środa, 5 października 2016

FIRST IMPRESSIONS ♡ Christingle, Lord of misrule, Rub rub rub

Hiiiiiii! Ostatnio w ramach lekarstwa na wszystkie smutki tego świata, kupiłam sobie na Allegro trzy nowe produkty LUSH, w tym dwa ze świątecznych kolekcji. Póki co mam mieszane uczucia, więc stwierdziłam, że podzielę się na blogu pierwszymi wrażeniami, zatem zapraszam! 

peeling pod prysznic
Pierwszą rzeczą, jaką sobie sprawiłam jest peeling do ciała Rub rub rub. Zaraz po agresywnym rozerwaniu koperty, otworzyłam go, żeby powąchać i... strasznie się rozczarowałam. Ma ciężki do sprecyzowania zapach, natomiast w żadnym wypadku nie kojarzy się z naturalnym kosmetykiem. Moim pierwszym skojarzeniem był płyn do mycia podłóg, albo coś w tym stylu. Konsystencja też nie zachwyca - zbyt lejąca, przez co nakładanie nie jest przyjemnością. Ogólnie Rub rub rub bardzo przypomina mi Ocean Salt tylko ze sztucznym zapachem chemii gospodarczej. Mówię to z wielkim bólem, ale czekam, aż skończę ten produkt.

 odżywka do ciała
Kolejnym produktem, jaki sobie sprawiłam jest odżywka do ciała Christingle. Byłam bardzo ciekawa tego kosmetyku, bo rzadko się słyszy o czymś takim (albo ja żyję w innym świecie, mhm, prawdopodobnie tak jest), ale faktycznie - nie jest to ani żel, ani krem. Etykietka zachęca do używania Christingle, podobnie jak korzysta się z odżywek do włosów, a więc nakładamy na ciało i po chwili zmywamy. Jako, że mam najmniejsze opakowanie, zdecydowałam się na używanie jej tylko na twarz, ale nie uważam, że była to najlepsza decyzja. Kiedyś powiedziałam na snapie, że Mask of magnaminty u bardziej wrażliwych osób może powodować pieczenie i łzy w oczach, ale kiedy użyłam Christingle po raz pierwszy, byłam pewna, że to dziadostwo wyżre mi skórę. Nie mówiąc o tym, że przez 2 minuty siedziałam z zamkniętymi oczami. Polecam wszystkim fanom ekstremalnych rozrywek.

krem pod prysznic

Halloween zobowiązuje, dlatego krem nosi nazwę pogańskiego Lord of Misrule. Jest to zdecydowanie jeden z moich ulubionych zapachów - na początku wyczuwa się słodką wanilię, a dopiero później ziołową  nutę. Jest to tak spójne i na tyle satysfakcjonujące, że używanie tego kremowego żelu jest przyjemnością nie tylko dla skóry, ale również dla zmysłów.
W intensywnie zielonym płynie można znaleźć mieniące się drobinki i dla mnie malutkim minusem jest to, że nie utrzymują się one na skórze i nie zapewniają blasku na resztę dnia.

8 komentarzy:

  1. Taki krem pod prysznic bym z chęcią wypróbowała.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nigdy niemialam tych kosmetyków. Pozdrawiam i zapraszam :)
    http://zakreconaaja.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Zawsze bardzo ostrożnie podchodzę do produktów LUSHa - uczulenie na niektóre oleje/olejki eteryczne czy barwniki swoje robi, jak miła pani w sklepie posmarowała mi łapkę kremem to dostałam wysypki :< No i lekkie zdziwienie, że SLeS określają jako "bezpieczny detergent"... A wszystko tak pięknie pachnie, kule do kąpieli mają fantastyczne kolory, do tego wszystko cruelty free, a ja cierpię katusze przechodząc koło sklepu, który jest obok marketu, gdzie robię zakupy spożywcze, meh. I jeszcze raz meh, bo po tej recenzji zaczęłam mieć ochotę na wypróbowanie Lord of Misrule.
    Mogę tylko cieszyć się (i nieco zazdrościć) ludziom którzy nie mają aż tak wrażliwej skóry i mogą produktów LUSHa spokojnie używać.

    Not a cool kid

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie słyszałam o tych produktach :D

    rilseee.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Szkoda, że te dwa pierwsze produkty słabo Ci się sprawdzają :/
    klaudiawmoimswiecie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Jeżeli obserwujesz mojego bloga, to dlatego, że Ci się podoba - nie uznaję obserwacji za obserwację. Regularnie natomiast odwdzięczam się za komentarze i z góry za nie dziękuję (◡‿◡✿)

.post-body img { width:1200px; height:auto; } post-body img {border:none !important ;}