ruszyła do Tokio, aby napisać, czym jest praca hostessy. Poznajemy oczywiście wachlarz świrów, którzy płacą obrzydliwe sumy za możliwość pogadania i zjedzenia obiadu z cudzoziemką, godziny pracy i ilości alkoholu katujące organizm kobiety, czyli jak wyglądało życie zamordowanej Lucy Hale. Myślę, że książka zasługuje na duże uznanie przez wytrwałość autorki, o mały włos niepochłoniętej przez mrok dzielnicy czerwonych latarni. Wystawiła swoje małżeństwo i samą siebie na próbę, ale świat dostał wiarygodne źródło wiedzy o tej specyficznej profesji, jaką jest japońska hostessa.

Souichi i jego głupie klątwy, Junji Ito
Byłam w rozterce, czy napisać o Tomie czy może o Souichim, ale ta pierwsza bohaterka jest większości fanów horroru dobrze znana, a ten drugi zdaje się mniej. Kolejnego tomu z kolekcji Junjiego Ito wyczekiwałam od dawna, bo premiera cały czas się przesuwała, ale na szczęście paczka dotarła do mnie w połowie grudnia i mangę pochłonęłam w pierwszy wolny weekend. Nie jest to może najwybitniejsze dzieło Ito, ale jest w tym rankingu ze względu na to, za co kocham jego mangi - kreska i klimat. Historie zawarte w tomie były owszem dziwne, ale nie całkowicie absurdalne, co trochę mnie zasmuciło .Owszem, wszakże mamy biegające kukły, które wysysają dusze prawdziwych ludzi, ale przypomnijmy, że Junji Ito jest też autorem opowiadania o kupie. Za bohatera tej mangi dostajemy młodziaka imieniem Souichi, który wmawia rówieśnikom, że ssie gwoździe przez niedobór żelaza, znika na noc, by przybijać kukły w lasku cyprysowym i o dziwo, jego klątwy się sprawdzają. Przeważnie.

W Japonii czyli w domu Rebecca Otowa
Uwielbiam poznawać różnice kulturalne między Japonią, a Europą, a nic nie obrazuje tego lepiej niż książki pisane przez obcokrajowców, czyli gaijnów. Oczywiście nie mam na myśli zupełnych laików, którzy są po raz pierwszy w Japonii i szukają automatów z używaną bielizną licealistek, ale ludzi, którzy mają pojęcie, dlaczego niektóre rzeczy wyglądają tak, a nie inaczej. Ludzi, którzy już wrośli w kulturę Japonii. Książka napisana przez Amerykankę, która poślubiła Japończyka i słoneczną Kalifornię dla japońskiej prowincji musiała mi się spodobać. Patriarchalne społeczeństwo kraju kwitnącej wiśni wymaga, aby zamężna kobieta całkowicie poświęciła się domowi i wychowaniu dzieciom. Rebecca zwraca uwagę na różnice kulturowe, ale nie ocenia, co jest lepszym, a co gorszym rozwiązaniem. Czasem można się naprawdę zdziwić, że tradycje japońskich wsi kultywowane są do dzisiaj, jak na przykład ta, ustalająca hierarchię kąpieli w domu. Inna kiedy są goście, inna dla stałych domowników. W tej całej książce jednak najciekawsza jest dla mnie rola kobiety w japońskim domu.

piątek, 15 stycznia 2016

We’re born to win


#np Girls' Generation - The Boys

Przez cały tydzień nie miałam czasu usiąść przy laptopie, więc teraz, w czwartkowy wieczór, kiedy tak naprawdę powinnam robić inne rzeczy, muszę przez chwilę poudawać, że mam coś do napisania. W tym wypadku wszystko byłoby ciekawsze niż kolejna porcja narzekania na klasę maturalną, ale ostatnio całkiem przypadkowo odkryłam lekarstwo na moje problemy ze snem. Co prawda, nie jest to żadna insomnia, ale ileż można przewracać się na łóżku, patrzeć w sufit, przykręcać i podkręcać grzejnik, aż w końcu nerwowo sprawdzam na telefonie ile czasu pozostało mi do pobudki. Tydzień zapędziłam się na makijażową część youtube'a i w propozycjach wyskoczył niejaki Tony Bomboni. W sumie nie wiem, czemu zainteresowałam się tytułem sugerujący, że ktoś będzie malował mnie wirtualnie, ale jak już powiedziałam, to była szalona noc, skoro oglądałam filmiki z kosmetykami. Pierwsze 2 minuty były dla mnie dość komiczne, bo przyglądałam się zdziwiona gościowi, który machał pędzelkiem przed kamerą, ale chwilę później poczułam się zrelaksowana. I tak jak powiedziałam niedawno na snapchacie, to było dla mnie wręcz duchowe przeżycie. Położyłam telefon ekranem w dół i czułam jak moja dusza odrywa się od ciała przy szeleście włosia i przyciszonym głosie Tony'ego, który chwalił moją cerę. Zdaję sobie sprawę z tego, jak groteskowo to musi brzmieć, ale od tego czasu codziennie przed snem słucham filmików ASMR.

Nie jestem specjalistką, więc moje tłumaczenie będzie bardzo uproszczone. Zainteresowanych tych tematem odsyłam do wyszukiwarki. A więc: ASMR to nic innego jak przyjemne mrowienie w głowie, kiedy ktoś bawi się Waszymi włosami. Albo kiedy kosmetyczka nakłada hennę na brwi. Albo jak już wspomniałam, ktoś robi Wam makijaż. Cokolwiek. Ilu ludzi, tyle ASMR triggers, czyli bodźców, które dają orgazm mózgu. Na youtubie tych filmików jest od groma, dlatego każdy może znaleźć coś dla siebie. Wiele osób prowadzących mnie denerwuje, więc staram się szukać tych, gdzie jest jak najwięcej dźwięków, a jak mniej mówienia. Aczkolwiek Tony i SoftAnnaPL mają przyjemne głosy i lubię ich słuchać. Ostatnio też wpadłam na Dmitriego, który prowadzi całą serię niemych filmików, gdzie szeleści papierkami lub stuka w tekturę naśladując odgłosy deszczu.

Jeśli też chcecie zasypiać w ciągu 30 minut albo potrzebujecie chwili relaksu w ciągu dnia, koniecznie zagłębcie się w świat ASMR. Brzmi to trochę jak czarna magia, ale w tej chwili to ja Was ocyganiłam moją zdolnością wynajdywania przedziwnych tematów, a wcale nie takich bezwartościowych, prawda? W następnej notce poradnik "jak nie mieć pomysłu na post, a i tak napisać dłuższy niż na większości blogów polskich nastolatek".



dress: CNDirect // backack: LAMODA // shoes: EBAY // hat - CHOIES

piątek, 8 stycznia 2016

I know you always lead me to another Eden


Czarne sukienki są na tyle uniwersalne, że nie ważne, czy idziesz świętować sukces, czy może grzebiesz trzeciego męża (albo jedno i drugie?), nadadzą się świetnie na każdą okazję. Ostatnio brakowało mi czegoś takiego w szafie, szczególnie po mojej fali miłości do golfów. Gdyby nie to, że spędziłam sylwestra na oglądaniu Higashi no Eden, pewnie wstrzeliłabym się w coś takiego na sylwestra. Stety niestety wkroczyłam w nowy rok rozbita emocjonalnie przez tę serię, którą chciałabym wszystkim polecić, ale z drugiej strony nie wiem, czy życzyłabym komukolwiek przejścia przez taki wir uczuć. Równie dobrze można wbić sobie tępy nóż w serce. Kilka razy. Z tego powodu nawet cieszę się na powrót do szkoły, bo znowu będę musiała podporządkować się realnym problemom.

We wtorek przeżyłam również własną studniówkę i w tej chwili chciałam zwrócić się do wszystkich osób, które odradzały sukienkę z długim rękawem - gdybym Was posłuchała, nigdy nie wróciłabym stamtąd żywa. Z drugiej strony mam za dużo postów do dodania, więc nawet gdybym wyskoczyła z ramiączkami i gołymi pleckami, wróciłabym jako Hone-onna.
Nie wiem właściwie, jak powinnam podsumować tę imprezę. Nie żałuję, że tam byłam, ale też gdybym nie poszła, wcale nie byłoby mi źle.


dress: CNdirect // furry clutch - allegro.pl // rings - H&M + CNdirect //shoes - ebay


.post-body img { width:1200px; height:auto; } post-body img {border:none !important ;}