wtorek, 28 czerwca 2011

Horrory

Stwierdziłam, że oglądając jeden horror dziennie w wakacje mogłabym ich zobaczyć całkiem sporo. Tak więc zabrałam się do tego powoli, żeby nie było takiej pustki chciałam Wam pokazać 2 ostatnie.
Amusement / śmierć się śmieje
Wszystko tak naprawdę zaczęło się od tego demotywatora http://demotywatory.pl/3148195/To-dziwne-uczucie, którego streszczała mi Agnieszka na niedzielnej mszy. Później okazało się, że historia jest wyraźnie inspirowana filmem Amusement, którego tytuł znalazłyśmy w komentarzach. Dobry Gusiek zaprosił mnie, abyśmy razem go zobaczyły. No w porządku, nażarta w McDonaldzie (tak, znowu) o 20:00 zjawiłam się pod jej drzwiami. 
I nie wiem, jakby napisać dobrą opinię. Uważam, że pomysł na film był dobry, aczkolwiek dziwnie połączono ze sobą sceny. Przykładowa jedna, której do tej pory nie umiem sobie wytłumaczyć - dziewczyna wydostaje się z podziemi (jest przesłuchiwana w katakumbach, czy co?!), jest w pomieszczeniu, ale nagle znajduje się w ciężarówce. Dla mnie był mało straszny, to Agnieszka nie ruszała się bez swojej zabójczej poduszki.
 Amityville
Na poniedziałkowej kawie z ciasteczkiem zapytałam ciocię, jaki jest jej ulubiony horror. Odpowiedziała, że Amityville, więc postanowiłam sprawdzić, czymże jest ten film.
I tu nasuwa mi się pytanie, czy ja stałam się taka nieczuła na momenty grozy, czy film jest mało straszny? Otóż o ile nie rusza mnie większość horrorów, to ten był absolutnie genialny. Później obracałam się tylko po domu wyglądając, czy nie biegają za mnie jakieś dzieci.

A jakie są Wasze ulubione horrory? Lubicie w ogóle ten gatunek? :>

piątek, 24 czerwca 2011

partyyyyyin

Środa

Zakończenie roku szkolnego, aż miło 2 razy do roku, ubrać się na pseudo galowo i przemaszerować cały dzień w balerinach. A odbieranie świadectwa przy całej szkole wcale nie było tak strasznym przeżyciem. Może na początku byłam przejęta z której strony mam wyjść, aby nie mieć zderzenia z kamerą, gdyż wierzę w ludzką pamiętliwość. Po oficjalnym zakończeniu roku szkolnego przyszedł czas na mniej oficjalną część, a mianowicie rynkowe lody ze znajomymi. Przy okazji wstąpiłam do "wszystko po 50 gr, 2zł..." i kupiłam sobie chiński tusz do rzęs dzięki czemu mam teraz posklejane wszystkie rzęsy, od pierwszej do ostatniej.
Tego samego dnia, w dość ciepłą środę pojechaliśmy na ostatni shopping przed weselem, znowu wydałam mnóstwo kasy na klamoty, które założę raz w życiu, ale praktyczniejsze rzeczy również trafiły w moje posiadanie.

Czwartek

Wstałam około godziny 7:00, musiałam przecież wydrukować wykaz podręczników dla Wernera. O dziwo drukowanie i bieganie po podwórku nie zajęło aż tyle czasu. W nocy krótko spałam, ale mimo to nie byłam już senna. Raczej podekscytowana rzucaniem groszami w pannę młodą. Nawet nie zorientowałam się, kiedy nadeszła godzina 12:00, która była najlepszą porą do powolnego pakowania i przebierania się w cudowne kreacje. Wyjechaliśmy dosyć późno, gdyż nikt nie przypuszczał, że szukanie drewnianego kościółka okaże się tak kłopotliwym zadaniem, a jednak trzeba było zaczepiać przechodniów z pytaniem o drogę. Cała sytuacja wydawała się dość komiczna, dopóki nie zaczął gonić nas czas. W końcu dojechaliśmy na miejsce. Z rozpędu chcieliśmy wejść do kościoła (msza się już zaczęła), ale natrafiliśmy na jakiś inny ślub. Lekko speszeni cofnęliśmy się na plac kościelny, gdzie obmawialiśmy z wujkiem jakieś ognioodporne gałęzie. Rozmowa zaczęła toczyć się głównie między dorosłymi, więc znudzona odłączyłam się z konwersacji gubiąc się w rozmyśleniach na temat wyglądu kościółka.
Po mszy pojechaliśmy do Paniówek, dokładniej do Białego Domu. Nie sprawdzałam wcześniej strony internetowej, także nie miałam żadnego wyobrażenia na temat wyglądu tego miejsca. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy ujrzałam ogromną posiadłość. Wnętrze było równie zachwycające. Obsługa, jedzenie, muzyka - wszystko idealnie przygotowane i zorganizowane.

Nie mam czasu na dokładniejsze opisywanie, po prostu wszystko jest w jak najlepszym porządku, tylko ja jestem albo zabiegana, albo zbyt leniwa do pisania czegokolwiek. Ale zawsze można mnie złapać na twitterze (http://twitter.com/#!/pearlbow) lub na formspringu (http://www.formspring.me/pearlbow)




środa, 15 czerwca 2011

Born to rock

Ugh, ale jestem zmęczona - stwierdziłam, że spasuję nawet z ćwiczeniami na kręgosłup. Przez cały tydzień się nie wysypiam, w dodatku przez weekend muszę pojechać do sklepu, gdyz w niedzielę przy święcie zesłania Ducha świętego centrum handlowe było nieczynne. A w czwartek na weselę przecież. Zaczynam dochodzić do wniosku, że moja narzutka z Hong Kongu nie ma absolutnych szans na dotarcie do końca tygodnia, więc do butów i pierścionków dochodzi jeszcze jakiś cienki sweterek.

Mój dzisiejszy dzień kręci się głównie wokół mobilnego twittera z którym sprawa nie wygląda tak cudownie, jakbym chciała. W sumie kupiłam jakiś tani pakiet na 5mb, ale jak się okazuje wcale nie jest to dużo. Od powrotu ze szkoły przeglądam strony T-Mobile i jestem całkowicie rozczarowana możliwościami tej sieci (no, może nie od dziś). Przy mojej taryfie pakiety na 6 MIESIĘCY zaczynają się od 12 zł, mimo wszystko fakt pozostaje niezmieniony - mam nieograniczony dostęp do internetu. Muszę jeszcze podyskutować o tym z rodzicami, ale na wakacje na  pewno chcę mieć coś takiego.

A dzisiaj prezentuję moją nową miłość, która dogłębnie mnie rani, gdyż nie dysponuje finansami na sprowadzenie takich ubrań do Polski (ciekawe, czy taka możliwość w ogóle istnieje?)






Zgadnijcie, kto naprowadził mnie na tą stronę - Audrey Kitching. 
Ok, mam dość na dzień dzisiejszy, ale jeżeli ktoś chciałby do mnie napisać (a w gruncie rzeczy gryzę, nie bójmy się powiedzieć) to zapraszam na http://www.formspring.me/pearlbow Spam mile widziany :)

niedziela, 12 czerwca 2011

grgrr

Wściekam się okropnie, bo:
1. Nie wiem, jak usunąć ramkę z króliczka po prawej.
2. nie wiem jak dodać mały obrazek przed tytułem posta.
3. Jestem beznadziejna we wszystkich htmlowych sprawach.
4. Nie wiem, czy zostawić to jak jest, czy bawić się dalej.

Wczoraj byłam na urodzinach Pauliny, dlatego nic nie pisałam. Wróciłam o 21, z zupełnie inną ekipą i muszę szczerze powiedzieć, że dowiedziałam się faktycznie dziwnych rzeczy.
Jeszcze przed urodzinami wyszłam na rynek, zwiedzić świeżo otwarty lumpek. Weszłam do dużego pomieszczenia, w tle leciała jakaś monotonna piosenka, ale tak naprawdę było tam potwornie cicho. Zero klientów, jedynie kasjerzy bujali się na krzesłach, co dawało poczucie życia tego miejsca. Przynajmniej w bardzo małym stopniu. Szybko rzuciłam się na wieszak z czarnymi ubraniami. Piękne rzeczy mają, szkoda, że jestem takim bankrutem. Ach, life is brutal.

Za pół godziny znowu wychodzę tym razem na festyn parafialny, obiecałam żarłokom kupienie kiełbasy. Mogę Was jedynie zostawić z jednym z bardziej udanych piątkowych zdjęć. Z urodzin nie mam niestety nic, bo każdy był zajęty własnym telefonem, ciężko byłoby poprosić ich o przynajmniej jedną słit focię.

sobota, 11 czerwca 2011

Central station

W piątek miałam tylko 4  lekcje, co wynikało z konferencji odbywanej przez nauczycieli, gdzie snują mhroczne plany o ocenach, bywaniu na lekcjach, staraniu się, noszenia mundurka etc. Poważnie zastanawiałam się, czy jest jakiś sens pójścia do szkoły w tym dniu, ale widocznie geografia i biologia na tyle mnie przekonały do siebie, że już o 4:00 w piątek uczyłam się o tym jak rozmnażają się rośliny nagonasienne i okrytonasienne.
Ale przecież to nie za to kocha się piątki. Mój z początku zapowiadał się dość nudnie, całe moje mniemanie o dniu spędzonym w domu było dość żenujące, ale plan zmienił się z drugim telefonem Pauliny. Po 15 minutach stała pod moim domem razem z Sandrą. Wolnym, naprawdę wolnym krokiem zmierzaliśmy w stronę osiedla szukając Marceli i Dominika. Kiedy już zwiedziliśmy wszystko, doprawdy wszystko poszliśmy na orlik, gdyż było to ostatnie miejsce, gdzie mogli przesiadywać. Niestety tam też ich nie było, chciałam przynajmniej zostać jakieś 15 minut i popatrzeć jak grają w piłkę nożną, ale oczywiście nie... Sandra i Paulina mnie zostawiły, więc w rezultacie musiałam za nimi biec. Niedługo później wróciłam do domu, byłam na tyle rozczarowana, że położyłam się i czytałam gazetę. Nic poza tym. Już 20 minut później mój telefon wygrywał Lady Gaga - monster, a na wyświetlaczu pojawił się Mariusz. Umówiliśmy się na osiedlowym przystanku, myślałam, że już tam są, więc biegłam połowę mojej ulicy, po czym dzwonią i mowią, że jeszcze tam nie doszli. Odruchowo zwolniłam kroku, bo nie miałam zamiaru tam stać i czekać na nich. Wyłaniając się zza zakrętu zobaczyłam biegnącą w moją stronę Marcelinę i dziwnie przyglądającego mi się Mariusza, haha. Poszliśmy okrężną drogą na orlik, po drodze zahaczając o Dominika i Karolę, pysznie. Swoją drogą dowiedziałam się, dlaczego nie wpuszczają ich do pizzeri (czyt. tego pomieszczenia z piłkami), tego nie da się opisać słowami, to trzeba nagrać i upublicznić!
Mariusz świrował i rzucił butelkę na dach szatni, ja się tak strasznie śmiałam, że omal nie spadłam ze schodów, po czym przychodzi jakiś gość i mówi, że mamy wejść na dach i ją ściągać. Krzyczałam jeszcze raz, jeszcze raz!
Musieliśmy się wynieść, bo w innym wypadku zrujnowalibyśmy całe to miejsce, a przecież chcemy się tam jeszcze kopsnąć, prawda? Robiło się coraz chłodniej, więc po woli zmierzałam w kierunku domu.
- Jeffree, a masz w domu chleb?
- No chyba mam, a co?
- A dałabyś mi kromkę?
- Okej, tak samą?
- Możesz polać ketchupem, a masz taki jak w McDonaldzie, nie?
I tak idziemy powoli chodnikiem, nastała chwila ciszy i nagle wzzzzzzzzzzzzzzziuuuuuu. Musztardowy fotel zapakowany do bagażnika. Dostałam takiej duszności, spazmatyczny atak śmiechu. Tego też nie da się opisać, hahaha. Patrzę, jak skręca na parking obok Polo marketu, więc wszyscy zaczęli biec, a ja wygrzebywałam drobne na colę. Dobiegliśmy i stał tam, od razu telefon i słit focie. Będzie później "takie tam, przy fotelu zapakowanym do samochodu wbrew prawom fizyki". Marcela poszla na sklep, a ja siedziałam na ławeczce przy kasach.

Wpadłam do domu i nie wiedziałam, czym by nakarmić te potworki, na blacie leżało kilka grzanek, więc wzięłam je i zaniosłam. Ale się na to rzucili, no ale nagroda za odprowadzenie mnie musi być przecież. Najśmieszniejsze jest to, że wszyscy stali pod moim oknem, bo na poważnie wzięli sobie mój ironiczny żart o rzucaniu im jedzenia przez okno.

Jakieś takie zdjęcia mogę ew. później wpakować, jeżeli ktokolwiek chce je oglądać. Ale fotel i tak i tak będzie, no way.

czwartek, 9 czerwca 2011

wishlist #2

W niedzielę wybieram się na mały shoppping, jak na razie są to tylko moje niecne plany, aczkolwiek mam cichą nadzieję na ich dojście do skutku. A skoro nudzi mi się, wykorzystuje puste godziny na przeszukiwaniu allegro.











wtorek, 7 czerwca 2011

rampapapam

PONIEDZIAŁEK
Wstałam o 4:00 i zaczęłam rysować prace na plastykę, nie zdążyłam zrobić wszystkiego, ale z samych działań mogłam być całkowicie zadowolona, bo większość wyglądała tak jak chciałam. Zjadłam resztki loda śmietankowego i wyszłam na dwór. Miło jest usiąść na huśtawce, na dworze chłodno i cicho - po prostu lepiej być nie może w poniedziałkowy ranek. Aczkolwiek ja na ten dzień nigdy nie narzekałam.
Spakowałam się i szybko wyszłam na autobus, 25 minut później siedziałam już w klasie nr 12. Większość lekcji poświęcona była wystawianiu ocen, aż dziw bierze, że mam bdb. Później już tylko z górki, matematyka, muzyka, technika i plastyka wskakująca ni stąd ni zowąd  za 2 polskie. W sumie do domu wróciłam koło 13:20. Zjadłam obiad i czekałam na mamę, mieliśmy dzisiaj kolejną wizytę u ortopedy. Tym razem czekały nas jakieś ćwiczenia, do których na dzień dobry jestem niemiłosiernie uprzedzona i których absolutnie wykonywać nie miałam zamiaru. Mimo wszystko przemogłam się do tego minimum jakie mi narzucono.
Kiedy tylko wróciłam do domu rzuciłam się na książkę z angielskiego, strasznie ją męczyłam, a o 22:00 stwierdziłam, że nie dam rady odpowiadać na resztę pytań o tym, gdzie pierw wypluł mięso Jaś Fasola.
WTOREK
Szybkie zerwanie z łóżka po godzinie 4:00.
Na początku zaczęłam się uczyć z polskiego, nie umiałam nic, więc przedmiot wymagał większego zainteresowania, tym bardziej, że zapowiedziana została kartkówka ze środków stylistycznych. Okazało się, że nie ma aż tak źle i sama nauka zajęła mi jakieś 15 minut. No, na mnie czekało jeszcze jakieś 15 zadań z ang, więc przeniosłam się na komputer. Hm, można by powiedzieć, że reblogowałam posty z Gagą przez cały ranek, nawet nie zorientowałam się, gdy na zegarze wybiła 7:00. Biegałam na trasie taras-łazienka szukając moich czarnych spodni, niestety są jeszcze w praniu, co mnie strasznie wkurzyło, bo miałam pewien plan.
Anyway, przed angielskim poprawiałam długopisem moją pracę, byłam lekko zaskoczona, kiedy pani zapytała mnie o lekturę na pierwszej lekcji (przecież kółko mamy, no -,-). Chociaż, jeżeli to miałoby być zaskoczeniem to jak nazwać streszczanie całej książki w j.angielskim? Ledwo, co umiałam mówić. Na przemian past simple i present simple, super to brzmiało.
Werner: ej, co to znaczy łont?
Ja: chcieć, no nie?!
Werner: yay, a ja myślałem, że łant.
Reszta lekcji całkiem znośnie, na polskim kartkówki nie było, na angielskim kolejny genialny film o nie wiem czym, z fizyki mam 4 na koniec (dalej mnie to boli), z historii o dziwo wyszłam na 5, a wiecie czemu? BO NIE ŚCIĄGAŁAM NA OSTATNIM TEŚCIE, w sumie w ogóle nie ściągałam. No, ale według tezy Wernera ściągi można mieć tydzień przed (w innych przekładach dopuszcza się nawet 3 dni), aby nauczyć się odpowiedzi na pamięć.

Po skończonych zajęciach pojechałam od razu do domu, znowu miałam ćwiczenia. I dalej nie wiem, w jaki sposób turlanie wałka po podłodze ma mi pomóc na kręgosłup, ale przynajmniej udawajmy, ze podchodzimy do tego poważnie.
W ogóle jakoś nudno się zrobiło, wszyscy się uczą, czy co? Ja się nie uczę, oglądam "wyznania małoletniej gwiazdy", bo zgadnijcie, kto tam gra - nie zgadniecie - Megan Fox :3

poniedziałek, 6 czerwca 2011

MTV movie awards

Red carpet looks.

Emma Watson






Moim zdaniem absolutnym zwycięzcą, a raczej zwyciężczynią prezentacji na czerwonym dywanie jest Emma Watson. Elegancka sukienka Marchesa ozdobiona perłowymi elementami i zestawiona ze srebrnymi szpilkami wygląda po prostu adorable ;)

Idę pełnić swoje misje, bo czeka mnie najgorszy tydzień w ciągu roku szkolnego. Ew. wpadnę jeszcze wieczorem napisać, co u mnie.

piątek, 3 czerwca 2011

hannah montana is wearin my jeans







Uwielbiam te uczucie, kiedy nie ciąży na mnie żaden obowiązek, a do szkoły idę z czystym sumieniem, że niczego nie zapomniałam.  No, jedyna rzecz o jakiej zapomniałam to sprawdzenie autobusu, myślałam, że będzie  gdzieś po 8, a tu najpóźniej 7:37, więc ledwo co zdążyłam na niego. Jako jedni z pierwszych weszliśmy do budynku szkoły. Przywitały nas puste korytarze i niegaszące światła. Dobrze, że kilkanaście minut później przyszła Marcelina, bo nie wytrzymałabym dłużej słuchając o jakimś rewelacyjnym filmie Wernera, którym truje mi na dzień dobry. Zdecydowanie wolę słuchać o płatkach buga buga, nawet wiem, gdzie zaoszczędzę na nich 10 groszy.
Część artystyczna zaczęła się fajną, skoczną i biesiadną piosenką Seleny Gomez, a skończyła na całkiem przyjemnej dla ucha nucie "The Climb" Miley Cyrus. Pewnie streściłabym, co przygotowało kółko teatralne, ale siedziałam gdzieś w 5 rzędzie. Z nieoficjalnych źródeł wiem, że jest o pokusach (zupełnie jak płyta Dody, prawda?). Po skończonej akademii poszłam z Ulą pod salę 28, czekaliśmy tam chwilę na konkurs z angielskiego. W końcu zorientowałyśmy się, że jest tam tylko jedna klasa, a my powinniśmy być na dole. Przez jakieś 15 minut biegałyśmy po szkole, nie wiedząc, gdzie tak naprawdę mamy się podziać. Usiadłyśmy sobie na ławce przed salą gimnastyczną, zaraz potem pani z polskiego wciągnęła nas na małą salkę prosząc o pomoc w wyciąganiu szpilek z dekoracji. Propozycja nie do odrzucenia, w końcu lepiej zapełnić sobie te puste 30 minut.
Na konkursie całkiem sympatycznie, nie sądzę, żebym cokolwiek wygrała, ale jakoś mi poszło.  Szybko oddałam kartkę, chciałam załapać się na kanapkę przygotowywaną przez nasz 3osobowy team, ale Marcela wszystko zjadła (spokojnie, Dominik mi jutro prześle zdjęcia wszystkich kanapek, więc zrobimy sobie kulinarne party na blożu). Wyszłyśmy na chwilę na dwór, była już końcówka meczu, ale uparłam się, aby przynajmniej w małej części uczestniczyć w sportowej części. Tylko 15 minut, rozdanie nagród, batonik i dom.

Około 18 przyszła po mnie Paulina, razem wybierałyśmy się na poszukiwanie Marceli. Spotkaliśmy się w połowie drogi, szła odprowadzić Klaudię na przystanek. Wolałam jednak iść na nowy plac, zabawa zaczęła się, kiedy spotkaliśmy Mariusza.
- lubisz Megan Fox?
- eee tą piosenkarkę?
- Ona jest aktorką :pokerface:
I tak w sumie rozmawialiśmy jakieś 1,5 godziny. Przybył także Dominik z moją ulubioną Montanową bluzką.
Standardowe pytanie, czy lubi Megan Fox - jeszcze ciekawsza odpowiedź, czyli "kto to jest?". A jeżeli dowiecie się, kimże jest Megan to możecie liczyć na zaproszenie do mojego show, postawię Wam nawet shake, a Mariusz miałby mięcho, ale nie chciało mu się mnie odprowadzić, więc płaci za siebie.

I masz moją ulubioną piosenkę Lady Gagi, bo nie mogę dopuścić do tego, abyś zapomniał jej posłuchać.


czwartek, 2 czerwca 2011

feelin hella cool with can hair

Powoli wychodzę na prostą ze wszystkiego, nie jest aż tak źle. Zawsze mogę pocieszać się myślą, że to już naprawdę koniec, przynajmniej na jakiś czas.
A wczorajszy dzień utwierdził mnie w przekonaniu, że spódniczki nie są dla mnie. Jak się okazało sprowadzam wszelakie anomalie pogodowe. Do domu dotarłam jak po kąpieli, cała przemoczona, wręcz spływało ze mnie. Wpadłam do domu, zdążyłam wskoczyć w ciepły sweterek i znów jechałam na pizzę z rodzicami. Jedliśmy w jakimś strasznym lokaliku, gdzie pizze ledwo mieściły się na okrągłym stoliczku. Tam to dopiero Magda Gessler by się przydała, od razu wywaliłaby wszystko do góry nogami.

Razem z Dominikiem doszliśmy do wniosku, że aby mieć te strasznie naciągane 4 na koniec z geografii musimy przebrać się za Lady Gagę (nawet nie wnikajcie skąd taka teza). W poniedziałek zaczęłam już nawet przygotowania, zamiast biegać z podręcznikiem do historii biegałam z puszkami. Mam tylko jedno zdjęcie, gdzie akurat byłam w trakcie wplątywania pierwszej puszki, później już tylko chwaliłam się, komu tylko mogłam, że udało mi się wczepić 2 puszki.

Robiłam to na przekór wszystkim youtubowskim tutorialom, ale polecam jednak trzymanie się chociażby najprostszej instrukcji. Mój sposób wszakże bardzo genialny, jednak trzymał się przez 15 minut. Aczkolwiek może to dlatego, że całe puszki oplecione jedynie pasmami włosów były utrzymywane na wsuwkach, które takiego obciążenia. Z lakierem inaczej prezentowałaby się cała sprawa.

Teraz jeszcze czeka mnie skompletowanie reszty potrzebnych akcesorii, aczkolwiek trafiłam na cudowną stronę, gdzie chłopak pokazuje jak samemu można wykonać podobne rzeczy. Jestem absolutnie zauroczona jego kreatywnością, a także niezwykłą cierpliwością do obmyślania takich niecnych intsrukcji.
Niektórzy mają do tego niewątpliwy dar.
http://www.amonsterscloset.com


A teraz biegnę powtarzać angielskie wszystko, jutro czeka mnie konkurs. Ach, jakże słodkim uczuciem jest świadomość lekkiej torebeczki, a w niej długopisu. Nic więcej mi nie potrzeba. Dzień patrona i sportu już jutro. Pamiętajcie dziewczyny, dla mnie kanapka bez szynki.
.post-body img { width:1200px; height:auto; } post-body img {border:none !important ;}