poniedziałek, 29 czerwca 2015

Krzysztof Król - Kodeks wygranych. X Przykazań człowieka sukcesu; RECENZJA + KONKURS


Nie sądziłam, że ktokolwiek zaufa mi na tyle, aby powierzyć zrecenzowanie książki w ramach współpracy, ale stało się i na wstępie chciałam podziękować wydawnictwu Helion i panu Krzysztofowi za taką propozycję. W takim razie do dzieła.

Po przeczytaniu wszystkich lektur szkolnych w końcu zabrałam się za Kodeks wygranych, ułożyłam się wygodnie w łóżku z zieloną herbatą i zaczęłam czytać, a tu od pierwszym stron niespodzianka: trzeba wstać i coś zrobić. Na szczęście nie wszystkie strony wymagają tak drastycznego wysiłku fizycznego, jednak trzeba przyznać, że jest to silna sugestia: aby osiągnąć sukces, należy sobie zapracować. No dobrze, wciąż nie wiecie jednak dlaczego musiałam wstać. Kodeks dzieli się na 10 głównych rozdziałów, a w każdym zawiera się kilka lekcji przeplatanych historiami motywacyjnymi, cytatami i uwaga, zadaniami dla czytelnika. Na początku wydawało mi się to trochę głupie i zbędne, ale jeśli moja recenzja ma być pełna, sięgnęłam po stary notes z Witch i uczyniłam go swoim dziennikiem, aby dalej realizować misje. To nawet trafne określenie, bo autor kładzie duży nacisk na ich wykonanie, jeśli nie przejdziesz misji - nie odblokujesz następnego poziomu, a więc przeczytasz kolejny rozdział, ale niczego z niego nie wyniesiesz.

Książka ta jest niesamowicie trudna do zrecenzowania z dość banalnego powodu: będzie różnie interpretowana w zależności od tego, na jakim etapie swojego życia się znajdujesz. Nawet jeśli żyjesz w pozornym dostatku, masz dach nad głową, zdrowie, wystarczającą ilość pieniędzy, wciąż jest wiele do osiągnięcia. Drzemie w Tobie ogromny potencjał, ale może nikt nie pokazał Ci, jak go wykorzystać? Lub używając porównania z książki: jeśli Twój umysł jest ogrodem, czy dotychczas nie deptano po jego kwiatach? Do mnie bardzo silnie przemówił rozdział Będziesz bogiem swojego świata, trochę mniej lękliwie patrzę w przyszłość. Może jest jakiś tam los, predestynacja, ale mój sukces zależy w bardzo dużej mierze ode mnie. Tak dużej, że jestem w stanie po niego sięgnąć. Potrzebuję tylko planu (a to też znajduje się w książce), konkretnej wizualizacji (jest zapisana w dzienniku) i motywacji (też się znajdzie).

Pewnie duża część z Was kojarzy serię Reginy Brett, która na podstawie swoich doświadczeń wyciąga lekcje i pisze światowej sławy bestseller. Krzysztof Król kładzie większy nacisk na MNIE. Oczywiście pojawiają się przykłady z życia, miejscami kolokwialny, choć zawsze przystępny i zrozumiały dla odbiorcy język, ale wszystko dla MNIE. Podoba mi się to, że tak rzadko wymienia się osoby trzecie. Pada nawet zdanie, które bardzo mi się spodobało i szybko je wynotowałam: pamiętaj, że gdy na coś narzekasz, żalisz się przy innych ludziach, 80% ma to gdzieś, 19% cieszy się, że Cię to spotkało. Może tylko 1% faktycznie się o Ciebie martwi. (s. 187 rozdział "Będziesz stosował kopniaki energetyczne") Dlatego jeśli wcześniej tego nie trenowaliście, nauczycie się pozytywnie o sobie myśleć, rozmawiać ze sobą (ważne!) i bojowo nastawiać się realizowania założonych celów. Najważniejsze jest, ile podczas czytania tej książki mogę się nauczyć. Też należałam do osób, które krytycznie podchodzą do tego rodzaju książek, ale skoro już trafiła w moje ręce, chciałam to wykorzystać i potraktować poważnie, przywołując kolejny fragment: Jeśli nie korzystasz z wiedzy, którą otrzymujesz, to jaki jest sens jej poznawania, skoro nie potrafisz jej zastosować w życiu? (s. 151, rozdział "Odkryjesz mapę do swoich marzeń"). Dlatego starałam się dziennie czytać po 2-3 rozdziały, bo przy większej ilość uciekał mi ich sens i traciłam motywację do wykonywania ćwiczeń, chciałam po prostu czytać dalej.

Nie wiem, czy to, co dotychczas napisałam daje Wam jakikolwiek obraz tej książki i jej zawartości, ale wraz z wydawnictwem Helion przygotowaliśmy dla Was konkurs. Dwie osoby dostaną Kodeks wygranych. X przykazań człowieka sukcesu. Do którego również dołączono płytę CD i pierwszy tydzień 90-dniowego wyzwania. Niezależnie od tego, czy macie dobrą pracę, jesteście w środku gimnazjum, męczycie się na studiach, które Was nie interesują, znajdziesz coś dla siebie. Zostaw to i pomyśl, że jest szansa, by być kimś lepszym. Nie musisz wydać na tę książkę ani złotówki, więc może to dobra okazja, aby dać się komuś poprowadzić na ścieżkę sukcesu, nieważne jak on dla Ciebie wygląda. Jeśli książka Was nie przekona, trudno - nie będziecie żałować, bo nic nie straciliście, ale wakacje są dobrym czasem, aby odpocząć od tego, co nieprzyjemne i skupić się na własnym rozwoju i wrócić z pewną refleksją.

a Rafflecopter giveaway


Rafflecopter to chyba wciąż niezbyt popularna opcja, ale nie ma się czego bać:
1. podajecie swoje imię, nazwisko i adres e-mail (niewidoczne dla innych, to informacje do których tylko ja mam do nich dostęp na poczet kontaktu z dwoma zwycięzcami)
2. wykonujecie zadania, obserwacja na instagramie, twitterze, blogu, tweetnięcie o rozdaniu i polajkowanie fp. Wszystko jest tam dokładnie podane i podlinkowane. Możecie wykonać je wszystkie lub tylko jedno, ale każde z nich to jakby osobna karteczka z Twoim imieniem w szklanej kuli. Krótko mówiąc: kto wypełni je wszystkie ma większe szanse na wygraną.

Dwóch zwycięzców podam 13 lipca na swoim fanpage'u: Carolyn Dolly 


piątek, 26 czerwca 2015

I DON'T WANT YOU TO FORESEE WHAT I'VE BECOME

#np Tokyo Ghoul OP - Unravel

Wakacje to fajna sprawa, o ile nie są one ostatnimi wakacjami przed maturą, a Twoje życie powoli nie zaczyna przypominać tych gier, gdzie trzeba biec do przodu, bo droga za Tobą zaczyna się urywać. Nie możesz się zatrzymać, pomyśleć, musisz po prostu biec na przód, żeby nie spaść. Takie dość obrazowe porównanie wpadło mi do głowy, gdy leżałam wczoraj i zastanawiałam się, co ze mną będzie po trzeciej klasie. Sufit nie przyniósł żadnej odpowiedzi, więc postanowiłam jedynie uporządkować myśli, co do wakacyjnych planów, bo chciałabym się wziąć za japoński na który chodziłam w roku szkolnym, ale do kserówek praktycznie nie zaglądałam, angielski (to akurat nic nowego, czytam mangi w tym języku i uczę się słówek), szycie, gotowanie i oczywiście przyłożenie się do bloga! Postaram się wykorzystać te wakacje i sumiennie wypełniać wszystkie postanowienia, chociaż jestem pewna, że wiele dni i tak przeleżę w łóżku oglądając anime. 
Nie wiem jeszcze, czy gdziekolwiek pojadę, bo rodzicom jak zwykle późno zebrało się na organizowanie czegokolwiek, ale nawet jeśli miałabym przesiedzieć całe dwa miesiące w domu, to trudno. Będę sobie robić lokalne wycieczki. 

Czy jeśli ubieram wszystko czarne jest to już total look? Chyba tak. Ten zestaw jest akurat super komfortowy i jestem pewna, że sprawdzi się na upalne dni, gdy dla czarownic robi się już za gorąco, ale pewne sprawy czasami potrafią wywabić je z domu, a wtedy trzeba kombinować.
Bransoletka to prezent od uroczej autorki bloga Nasty-rose, tę i inne może zakupić na jej stronce (link pod zdjęciami). Przy okazji zerknijcie na jej stylizacje, same cudeńka!

skirt - CHOIES // crop top - CHOIES // hat - CHOIES // bag - ebay // bracelet - nasty-rose blog
choker - ebay // shoes - ebay 

piątek, 19 czerwca 2015

beating hearts slowly dying

#np Let me hear (Parasyte - the maxim)

Nie będę na szybko pisać wyniosłych postów, bo w tygodniu byłam zajęta czyszczeniem ostatnich niejasności w szkole i w ogóle nie myślałam o blogu. Dzisiaj zaliczyłam historię i z moich obliczeń wychodzi średnia 5.0, więc jestem z siebie ultra dumna i oficjalnie rozpoczynam wakacyjny sezon, czyli czas na wcielanie pomysłów, które chodzą za mną od dawna, jednak wcześniej nie mogłam ich zrealizować, ale teraz idę położyć się na kilka godzin, żeby uzupełnić zasoby energii, a potem zabieram się za internetową pracę, która ucierpiała w ostatnich tygodniach!

A teraz zapraszam na ostatni outfit we współpracy z Dresslink, narzutkę kupiłam za centa na jakiejś śmiesznej wyprzedaży, ale będzie świetnym dodatkiem na lato dla spragnionej warstwowania wiedźmy (też jestem zaskoczona tym szaleństwem kolorów, ale trzeba wpuścić trochę światła do garderoby)



sleeveless floral top - dresslink // pants - h&m + diy // shoes - dr martens // hat - ebay

piątek, 12 czerwca 2015

Carolyn the teenage witch: makeup review

#np Attack on titan - the reluctant heroes

eyes: colourpop slave2pink & bandit eyeshadows, makeup revolution waterproof eyeliner // lips: makeup revolution 100% vamp matte lipstick
GOTH QUEEN STRIKES AGAIN! Nazbierało mi się kilka kosmetykowych nowości, więc stwierdziłam, że tygodniowa przerwa od moich przebieranek będzie miłą odskocznią i kontynuacją notki summer witch. Mimo wszystko, wydaje mi się, że te posty są nieco komiczne, bo z makijażem nie mam nic wspólnego i większość kosmetyków kupuję ze względu na ładne opakowanie: czasem taka selekcja bywa zaskakująca i warto się nią pochwalić, ale generalnie jest to odpowiedź na wszystkie pytania z aska, bo po opublikowaniu dwóch szminek na instagramie zaczęły one napływać, więc stwierdziłam - czemu nie?
Sama nie znam się na odczytywaniu składów kosmetyków, chemia jest tą dziedziną magii, której nie zgłębiłam, ale znalazłam na pewnym blogu listę z tymi, które zawierają koszenilę lub wosk pszczeli, dlatego mogę powiedzieć, że niewegańska jest tylko szminka z serii Vamp.

Tak zwany makijaż u góry inspirowany jest jedną z postaci stworzonych przez kolejną super ilustratorkę, którą ostatnio wyhaczyłam w internecie; Clothilde należy do serii Uptown Witches, a autorką jest Loll3. Koniecznie sprawdźcie jej inne pracy!
A  teraz zapraszam na gości dzisiejszej notki, mam nadzieję, że się spodobają:

Since the photo of my lipsticks posted on instagram gained a bit of attention I decided to post my whole Makeup Revolution collection that I hope will grow. According to list they posted on their site, only the vamp lipstick isn't vegan.
My makeup is inspired by artwork done by amazing Loll3Clothilde is part of her Uptown Witches series. Ok, let's go:

Zestaw pędzli to kolejny gadżet, który dostałam w ramach współpracy z Dresslink. Wzięłam jeden z najmniejszych zestawów, bo wciąż nie wiem do czego one wszystkie służą i czy ktoś faktycznie korzysta z 50? W każdym razie moim potrzebom one odpowiadają, bardzo dobrze sprawują się w dziennym makijażu i nawet nie liczyłam, że będą tak dobrej jakości, bo cena od razu włączyła jakiś sygnalizator w mojej głowie, a tu w paczce przychodzą pięknie zapakowane w futerał (saszetkę?) imitującą skórę. Godne polecenia, trochę oswoiłam się z kupowaniem produktów do makijażu na azjatyckich stronach.

So those are the brushes I got from Dresslink and I was really impressed with the quality. They came in faux leather kit, beautifully packed. Definetely recommend you to give them a try!

Patrzę na to serduszko i nie potrafię rzec złego słowa na opakowanie. Wyglądało pięknie, a ja nigdy wcześniej nie używałam rozświetlacza i nawet nie czułam potrzeby wejścia w posiadanie takiego cuda, ale w końcu zamówiłam Goddes of love makeup revolution. Jeśli mam być szczera, a mogę, bo i tak mi za to nikt nie płaci - nie widzę różnicy pomiędzy moją twarzą z rozświetlaczem i bez, a pędzelkowałam bardzo intensywnie i wydaje mi się, że nałożyłam dostateczną ilość. Wracam do początku - dalej nie wiem, po co to jest, być może moja świetlista osobowośc nie potrzebuje już rozświetlenia. Tak, to może być to.

So this was my first time with a highlighter and I must say, I can't really see the difference. This cute little heart made me crawl so hard so I'm a bit disappointed after all.

Na zdjęciu make me tonight i 100% vamp odcieniowo wyglądają bardzo podobnie, ale nie można ich pomylić na ustach. Matowo-kremową vamp wpadającą w śliwkę mam na sobie zaraz na początku notki, a bardziej czerwoną make me tonight w poprzedniej notce. Serpent kupiłam dla zabawy, bo wielką fanką zieleni nie jestem, ale potrafię stracić głowę dla tego szczególnego, butelkowego odcieniu. Trochę mnie zawiodła dlatego, że na wielu internetowych swatchach jest ciemniejsza, natomiast ja muszę nałożyć z 3 warstwy aby uzyskać pożądany kolor.
Za to bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie matowy błyszczyk (wszędzie piszą, że szminka, no ale ??? halo???) z serii velvet: black heart. Nie sądziłam, że za 16 zł dostanę w Polsce coś, co będzie godnie zastępować Lime Crime, bo zwyczajnie było mi żał używać go tylko na 30 minut, by zrobić zdjęcia na bloga, ale na potrzeby notki przetestowałam płynną szminkę Makeup Revolution również pod kątem imprez i chodziłam w niej przez kilka godzin po domu, jadłam, piłam i dopiero po pewnym czasie zaczęły pojawiać się ubytki na ustach, ale nie chodziło o typowe zmazywanie się, a raczej wykruszanie. W rzeczywistości jest trochę fioletowawa, ale na zdjęciach wygląda na czarną i to mi się bardzo podoba, gdyby mieli szerszą gamę kolorów w tej serii, z pewnością zamówiłabym więcej.
Co do eyelinera nie jestem pewna, na pewno nie można odmówić mu wodoodporności, ale przez długi czas używałam Rimmela i był zdecydowanie wygodniejszy w użyciu.

And there we are! I can't even say how much I love the lipsticks, especially the liquid one called black heart. I was looking for cheap alternative for Lime Crime and although it's a bit purple-ish, I'm extremely happy with this purchase.


I jak Wam się podobało? Mieliście już jakąś styczność z firmą Makeup Revolution? Podejrzewam, że nie znajdę osoby, która byłaby posiadaczką tych samych odcieni, ale z chęcią poczytam o Waszych wrażeniach!

piątek, 5 czerwca 2015

I'll cry until my pity party's in flames

#np Melanie Martinez - Pity party

Boże ciało spędziłam na czytaniu książki Carrola Szklana zupa, którą dostałam za niecałe 10 zł w Tesco (serio, wyprawy do Tesco zawsze kończą się miesięcznym zapasem kostek tofu i kolejną tanią książką) i w owej książce znalazł się fragment o tym, że każdemu człowiekowi do lat jedenastu przynajmniej raz śni się własna śmierć. Nie jest to optymistyczny akcent notki, ale od wczoraj zastanawiam się nad tym, bo miałam mnóstwo snów, gdzie ginęłam albo przynajmniej byłam bliska tego i to pewne, ale sny są na tyle ulotne, że zawsze pozostaną gdzieś ukryte w odmętach ludzkiej psychiki, niedostępne na zawołanie jak trywialne wspomnienia lub bezużyteczne informacje. I to wyraźnie mnie męczy, bo nie jestem w stanie sięgnąć i odnaleźć tego snu.
Powiem, że zbiór opowiadań Upiorna Dłoń wciąż pozostanie moim numerem 1, natomiast pochłonęłam tę książkę w niecałe dwa dni i czuję się nasycona tą metafizyką. Lubię dziwne książki, których nikt już nie czyta. 

A teraz przechodzę do zdjęć: Korzystając ze współpracy z Dresslink, postanowiłam zamówić sobie na osiemnastkę sukienkę, ale sama nie byłam przekona co do tego, że zdąży na czas, więc jej przyjście na dzień przed urodzinami było małą niespodzianką. Brakowało mi na tę okazję specjalnej sukienki, która reprezentowałaby tak idealnie klimat holy shitballs, the supreme! a jednocześnie nie wyglądałaby delikatnie i wydaje mi się, że trafiłam z zakupem. Jedynym moim zastrzeżeniem jest wykończenie rękawów koronką, bo w pewnych miejscach nie wygląda to zbyt estetycznie. W paczce było też kilka innych rzeczy, których premiery na blogu nie mogę się doczekać. Na razie robię pierwsze testy aparatu i biegam po ogródku babci cykając zdjęcia kwiatów, ale chyba od czegoś trzeba zacząć.


 dress - dresslink // shoes - lovelyshoes.net
.post-body img { width:1200px; height:auto; } post-body img {border:none !important ;}