piątek, 3 kwietnia 2015

HOMESTAY


Cześć! Jak obiecałam w zeszłym tygodniu, czas na master post o bardzo ciekawym doświadczeniu, które było sprawcą małego zamieszania, ale w gruncie rzeczy będę je wspominała bardzo ciepło, czyli HOMESTAY Japonek z chóru Kinjo Gakuin Glee Club.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o tym w szkole (albo na japońskim, już sama nie pamiętam?) było to dla mnie dość abstrakcyjne, fajnie byłoby gościć u siebie dwie dziewczyny z mojej duchowej ojczyzny, ale nie wgłębiałam się w ten pomysł, bo z góry przewidziałam reakcję rodziców. W domu coś napomknęłam, rodzice pożartowali, ale od słowa do słowa w końcu padło "ok", więc gdy tylko było to możliwe, pobiegłam po ankietę zgłoszeniową. Musiałam tam wypisać wszystkich członków rodziny, nasze zainteresowania, zwierzęta i dane kontaktowe. Następnie przydzielono mi dwie Japonki, dostałam o nich podobne informacji i załączone zdjęcia. Miło byłoby wcześniej nawiązać jakiś kontakt, więc obu wysłałam dwa maile, ale początkowo dostałam odpowiedź tylko na jednego, chociaż wystarczyło, żebym wysępiła instagrama i twittera, tym samym otworzyła furtkę do pełnoetatowego stalkowania. Osobiście nie lubię pisać mailów. Uwielbiam listy, ale maile mają w sobie coś niezręcznego i dziwnie oficjalnego, czego nie potrafię przełamać. Ostatecznie wymieniłyśmy obserwację i kilka wiadomości, od drugiej dziewczyny dostałam jedynie jednego maila na kilka dni przed wylotem do Europy.

Kiedy robi się coś z dużym wyprzedzeniem (w moim wypadku jeszcze przed feriami), człowiek odnosi wrażenie, że to wydarzenie nigdy nie nadejdzie. Aż w końcu pozostaje dzień, godzina, kilka minut i znajduję się w holu TCK i wraz z grupą uczniów mojego liceum i uczących się japońskiego, czekam na przybycie chórzystek. Stresuję się, czy na pewno spodoba im się mieszkanie, jak będzie wyglądał nasz czas wolny, a przede wszystkim komunikacja. Kiedy wszystkie weszły już do budynku, nie umiałam dojrzeć swojej. To mit, że wszyscy Azjaci wyglądają tak samo, ale gdy stanęła przede mną tak liczna grupa, wszyscy byli łudząco podobni i dziękuję Bogu, że wołano nas, Polaków i Japończyków, bo w chwili "przekazania" robiliśmy sobie jeszcze pamiątkowe zdjęcie. No i mam MOJE Japonki, idziemy na tył po walizkę i zabieramy się do samochodu. Jeszcze raz przedstawiliśmy się, zadałam kilka prostych pytań, a potem ruszyliśmy do domu. Gdybym była na ich miejscu, pewnie przeżywałabym emocjonalne piekło, nie wyobrażam sobie, żeby znaleźć się na innym kontynencie, w innym kraju, a teraz jeszcze jechać 15 minut samochodem z obcymi ludźmi, do nieznanego domu, z dala od przyjaciółek, nauczycieli i kogokolwiek, kto mógłby służyć pomocą. Mówię, że ja się stresowałam, ale dopiero, gdy jechaliśmy przez ciemny las uświadomiłam sobie, jak wielki niepokój towarzyszy moim gościom i jak bardzo musiały mi zaufać.

Reakcja na mój dom była bardzo pozytywna, obie dziewczyny zapytały, czy naprawdę tu mieszkamy, a przy oprowadzeniu słyszałam tylko "wow", "cute" "oooooooooo", jak się okazało później - były to kluczowe słowa w naszej całej komunikacji. W moim pokoju największą furorę oczywiście zrobiły mangi, kserówka z hiraganą i katakaną oraz figurki Buddy, które stoją na parapecie. Wracając do komunikacji, wyszła ona przede wszystkim przy kolacji. Starałam się poprowadzić jakąś konwersację, żeby pozbyć się nieznośnej ciszy, ale młodsza (15) spoglądała tylko z dezorientacją na starszą (17), która sama wiele nie rozumiała, ale w większości potrafiła odpowiedzieć na nasze pytania. Trochę się rozczarowałam, bo skoro człowiek już tyle poświęca na naukę języka, przyjemnie jest go zastosować, ale do końca pobytu trzymałam się już tylko podstawowych zwrotów i bardzo często powtarzałam "ok". One zresztą też, warto pamiętać o mentalności Japończyków, którzy rzadko kiedy potrafią powiedzieć "nie", jestem pewna, że gdyby nie bariery językowe, to też stosowałyby wiele wykrętów, ale w tej sytuacji musiały zgadzać się na wszystkie dziwności, łącznie z jedzeniem ogórków kiszonych i sera wędzonego proponowanego przez moją mamę (pewnie również mają to u siebie, ale było polecenie z góry, żeby takich rzeczy nie podawać, aby uniknąć ewentualnego zatrucia pokarmowego u nieprzyzwyczajonych Japonek).
Japończycy to również naród przepraszający, o ile pierwszego dnia było to dla mnie trochę uciążliwe, następnego dnia przyjęłam strategię uśmiechania się i mówienia "ok, no problem".
Po kolacji dostaliśmy masę prezentów i zostaliśmy zapytani przez gości, czy znamy origami. Abstrahując jeszcze na chwilę - dla samych Japonek obecność elementów ich kultury w Polsce jest zaskakująca i zawsze wygląda na dużą niespodziankę. Jak gdyby żyły w hermetycznym świecie, a Rilakkuma i Hello Kitty istniały tylko dla nich.
Usiedliśmy przy stole, cała moja rodzina lekko wystraszona, bo choć origami jest czymś powszechnie znanym, raczej większość osób nie miała z nim większej styczności i jak się okazało, nawet mój staż z papierowymi pudełkami wydał się niczym w porównaniu do misternej sztuki składania żurawi. Honoka zrobiła praktycznie całego za mnie, ponieważ ja się poddawałam przy każdym kroku. Jumping frogs były o wiele prostsze i mniej-więcej wszyscy dobrze się spisaliśmy. Dostałam też komplet specjalnych karteczek na origami, ich wzory są niesamowite, ciężko oderwać od nich wzrok i czuję, że do usranej śmierci będą leżeć w szufladzie, bo boję się je zepsuć.
W każdym razie, dość szybko zrobiło się późno i poszłam moim gościom wyjaśnić obsługę prysznica. Chyba w znakomitej części japońskim domów dalej znajdują się tradycyjne stołki do mycia, więc pewnie dziwnie tak w Europie stać przez cały proces prysznicowania. Czas na dzień drugi.

No właśnie, kolejny dzień był trochę pomieszany, bo mimo dość dokładnego harmonogramu, nikt właściwie nie wiedział, jak będzie on wyglądał, aż do ostatniego momentu. Japonkom rozpisaliśmy na kartce godziny śniadania i wyjazdu, jak można się było spodziewać - były bardzo punktualne. O 7:30 wyruszyliśmy do liceum, gdzie miały dać koncert, a potem miałam towarzyszyć im na warsztatach. Wszystko szło zgodnie z planem, na warsztaty trafiłam do sali z motywem wielkanocnym i towarzyszyłam gościom podczas malowania jajek i próbowania tradycyjnych polskich wypieków. O, pominęłam dość istotny fakt - chórzystki pochodzą z żeńskiej, katolickiej szkoły. Jeśli przypominacie sobie post o chrześcijaństwie w Japonii to wiecie, że ta religia wynosi zaledwie 1% wszystkich wyznań, a więc Wielkanoc pewnie nie jest tak super świętowana jak Boże Narodzenie. Próbowałam wyciągnąć informację, jak to wygląda u nich, ale nie dostałam żadnych konkretnych informacji oprócz tego, że również idą do kościoła i świętują z rodziną.
Według planu po warsztatach miałam towarzyszyć im u burmistrza, ale ostatecznie wszystko się pomieszało i do 12:20 miałam z nimi czas wolny, więc nie oddalaliśmy się zbyt bardzo, chociaż dziewczyny chciały iść kupić jakieś akcesoria. Ok, jakoś się udało, potem uraczyłam ich mlekiem kokosowym i zabrałam do piekarni, gdzie hitem stały się piernikowe (?) króliczki na patyku. W drodze na miejsce zbiórki robiłam sobie jeszcze mnóstwo zdjęć z innymi dziewczynami, większość była wyposażona w selfie sticks, więc wyciągały je na jakieś 2 metry i obejmowały całe grupy ludzi, haha. Jednak duże wrażenie zrobił na mnie moment, gdy od celu dzieliła nas dosłownie minuta drogi, a na wyświetlaczu iPhone'a Moeki wyświetliła się 12:20 i moja towarzyszka zaczęła pukać w ekran telefonu pokazując mi, że zaraz się spóźnimy. Kolejnym razem miałyśmy się zobaczyć dopiero po koncercie około 20:00, więc wróciłam do domu.

Miałam plan zabrać dziewczyny do kościółka w mojej parafii, ale po fenomenalnym występie podeszła do nas tłumaczka i przekazała, że jedna z dziewczyn nie czuje się najlepiej i prosi, aby jej nie forsować i pozwolić położyć się wcześniej spać, więc po kolacji posiedzieliśmy tylko chwilkę. Dostaliśmy narzutki, w których chór wykonywał między innymi tradycyjną japońską piosenkę Sōran Bushi. Zrobiliśmy sobie jeszcze dużo rodzinnych zdjęć na pamiątkę. Dziewczyny bardzo się ucieszyły i były zwyczajem mocno zaskoczone, że znam zwrot ichi tasu ichi wa (jeden plus jeden to) na który przy robieniu zdjęć odpowiada się NIIII~ (dwa) i potem co chwila go powtarzaliśmy. Dziewczyny poszły na górę się pakować i spać, sama byłam zmęczona, ale to one chodziły od miejsca do miejsca, gdzie ciągle śpiewały. Od 8 do 20, 12 godzin na nogach.

Kolejnego dnia również zwinęliśmy przed 8:00, żeby zawieźć dziewczyny do TCKu. Wbrew naszym wyobrażeniom, trochę tam spędziliśmy, było kilka pamiątkowych zdjęć - pan fotograf był doprawdy uroczy, przyniesiono mu drabinkę na którą wdrapał się, żeby lepiej objąć wszystkich zgromadzonych ludzi, a gdy ktoś robił mu zdjęcie telefonem szybko zmieniał pozę ze skupionego profesjonalisty na uśmiech i znak peace, kultura kawaii jest obecna nawet w Japończykach w wieku średnim. Ten widok ogrzał moje serce i na koniec przygody z homestayem uświadomił, że to naprawdę są ludzie z którymi chce się przebywać. W swojej kulturze, która ogranicza człowieka wieloma zasadami i konwenansami, zachowała się w nich prostota dziecka.
Oczywiście, ja, najbardziej niestabilny emocjonalnie człowiek musiał się popłakać przy pożegnaniu. Dla mnie też jest to dziwne, bo jakby nie było spędziliśmy zaledwie dwie noce razem, ale było mi smutno, więc zaczęłam płakać. Moje Japonki również się rozpłakały, aż stworzyliśmy sobie krąg lamentujących osób aż nie wyszliśmy przed autobus. Jeszcze raz przytuliłam dziewczyny i obserwowałam jak wsiadają do autobusu. Prawie wszyscy zajęli już swoje miejsce, gdy wybiegła Moeki, bo chciała mi pokazać, że nosi krzyżyk z bursztynem, który daliśmy jej poprzedniego wieczoru i jeszcze raz bardzo dziękuję. Wtedy pękło mi już w ogóle serce na miliard kawałeczków, jak można być tak kochanym?

A tu moje prezenty:

 Czerwona narzutka (to pewnie ma specjalną nazwę) jest moja, druga siostry. Poniżej Funassyi o którym nigdy wcześniej nie słyszałam, ale zgaduję, że jest to dość popularna postać i również maskotka miasta Funabashi w prefekturze Chiba. Czyta się to funasshi, a samo nashi w japońskim znaczy nic lub gruszka. Funassyi na domiar wszystkiego okazał się być gruszką. W zestawie był długopis, plug z brelokiem do telefonu i twarda koszulka/okładka. Obok leży ramka, której jeszcze nie rozpakowałam, ale wydaje się być ręcznie malowana w kwiaty wiśni, a obrazek można wymienić.

Ręczniczki mnie zastanawiają, ale są urocze i mięciutkie. Do tego tradycyjne wzory japońskie na zakładkach do książek, które również mnie stresują, bo mam tendencję do gubienia zakładek. Kupiłam sobie w Pradze śliczną zakładkę z grafiką Alfonsa Muchy i przepadła zaraz po przyjeździe do Polski. Oczywiście, nie mogło również zabraknąć Hello Kitty, bo nie ma Japonii bez Hello Kitty. Jeszcze nie przymierzałam skarpet, ale mam cichą nadzieję, że będą pasować. Są przeurocze!


A teraz czas na słodki finał, czyli sprawcę zejścia ze świętej drogi weganizmu i prawdopodobnie obrośnięcie tłuszczem na wakacje, ale zawsze marzyłam o japońskich słodyczach, a kiedy koleżanka mojej mamy wracająca z wycieczki po Japonii przywiozła mi chustę zamiast jakiegoś cudacznego kit kata, poczułam się lekko zawiedziona. Ale ta-da! Na szczęście rówieśnicy myślą podobnie i od Japonek dostałam taki oto zestaw słodyczy:

 (pierwsze od prawej na samej górze): żelki owocowe. Całkiem dobre, oczywiście jak na Japonię przystało, otwiera się paczkę słodyczy, a każdy z nich i tak jest zapakowany osobno. Zatem mamy multum kolorowych torebeczek. Są porzeczkowe, jabłkowe, brzoskwiniowe i pomarańczowe.


 (mała zielona paczuszka po lewej): czekoladki o smaku zielonej herbaty matcha. Byłam nastawiona na podobny smak, jak u Kit Katów, ale okazało się, że w środku jest jeszcze galaretka, co trochę zburzyło moje idealne wyobrażenie o tym smaku, bo nie jestem fanką takich dziwactw ukrytych w słodyczach. Da się zjeść, ale nie miałam ochoty na 15 kolejnych.

 Kit Katy o smaku zielonej herbaty matcha: na temat japońskich kit katów krąży wiele legend i pewnie słyszeliście o takich smakach jak grillowana kukurydza czy sos sojowy. Ja dostałam zieloną herbatę matcha, którą stety niestety zamówiłam i zjadłam już wcześniej w Polsce. A szkoda, myślę, że moja wycieczka do Japonii mogłaby opierać się na poszukiwaniu lokalnych smaków Kit Kata. Niemniej jednak, batoniki są bardzo dobre, najmocniej czuć smak białej czekolady, dopiero potem dociera do nas charakterystyczny posmak herbaty matcha.


 (pierwszy rząd, środkowa paczka) czekoladowo-truskawkowe cukierki: bardzo dobre, smak porównywalny do truskawkowej Milki. Silnie uzależniające.


(pierwsza paczka od lewej na dole): coś podobnego smakiej i fakturą do naszej gumy rozpuszczalnej Mamba. W paczce mamy smak jabłkowy, bananowy (mój ulubiony!), porzeczkowy bodajże i truskawkowy.

To byłoby na tyle, wyszło dość obszernie, ale mam nadzieję, że mimo wszystkich moich dygresji przez które robi się bardziej strumień świadomości niźli zwarty i tematyczny post, podobało Wam się i choć trochę zaspokoiłam ciekawość na temat homestayu Japonek. Jeśli macie taką możliwość, naprawdę polecam, bo jest to najczystsza forma obcowania z kulturą innego kraju, jaką możecie uzyskać u siebie w domu. Jeśli macie jakiekolwiek pytania - feel free to ask.

Życzę wszystkim udanych świąt wielkanocnych!

75 komentarzy:

  1. Narzutka swietna:) ps dziekuje za komentarz u mnie:* moze obserwujemy? Daj znac u mnie :) wesolych swiat:*

    OdpowiedzUsuń
  2. Zazdroszczę Ci takiej możliwości :)
    Chciałabym kiedyś pojechać do Japonii, mam nadzieję, że kiedyś mi się uda.
    Co do słodyczy japońskich to raczej fanką ich nie jestem, no ale każdy ma inne gusta ;)
    my-natalias-place.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Ile słodkości! Narzutka (Twoja jak też siostry) są genialne, a ty prezentujesz się w nich równie dobrze :) Nigdy nie słyszałam o czymś takim jak Homestay. Zgodzę się, kiedy robi się coś z dużym wyprzedzeniem, w ogóle jak zaczynamy spełniać marzenia i jeszcze wszystko idzie po naszej myśli to w pewnym momencie trudno w to uwierzyć :) Świetny post!
    http://larysa-de-villiers.blogspot.com [klik]

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny post! Fajna akcja, poznawanie nowych kultur zawsze ma w sobie coś intrygującego. Azjatyckie słodycze mnie przerażają odkąd próbowałam różności przywiezionych z Chin ;P Choć z Twojego opisu wynika, że Japońskie są całkiem niezłe ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. wow zazdroszcze sama chciałabym popróbować takich słodyczy!
    Marzę o wycieczce do japoni! Mam nadzieję że kiedys tam pojadę
    http://sweetchilisweet.blogspot.com/2015/04/hi-again-hi-spring.html#gpluscomments

    OdpowiedzUsuń
  6. Słodkości wyglądają kusząco :)
    Niesamowita przygoda Cię spotkała, z wielkim zaciekawieniem przeczytałam wpis :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo ciekawy post! Z takimi słodyczami jeszcze nigdy się nie spotkałam ;)
    Uwielbiam te żurawie, dosyć często robię je z papieru ;)

    NOWY POST NA FABRYCE MIĘTY KLIK! :))

    OdpowiedzUsuń
  8. Przeczytałam od deski do deski i jestem pod mega wrażeniem! Po prostu marzę o podobnej okazji tutaj u nas, ale niestety to mało prawdopodobne.. A co do prezentów, a w szczególności słodyczy; mamy w mieście sklep z azjatyckim jedzeniem i mozna dostać kilka z tych rzeczy które Ty dostałąś!:)

    Zapraszam do mnie
    ALQXX

    OdpowiedzUsuń
  9. Zawsze chciałam przyjąć pod dach jakiegoś obcokrajowca. Pokazałabym mu tyle miejsc w tej mojej ziejącej nudą mieścinie! To wspaniałe doświadczenie, poznanie kultury i obyczajów. Nawet kiedy zostaje się na noc u koleżanki, można dostrzec różnice pomiędzy tym, co dzieje się w naszym domu, a co u kogoś innego. Mnie zawsze zaskakiwało, że u przyjaciółki nie używa się gąbek pod prysznicem. Hahah, Twoje Japonki musiały być przerażone! :D

    OdpowiedzUsuń
  10. Fajnie, że tak dokładnie to opisałaś. Słodycze wyglądają pysznie :D
    Pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń
  11. Jeju, tak strasznie zazdroszczę! Wielka szkoda, że u mnie w okolicy nie dzieją się takie fajne rzeczy, na pewno super byłoby coś takiego przeżyć :c Hmm, może kiedyś...

    OdpowiedzUsuń
  12. Wow, to musi być ciekawe doświadczenie gościć dwie Japonki :) Zazdroszczę :)
    http://sloiczeknutelli.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  13. Zawsze chciałam spróbować tych zielonych KitKat :D.
    http://magdasara.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  14. to musiało być niesamowite doświadczenie! przeczytałam swojej mamie całą notkę i stwierdziła, że sama chętnie by spędziła takie dwa dni z japonkami haha
    teruart.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  15. Ciekawy post :) wy-stardoll.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  16. Ile słodkości <3<3<3

    rilseee.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  17. Ciekawie wygląda ten ''kit kat''. Fajnie, że przyjęłaś do domu takiego obcokrajowca. Też bym tak chciala. zycie-jest-1.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  18. Ile slodyczy *,* !!
    Najbardziej zaciekawil mnie ten zielony kitkat haha :)

    http://moooneykills.blogspot.com/2015/04/flower-princess.html

    OdpowiedzUsuń
  19. Zazdroszczę tych słodyczy. Świetne doświadczenia :)

    Pozdrawiam i dzięki za odwiedziny u mnie :)
    Będę wpadać tu częściej więc zaobserwuję :)

    http://cooolhunter.blogspot.com/

    :)

    OdpowiedzUsuń
  20. japonskie slodyczeee ! nawet opakowania mają piękne ! :D

    OdpowiedzUsuń
  21. Nigdy nie jadłam japońskich slodyczy :|

    http://missstyle21.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  22. Fajny post, cieszę się, że na niego trafiłam :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Super, mega zazdroszczę Ci tego doświadczenia, u mnie w domu wizytowała kiedyś pani z Białorusi (bo moja mama jest nauczycielką w podstawówce i też była wizytacja dzieci i nauczycieli), która na dodatek miała tak samo na imię jak ja (taki żarcik mojej mamy "o weźmiemy tą panią bo nazywa się tak samo jak ty hehehe"). Ale no niestety to była dorosła kobieta która oczywiście rozumiała wszystko co do niej mówię, a ja nic kompletnie mimo znajomości podstaw rosyjskiego. No cóż, nie każdy ma talent do komunikacji hehe :(

    Pozdrawiam
    Tamarka z Sióstr Ohydek

    OdpowiedzUsuń
  24. Dostałam kiedyś herbatę matcha w paczce od pen pal z Hong Kongu i jest taka pyszna, że przez ponad pół roku wypiłam tylko dwie z pięciu (ale po Twoim wpisie pójdę zrobić trzecią...). Zastanawiam się, czy próbowałaś kiedyś kupić takie rzeczy w Polsce?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o jakie rzeczy chodzi? słodycze niektóre są dostępna na PL stronach, a jak nie to ebay, ale jednak kosztuje to dość dużo, matchę mam, no a akcesoria pewnie też są dostępne gdzieś online :)

      Usuń
  25. Dlaczego tak krótko!? Mówię tu i o ich pobycie, i o poście. Mogłabym to czytać i czytać i nigdy nie skończyć! Dobrze, że wyczytywali Wasze nazwiska i "przydzielali" Was do siebie. Dla mnie wszyscy azjaci wyglądają identycznie :-). I chętnie bym spróbowała ich słodyczy, uwielbiam słodkości z innych krajów/kontynentów. Nawet w Czechach wszystko inaczej smakuje :-D.
    Pozdrawiam i zapraszam :-)

    OdpowiedzUsuń
  26. jaaaaa jakie pyszności, aż ślinka cieknie!
    http://szarlotkaa999.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  27. taki homestay musi być świetny, no i oczywiście, genialne rzeczy dostałaś :D
    pozdrawiam!

    {la decadence}

    OdpowiedzUsuń
  28. bardzo interesuje mnie kultura japoni więc słodycze z fotografi niewiarygodnie mnie kuszą ;) Wesołych świąt ! :) ~ katie-about-katie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  29. spróbowałybyśmy tych kit kat'ów o smaku zielonej herbaty! *.*

    OdpowiedzUsuń
  30. Bardzo Ci zazdroszczę, to musiało być świetne doświadczenie.

    OdpowiedzUsuń
  31. Uważam, że to świetne doświadczenie i bardzo dobrze, że z niego skorzystałaś.
    Nie wiem, jak z serem, ale ogórków kiszonych na pewno nie mają, w sumie dowiedziałam się o tym parę dni temu na zajęciach od jednej z moich wykładowczyń, która to chciała ukisić sobie ogórki, ale okazało się, że tych japońskich nie da się kisić.
    Ja chociaż naoglądałam się już tylu Japończyków i tak wszyscy wyglądają dla mnie tak samo, ale to mój indywidualny problem, bo ogólnie mam słabą pamięć do twarzy. ^^"
    Swoją drogą ciekawi mnie to, czy rozmawiałyście po angielsku, czy po japońsku? xD

    OdpowiedzUsuń
  32. Jejku mimo że dwa dni to tyle wspomnień, uważam że to cudowne jak wiele ci podarowały i sam fakt że pamiętały :) mam wrażenie że ten homestay to GOAL ☺ @itspolishshawty

    OdpowiedzUsuń
  33. To musiało być niesamowite doświadczenie. Szkoda tylko, że ten kontakt trochę się nie udał, ale po rozstaniu widać,że język do zawiązania więzi nie był potrzebny C:

    OdpowiedzUsuń
  34. Świetna robota! Liczba obserwatorów i komentarzy mówi z resztą sama za siebie. Cieszę się, że na te 30 blogów, które mam do przejrzenia trafiło się (jak na razie) chociaż jedno światełko w tunelu.

    OdpowiedzUsuń
  35. Świetny post i tyyyle słodyczy <3
    Pomimo, że ich nie jem kuszą ze zdjęć :D

    Mój blog

    OdpowiedzUsuń
  36. niesamowite wydarzenie, szkoda tylko tego kontaktu :c
    http://odrobina-ciepla.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  37. ale fajne prezenty, ale Ci zazdroszcze tych słodyczy :D
    i ten zielony kit kat!! OMNOMNOM


    jeżeli masz ochotę na wspólną obserwację zacznij i daj znać u mnie!
    www.similarose.blogspot.com/kliknij tutaj/♥
    WESOŁYCH ŚWIĄT! (:

    OdpowiedzUsuń
  38. Zawsze chciałam spróbować takich japońskich słodyczy.

    http://justdaaria.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  39. Masz nadal kontakt z tymi Japonkami?
    Świetny post, mam nadzieje,że u mnie też kiedyś zorganizują coś podobnego :)
    http://loooveelifee.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  40. Wow! Jeszcze nigdy nie poznałam żadnej Japonki, ale Ci zazdroszczę! Miały takie fajne piskliwe głosiki? *o* To takieeeee urocze *o*
    Hmm.. a one nie znały angielskiego czy coś? albo nie miały chociaz jakiegoś słownika albo tłumacza w telefonie, aby się lepiej dogadywać? Musiało być dość sztywno.. ja bym się pewnie tak zestresowała jakby ktoś miał przyjechac do mnie na wymianę, że plotłabym takie głupstwa, że ta osoba wybuchła by ze śmiechu :)
    Bardzo fajnie z ich strony, że przywiozły Ci tyle prezentów, tyle dobregoo żarcia, ah *o*
    Urzekła mnie ta informacja i tym bursztynowym krzyżyku :) Mam nadzieję, że będziesz jakoś utrzymywać z nimi kontakt, bo fajnie było by nie stracić takiej znajomości :)

    OdpowiedzUsuń
  41. Zazdroszczę Ci ! :) Wstawiłabyś jakieś zdjęcie z Japonkami? Jestem ciekawa jak wyglądały :)

    OdpowiedzUsuń
  42. Jak wszyscy tutaj, bardzo Ci zazdroszczę. Tyle słodyczy! Tyle radości! :D
    Masz może jakieś zdjęcia?

    http://lepszy-swiat-carey.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  43. oo hello kitty :d a na górze żurawie :) ciągle je robie z papieru :D

    OdpowiedzUsuń
  44. O jejku, zazdroszczę takiego kontaktu! No i te japońskie słodycze bym chyba od razu pożarła.
    Zapraszam. jestebatmane.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  45. Super zdjęcia, zazdroszczę takiego kontaktu, haha!:)

    OdpowiedzUsuń
  46. Zazdroszczę poznania Japonki ;) Bardzo mnie zaciekawiły te zielone Kit Katy :D
    Obserwuję :)
    WWW.MARTHA-MARTHAABLOG.BLOGSPOT.COM

    OdpowiedzUsuń
  47. Fantastycznie opisane, może faktycznie troszkę długie ale czytało się dobrze ;) Wielkie zazdro tak Ci powiem! Ale nie wyłapałam jednej rzeczy: rozmawiałaś z nimi po angielsku czy po japońsku?
    niuntis.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. po angielsku haha! po japońsku znam tylko podstawowe zwroty na razie haha

      Usuń
  48. super te kimona :)

    Dziękuje za komentarz :) Wesołych Świąt!
    [ life plan by klaudia ]

    OdpowiedzUsuń
  49. Pierwszy raz widzę na oczy takie słodkości. :P Ciekawy post. :-)
    Pozdrawiam i obserwuję. Wesołych Świąt!

    OdpowiedzUsuń
  50. Szkoda, że dziewczyny były takie małomówne, generalnie wielkie zazdro :))

    OdpowiedzUsuń
  51. Hello Kitty to chyba koreański wytwór. ;)
    Fajne okazały się te Twoje Japonki. Bardzo ciekawy wpis - przeczytałam bardzo uważnie. Dostałaś cudowne prezenty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ???? większej dziwności dawno nie słyszałam, Hello Kitty został stworzony przez japońską spółkę Sanrio

      Usuń
  52. Ojejku jak ja Ci bardzo zazdroszczę *.* Kocham Japonię, uwielbiam ten kraj i kulturę, gdybym tylko miała pieniądze na bilet i życie już dawno wyjechałabym z Polski na długie wakacje. Bardzo Ci zazdroszczę, ale też cieszę się Twoim szczęściem *.*
    Pozdrawiam Zakręcona <3
    http://wszystkocozechcesz01.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  53. Amazing post :) Have a nice Easter weekend. Kisses :)

    http://www.itsmetijana.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  54. Zjadłabym wszystkie te słodycze! :D

    Życzymy wesołych i radosnych świąt ;)

    OdpowiedzUsuń
  55. same pyszności :)


    http://moniqa-blog.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  56. Świetna sprawa :)
    Rzeczywiście- nieźle, że trafiły się katoliczki. Sama chciałabym przeżyć coś takiego :)

    OdpowiedzUsuń
  57. Ojeju ale super, że mogłaś je poznać, myślę, że takie międzynarodowe znajomości dużo dają :))))

    Zapraszam do nas ♥
    http://1968basweca.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  58. Ojej, to super, że mogłaś poznać Japonki c: Chyba każdy, a na pewno większość chciała by być na Twoim miejscu c: To musiało być wspaniałe przeżycie, nawet, jeżeli nie mogłyście się dogadać. Szkoda, że nie dodałaś żadnych zdjęć z nimi, ale pewnie by tego nie chciały ^^ Zazdroszczę Ci tych słodyczy! Ale... W sumie to nie. Przecież obiecałam sobie, że je ograniczę, a je zjadłabym pewnie wszystkie na raz :/
    Pozdrawiam <3
    http://rena-uchiha.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  59. Jeju zazdroszczę! Kiedy miałam 12 lat, przyjęłam do siebie na wymianę (tylko 3 dni :(( ) dwie 11 (?) letnie Szwedki. Bardzo żałuję, że:
    - nie zostały na dłużej
    - umiejętności językowe obu stron nie były najlepsze, dopiero teraz byśmy sobie "naprawdę" porozmawiały heh
    - Szwecja, w ogóle Skandynawia, to moja pasja, miejsce, gdzie czuję się najcudowniej na świecie i to jest takie moje miejsce.
    Cieszę się razem z Tobą, takie homestay'e są niesamowitym przeżyciem :D love you xx

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. yay, strasznie lubię kulturę krajów skandynawskich. Byłam kiedyś w Sztokholmie i strasznie chciałabym jeszcze wrócić, może kiedyś się tam spotkamy, kto wie? :)

      Usuń
  60. Żurawie na początku posta są śliczne, jak znam siebie, to w moim przypadku tego papieru by zaraz nie było. Podobnie jak słodyczy, na widok których cieknie mi ślinka, a to tylko zdjęcia! Bardzo ciekawa historia z tą wymianą, ja przeżyłam coś podobnego najpierw wyjeżdżając na tydzień do Hiszpanii, a potem nocując hiszpankę u siebie, z tą różnicą, że u mnie obie wymiany trwały po tygodniu. Przyznam, że w moim wypadku też pojawił się problem bariery językowej, widoczny szczególnie w Hiszpanii. Prócz problemów z komunikacją z dziewczyną, która mnie nocowała, najbardziej zapadł mi w pamięć dzień, w którym zaangażowano przyjezdnych do czegoś w rodzaju przedstawienia. Przeczytano jakiś bardzo ładny hiszpański wiersz, opiewający Andaluzję, po czym wyznaczono po jednej osobie z każdego kraju (a było nas w sumie szóstka) i przyszło mi czytać wiersz, który "przetłumaczony" opiewał jakieś "kombajny zarozumiałe, oliwy siwy, który wzbudził oliwki". Starałam się zachować kamienną twarz, kiedy czytałam, ale moje koleżanki miały ze mnie niezły ubaw na widowni xD

    U Łosia nowy post http://nevermind-factory.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  61. Wow, amazing kimonos! Love the green one! ^-^
    Nice blog, dear!

    http://www.caterina-m.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  62. Słodkie skarpetki *-*
    Ale bym jadła te słodycze, same smakołyki :)

    OdpowiedzUsuń
  63. TERAZ TO MI SMAKA NAROBIŁAŚ................DZIĘKI

    OdpowiedzUsuń
  64. Ciekawe że w Polsce nie ma takich smaków . Tam to mają ciekawe rzeczy

    OdpowiedzUsuń
  65. Ale mega doświadczenie!
    Super upominki! :)

    OdpowiedzUsuń

Jeżeli obserwujesz mojego bloga, to dlatego, że Ci się podoba - nie uznaję obserwacji za obserwację. Regularnie natomiast odwdzięczam się za komentarze i z góry za nie dziękuję (◡‿◡✿)

.post-body img { width:1200px; height:auto; } post-body img {border:none !important ;}