piątek, 29 stycznia 2016

MONTHLY INSPIRATIONS: RED

#np Lor - death comes on foot

Kiedyś dość często dostawałam pytania dotyczące mojego moodboardu, a post z 2013 miał swoje momenty sławy, kiedy z nieznanego mi powodu wybijał się ponad nowsze notki. Swojej tablicy nie zmieniam tak szybko, bo chyba wyrzucono by mnie z domu za takie marnotrawstwo toneru, ale z każdą porą roku wieszam nowe obrazki, a na bieżąco umieszczam tam miesięczny plan/kalendarz, bilety na różne wydarzenia i serduszkowe sticky notes w kolorze irytującego różu, który zmusza do szybkiego zrealizowania przypomnienia. I chociaż wszyscy mogą przejrzeć mojego Tumblr, stwierdziłam, że raz na miesiąc będę zbierać moje ulubione obrazki w kolaż inspiracji, ale jest jedno urozmaicenie - dobrane są one kolorystycznie. Czego zresztą można spodziewać się po osobie ubierającej od stóp do głów czerń. No, nie lubię szaleństwa kolorów i tyle.

W tym miesiącu wybrałam czerwony. Bo podoba mi się sesja Kiko Mizuhary, kąpiel w kwiatach, odjazdowe przypinki, ślizganie się na krwi z Why don't we play in hell?, skany z magazynu FRUITS i kilka innych rzeczy, które chcę, żebyście zobaczyli, stąd pomysł na serię. Mam nadzieję, że będzie dla Was odrobinę przydatna, a przynajmniej dostarczy jakiegoś doznania estetycznego na krótką chwilę. Zapraszam:

piątek, 22 stycznia 2016

favourite books & mangas of 2015


Całe szczęście, że ten blog jest o wszystkim i niczym, raz można udawać, że zna się na modzie, a za drugim razem być krytykiem literackim. Internet to jednak wspaniałe miejsce na zmarnowanie swojej młodości.

Z książkowym podsumowaniem miałam mały problem: nie przeczytałam w tym roku niczego nadto rewolucyjnego. Owszem, kiedy już znalazłam trochę czasu, by położyć się w łóżku lub w wannie z jakąś lekturą, pochłaniałam je dość szybko i były to czasem naprawdę przyjemne książki, ale nie nastąpiła po nich żadna refleksja. Tak na przykład przeczytałam Ucząc psa czytać Carrola. Kiedyś wróciłam do dodanego na instagramie zdjęcia z okładką tej książki. Wpatrywałam się w nią przez chwilę, a dopiero potem przypomniałam sobie o czym ona właściwie była. Mogłabym wymienić jeszcze co najmniej kilka tytułów, które pamiętam jak przez mgłę, chociaż wiem, że dostarczyły mi rozrywki podczas czytania i powinnam je wspominać pozytywnie. Mimo wszystko wyselekcjonowałam kilka pozycji zarówno z książek, jak i z mang, które moim zdaniem warto przeczytać. Zawsze chcę przedstawić ogólny zarys fabuły, a kończę na bardzo subiektywnej ocenie, więc nie miejcie mi tego za złe. Właściwie powinniście się cieszyć, bo to mniej spoilerów dla Was.

Włóczędzy dharmy, Jack Kerouac
Z tą książką rozpoczęłam zeszłoroczne wakacje. Ostatnio również umieściłam tu jedną z jego pozycji, ale Włóczędzy dharmy są jeszcze lepsi. W dodatku, na miłość boską, to klasyka! Kiedy słyszycie nazwisko Kerouac, pierwszy tytuł, jaki powinien Wam przyjść do głowy to właśnie ten. Ciężko mi to ubrać w słowa, co prawda oświecenia przez tę książkę nie dostałam, ale naprawdę przyniosła mi jakiś wewnętrzny spokój i uważam ją za lekką, przyjemną, idealną na letnią lekturę. Buddyzm jaki się tam pojawia znacznie odbiegał od mojego wyobrażenia. Obok górskich wędrówek i pisania haiku mamy libacje alkoholowe i orgie. Żeby lepiej zrozumieć o co właściwie chodzi, trzeba trochę poczytać o ruchu beat generation, który reprezentował Kerouac. Jeśli się tego nie wie, trudno. Wciąż ma się w ręce fajną książkę, trochę szaloną, a trochę kojącą przez bogate opisy górskiego krajobrazu i samotnej wędrówki.


Kangoku Gakuen Akira Hiramoto

Niestety nie mam fizycznej kopii tej mangi, ale jeżeli kiedykolwiek ukaże się w Polsce to pójdę na kolanach do najbliższego Empiku. Zaczęłam od anime, które było całkiem fajne. Mamy szkołę z internatem do której uczęszczają głównie dziewczyny, chłopców jest pięciu. Te kilka sztuk organizuje super-tajną akcję z podglądaniem damskiej szatni/łaźni, ale zostają przyłapani i po wniosku podziemnej rady uczniowskiej (robi się ciekawie) dyrektor skazuje ich na więzienie. W większości polskich szkół nie ma papieru toaletowego, ale w Japonii, a tym bardziej w anime można mieć na terenie szkolnym mały budynek z celami, bo w sumie czemu nie? Animacja kończy się w dość głupim, acz ważnym momencie, bo odwracają się role: ci, którzy byli katami, stają się ofiarami. Manga jak się domyślacie idzie dalej, moim zdaniem wtedy dopiero nabiera tempa. Wbrew pozorom nie jest to odpowiedź na stanfordzki eksperyment więzienny, a pełna humoru i głupich scen opowieść o relacjach damsko-męskich. Oczywiście nie polecałabym kiczowatego love story, ale musicie mi zaufać, że w tym wypadku bliżej do wynaturzenia i perwersji niż pocałunków na szkolnym boisku. Właściwie ta manga jest tak wielowątkowa, że trudno ją opisać jednym hasłem. Jedynym minusem, jaki może razić w oczy jest zamiłowanie autora do kobiecego ciała, opinające majteczki, prześwitujące staniki czy w ogóle roznegliżowane postacie mogą odstraszyć niektórych czytelników. Na powyższym obrazku widzimy ucznia, który musi udawać dupomaniaka (ukłon w stronę polskich tłumaczy), aby przypodobać się dyrektorowi (dupomaniak #1) i nie wylecieć ze szkoły.



Goth scenariusz: Otsuichi, rysunki: Kendi Oiwa
To musiało być przeznaczenie, jeśli zupełnie przypadkowo natrafiłam na jedną z najlepszych mang, jakie miałam w ręce. Brakowało mi trochę do darmowej wysyłki, więc wrzuciłam Goth do koszyka, zachęcona estetyczną okładką i lapidarnym opisem na stronie. Manga jest opowiada historię dwojga nastolatków, zafascynowanych śmiercią, śledzących poczynania morderców i cieszących się widokiem rozkładającego ciała w lesie. To jedna z tych opowieści, gdzie człowiek wyłącza logiczne myślenie i przestaje się zastanawiać, jak wiele skrajnie niedorzecznych i dziwnych wydarzeń może spotkać dwie osoby (nauczyciel - seryjny zabójca, próba pogrzebania żywcem, porwanie, odnajdywanie denatów, mroczne sekrety z dzieciństwa). Wypowiedzi bohaterów czasami kojarzą się z czarno-białymi blogami smutnych nastolatek, ale zazwyczaj są ciekawe, pokazują znieczulenie i wyrachowanie dwójki licealistów dla których śmierć spowszedniała. Prym wiedzie bezimienny chłopak, który na zakończenie proponuje koleżance swoje usługi, gdyby jeszcze kiedyś zapragnęła umrzeć. Hashtag squad goals.

Biała gejsza Chelsea Haywood
Poniekąd jest to dalsza przygoda po ciemnych ulicach Roppongi, o których można przeczytać w reportażu "ludzie, którzy jedzą ciemność" opowiadającym przebieg śledztwa po zaginięciu brytyjskiej hostessy. Uplasowałam go w zeszłym roku jako jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam i nic tej pozycji na razie nie zagraża, jednak książka Chelsea Haywood, modelki, która porzuciła pracę i wraz z mężem ruszyła do Tokio, aby napisać, czym jest praca hostessy. Poznajemy oczywiście wachlarz świrów, którzy płacą obrzydliwe sumy za możliwość pogadania i zjedzenia obiadu z cudzoziemką, godziny pracy i ilości alkoholu katujące organizm kobiety, czyli jak wyglądało życie zamordowanej Lucy Hale. Myślę, że książka zasługuje na duże uznanie przez wytrwałość autorki, o mały włos niepochłoniętej przez mrok dzielnicy czerwonych latarni. Wystawiła swoje małżeństwo i samą siebie na próbę, ale świat dostał wiarygodne źródło wiedzy o tej specyficznej profesji, jaką jest japońska hostessa.

Souichi i jego głupie klątwy, Junji Ito
Byłam w rozterce, czy napisać o Tomie czy może o Souichim, ale ta pierwsza bohaterka jest większości fanów horroru dobrze znana, a ten drugi zdaje się mniej. Kolejnego tomu z kolekcji Junjiego Ito wyczekiwałam od dawna, bo premiera cały czas się przesuwała, ale na szczęście paczka dotarła do mnie w połowie grudnia i mangę pochłonęłam w pierwszy wolny weekend. Nie jest to może najwybitniejsze dzieło Ito, ale jest w tym rankingu ze względu na to, za co kocham jego mangi - kreska i klimat. Historie zawarte w tomie były owszem dziwne, ale nie całkowicie absurdalne, co trochę mnie zasmuciło .Owszem, wszakże mamy biegające kukły, które wysysają dusze prawdziwych ludzi, ale przypomnijmy, że Junji Ito jest też autorem opowiadania o kupie. Za bohatera tej mangi dostajemy młodziaka imieniem Souichi, który wmawia rówieśnikom, że ssie gwoździe przez niedobór żelaza, znika na noc, by przybijać kukły w lasku cyprysowym i o dziwo, jego klątwy się sprawdzają. Przeważnie.

W Japonii czyli w domu Rebecca Otowa
Uwielbiam poznawać różnice kulturalne między Japonią, a Europą, a nic nie obrazuje tego lepiej niż książki pisane przez obcokrajowców, czyli gaijnów. Oczywiście nie mam na myśli zupełnych laików, którzy są po raz pierwszy w Japonii i szukają automatów z używaną bielizną licealistek, ale ludzi, którzy mają pojęcie, dlaczego niektóre rzeczy wyglądają tak, a nie inaczej. Ludzi, którzy już wrośli w kulturę Japonii. Książka napisana przez Amerykankę, która poślubiła Japończyka i słoneczną Kalifornię dla japońskiej prowincji musiała mi się spodobać. Patriarchalne społeczeństwo kraju kwitnącej wiśni wymaga, aby zamężna kobieta całkowicie poświęciła się domowi i wychowaniu dzieciom. Rebecca zwraca uwagę na różnice kulturowe, ale nie ocenia, co jest lepszym, a co gorszym rozwiązaniem. Czasem można się naprawdę zdziwić, że tradycje japońskich wsi kultywowane są do dzisiaj, jak na przykład ta, ustalająca hierarchię kąpieli w domu. Inna kiedy są goście, inna dla stałych domowników. W tej całej książce jednak najciekawsza jest dla mnie rola kobiety w japońskim domu.

piątek, 15 stycznia 2016

We’re born to win


#np Girls' Generation - The Boys

Przez cały tydzień nie miałam czasu usiąść przy laptopie, więc teraz, w czwartkowy wieczór, kiedy tak naprawdę powinnam robić inne rzeczy, muszę przez chwilę poudawać, że mam coś do napisania. W tym wypadku wszystko byłoby ciekawsze niż kolejna porcja narzekania na klasę maturalną, ale ostatnio całkiem przypadkowo odkryłam lekarstwo na moje problemy ze snem. Co prawda, nie jest to żadna insomnia, ale ileż można przewracać się na łóżku, patrzeć w sufit, przykręcać i podkręcać grzejnik, aż w końcu nerwowo sprawdzam na telefonie ile czasu pozostało mi do pobudki. Tydzień zapędziłam się na makijażową część youtube'a i w propozycjach wyskoczył niejaki Tony Bomboni. W sumie nie wiem, czemu zainteresowałam się tytułem sugerujący, że ktoś będzie malował mnie wirtualnie, ale jak już powiedziałam, to była szalona noc, skoro oglądałam filmiki z kosmetykami. Pierwsze 2 minuty były dla mnie dość komiczne, bo przyglądałam się zdziwiona gościowi, który machał pędzelkiem przed kamerą, ale chwilę później poczułam się zrelaksowana. I tak jak powiedziałam niedawno na snapchacie, to było dla mnie wręcz duchowe przeżycie. Położyłam telefon ekranem w dół i czułam jak moja dusza odrywa się od ciała przy szeleście włosia i przyciszonym głosie Tony'ego, który chwalił moją cerę. Zdaję sobie sprawę z tego, jak groteskowo to musi brzmieć, ale od tego czasu codziennie przed snem słucham filmików ASMR.

Nie jestem specjalistką, więc moje tłumaczenie będzie bardzo uproszczone. Zainteresowanych tych tematem odsyłam do wyszukiwarki. A więc: ASMR to nic innego jak przyjemne mrowienie w głowie, kiedy ktoś bawi się Waszymi włosami. Albo kiedy kosmetyczka nakłada hennę na brwi. Albo jak już wspomniałam, ktoś robi Wam makijaż. Cokolwiek. Ilu ludzi, tyle ASMR triggers, czyli bodźców, które dają orgazm mózgu. Na youtubie tych filmików jest od groma, dlatego każdy może znaleźć coś dla siebie. Wiele osób prowadzących mnie denerwuje, więc staram się szukać tych, gdzie jest jak najwięcej dźwięków, a jak mniej mówienia. Aczkolwiek Tony i SoftAnnaPL mają przyjemne głosy i lubię ich słuchać. Ostatnio też wpadłam na Dmitriego, który prowadzi całą serię niemych filmików, gdzie szeleści papierkami lub stuka w tekturę naśladując odgłosy deszczu.

Jeśli też chcecie zasypiać w ciągu 30 minut albo potrzebujecie chwili relaksu w ciągu dnia, koniecznie zagłębcie się w świat ASMR. Brzmi to trochę jak czarna magia, ale w tej chwili to ja Was ocyganiłam moją zdolnością wynajdywania przedziwnych tematów, a wcale nie takich bezwartościowych, prawda? W następnej notce poradnik "jak nie mieć pomysłu na post, a i tak napisać dłuższy niż na większości blogów polskich nastolatek".



dress: CNDirect // backack: LAMODA // shoes: EBAY // hat - CHOIES

piątek, 8 stycznia 2016

I know you always lead me to another Eden


Czarne sukienki są na tyle uniwersalne, że nie ważne, czy idziesz świętować sukces, czy może grzebiesz trzeciego męża (albo jedno i drugie?), nadadzą się świetnie na każdą okazję. Ostatnio brakowało mi czegoś takiego w szafie, szczególnie po mojej fali miłości do golfów. Gdyby nie to, że spędziłam sylwestra na oglądaniu Higashi no Eden, pewnie wstrzeliłabym się w coś takiego na sylwestra. Stety niestety wkroczyłam w nowy rok rozbita emocjonalnie przez tę serię, którą chciałabym wszystkim polecić, ale z drugiej strony nie wiem, czy życzyłabym komukolwiek przejścia przez taki wir uczuć. Równie dobrze można wbić sobie tępy nóż w serce. Kilka razy. Z tego powodu nawet cieszę się na powrót do szkoły, bo znowu będę musiała podporządkować się realnym problemom.

We wtorek przeżyłam również własną studniówkę i w tej chwili chciałam zwrócić się do wszystkich osób, które odradzały sukienkę z długim rękawem - gdybym Was posłuchała, nigdy nie wróciłabym stamtąd żywa. Z drugiej strony mam za dużo postów do dodania, więc nawet gdybym wyskoczyła z ramiączkami i gołymi pleckami, wróciłabym jako Hone-onna.
Nie wiem właściwie, jak powinnam podsumować tę imprezę. Nie żałuję, że tam byłam, ale też gdybym nie poszła, wcale nie byłoby mi źle.


dress: CNdirect // furry clutch - allegro.pl // rings - H&M + CNdirect //shoes - ebay


środa, 6 stycznia 2016

COLLEGE CONFIDENTIAL / BANGGOOD.COM


#np Oasis - Falling down

Teraz można powiedzieć, że spóźniłam się o rok z pokazaniem tego edytorialu i pewnie przynajmniej kilka osób widziało go już we wrześniu, bo wtedy ukazał się w Jalouse. Ostatnio rzucono mi kolejne wyzwanie, żeby zrobić wishlistę, tym razem ze sklepu Banggood.com, więc zaczęłam szukać inspiracji, żeby pokazać to w nieco ciekawszej formie niż zdjęcie, link i prośba o spełnienie mojego marzenia, żeby dostać za darmo kawałek materiału. Zaczęłam przeglądać starsze inspiracje, które zapisałam sobie w ulubionych i odkopałam College confidential. Szkolna estetyka nigdy nie wychodzi z mody, krata, torebki-teczki, oskfordki, berety to ponadczasowe elementy, które warto mieć w swojej garderobie i od czasu do czasu przebrać się za dziewczynę w pierwszym dniu college'u. Przynajmniej tak sądzę od zeszłego roku, gdy dostałam beret na święta i z początku nie widziałam go na sobie, nawet nie wiedziałam pod jakim kątem go przekrzywić, ale wszystko przychodzi naturalnie. Albo od czasu, gdy zobaczyłam w lumpie czarne bolerko z satynową wstążką i odruchowo wrzuciłam je do koszyka, bo przecież już dawno wyrosłam z takich ubrań. Lubię ten edytorial ze Stellą Lucią, bo mimo ciemnych kolorów i dość ciężkich ubrań wydaje mi się niesamowicie dziewczyński, jest w nim coś hipnotyzującego. 

Dlatego dziś, skromna wishlista w stylu "jak wyglądać na dobrego ucznia, nawet jeśli się takim nie jest". Wszystkie ubrania są podlinkowane.




Now we can say I'm a year late posting the College Confidential editorial featuring Stella Lucia for Jalous but I was asked to do another wishlist. This time from Banggood.com. I started to scroll down old inspirations and found this one. So today I'm presenting school aesthetic inspired collage. Don't forget to click the links and check the clothes on their site!

Also check some other goods from their store:

College Confidential
Jalouse September 2015
Photographer: Piczo
Stylist: Marie Gibert
Model: Stella Lucia

piątek, 1 stycznia 2016

TO 2016 MAY IT NOT TOTALLY FUCK US IN THE ASS


"Listen to me, your body is not a temple. Temples can be destroyed and desecrated. Your body is a forest—thick canopies of maple trees and sweet scented wildflowers sprouting in the under wood. You will grow back, over and over, no matter how badly you are devastated.
Beau Taplin

Nie umiem się cieszyć sylwestrem. Noc 31 grudnia nieprzerwanie od kilku lat wyciąga ze mnie wszystkie negatywne emocje, a to dlatego, że nie lubię momentu przejścia z jednego etapu do drugiego. Nie jestem naiwna, żeby wierzyć, że za kilka godzin moje życie diametralnie się zmieni, ale jest to dzień, kiedy włącza mi się funkcja bogatego życia wewnętrznego i bierze mnie na różne przemyślenia, które normalnie zbywam. Pół biedy, gdybym rozmyślała nad ubiegłym rokiem, bo czasu nie cofnę i z przeszłością trzeba sobie podać rękę, ale myślę o tym, co mnie dopiero czeka, a to wzbudza lęk. Wiem, że 2016 będzie dla mnie bardzo ważny, przyniesie zmiany o które nie proszę, ale na które muszę się psychicznie przygotować, żeby móc stawić im czoła.

Wróćmy jeszcze do 2015. Myślę, że był to całkiem udany rok, który w gruncie rzeczy wiele mnie nauczył. Mam kilka rzeczy za które mogę być wdzięczna i to jest chyba największy przełom, bo każdy dotychczasowy rok był dla mnie mrugnięciem oka, nie potrafiłam wyodrębnić z niego poszczególnych lekcji. Jednak pisanie na blogu i robienie takich podsumowań ma sens, bo gdyby nie to, pewnie nigdy nie analizowałabym miesiąca po miesiącu, a co za tym stoi - nie dostrzegłabym realnych zmian. W ostatniej recenzji roku napisałam, że chcę odrzucić z diety mleko, jaja i ryby. Wyrzuciłam wszystkie produkty odzwierzęce i przeszłam na weganizm, co chyba mogę uznać za jedną z najlepszych decyzji w życiu. Staram się nie należeć do wege-terrorystów i nie stawiam siebie wyżej niż osoby jedzące mięso, ale lubię się tym chwalić, bo jest to dla mnie powód do dumy. Z tej racji mogliście na snapchacie obserwować serię cooking with spierdox (copyrights 2016 carelen dull), gdzie uczyłam się na przykład gotować makaron. Nigdy wcześniej nie bywałam w kuchni, więc stwierdziłam, że zrobię z tego show.

W lutym wzięłam udział w konkursie na Bloga Roku, trochę serio, trochę dla żartów. Zawsze miło jest coś wygrać, ale miałam wtedy nieco ponad 600 obserwatorów i nie sądziłam, że ktokolwiek na mnie w ogóle zagłosuje. Z ciekawości, kto prowadzi, wchodzę na stronę po pierwszej aktualizacji rankingu, a tu bach, Carolyn Dolly na pierwszej stronie??? Poprosiłam o screeny osób, które wysłały smsa do jakiegoś skromnego kolażu, ale zaczęłam dostawać ich dziesiątki, w pierwszych dwóch dniach napływały naprawdę masowo. Może nie pojechałam do Warszawy i nie podziękowałam nie tylko Bogu, ale również Jezusowi cytując klasyka, ale widziałam blogi, które były w tym samym rankingu i byłam pod wrażeniem, ile osób może czytać coś tak niezręcznego i nieprofesjonalnego jak mój blog. A jednak czytają, więc i ja muszę się starać bardziej.
W międzyczasie zaczęłam dostawać listy od czytelników, które zawsze roztapiały moje serce. Wracałam ze szkoły, a w domu czekała na mnie mała paczuszka albo kolorowa koperta, niezależnie od wielkości, wszystkie przesyłki zawierały tonę ciepłych słów i dwie tony motywacji.

Marzec to przede wszystkim giełda minerałów na którą czekałam 3 miesiące i home stay. O moim nocowaniu Japonek możecie przeczytać długi post tutaj. Było to naprawdę ciekawe doświadczenie, niestety kontakt z dziewczynami urwał się zaraz po ich wyjeździe, więc pozostały mi tylko wspomnienia i opakowania po słodyczach, które wrzuciłam do pudła z pamiątkami.

Kwiecień chyba przespałam, aczkolwiek z tego, co mówi archiwum bloga miałam próby na zakończenie maturzystów. Musiałam to wyprzeć z pamięci, nie powiem o tym nic więcej. O, wiem, robiłam pierwszą wegańską wielkanoc w kwietniu, więc piekłam pasztet, babkę, ciasto marchewkowe, zrobiłam nawet pastę bezjajeczną (którą kocham duuuh) i malowałam styropianowe jajka, słowem: szaleństwo.

W maju skończyłam 18 lat, co jest fajne i niefajne jednocześnie, ale nad moją młodością dzisiaj nie płaczemy. W końcu dostałam aparat! To wielki moment w historii bloga, bo w końcu mogłam się usamodzielnić i robić zdjęcia, kiedy tylko chcę i czemu chcę, nie musiałam nikogo prosić i umawiać się na godziny. Agnieszka kc i wiesz, jak mi bardzo pomagasz, ale własny aparat daje tyle możliwości, a zarazem władzy nad swoim blogiem! Poza tym stałam się naczelnym fotografem rodziny i tyle mnie widziano na zdjęciach, so hello from the other side. Oprócz tego pojechałyśmy z Agnieszką na wycieczkę do Warszawy, 5 godzin w autobusie, żeby chwilę pospacerować i zjeść słynne burgery w Krowarzywa, ale i takie rzeczy trzeba robić w życiu, prawda?
Również w maju zostałam ambasadorką akcji DKMS, o której przeczytacie tutaj. Byłam dumna, że mogę przez bloga promować walkę z białaczką. Jeśli mnie trochę czytacie, wiecie, że celuję wyżej niż bycie mało rozgarniętą szafiarką, dlatego ważne jest dla mnie, by ludzie widzieli w tym blogu coś więcej niż zdjęcia. Tak chyba jest, skoro zaraz w czerwcu dostałam propozycję zrecenzowania książki. KSIĄŻKI! Ktoś naprawdę liczy się z moją opinią na temat książki? Widocznie tak, bo w konkursie, gdzie do wygrania były dwie wzięło udział sporo osób (chciałam dla patosu napisać dokładną liczbę, ale Rafflecopter nie chce mi się uruchomić, więc no...)

W lipcu zrobiłam coś, co chciałam zrobić od dawna, a mianowicie złamałam klątwę fioletowych włosów i postawiłam na zielone. Jakoś tak nigdy nie byłam przekonana co do tego, jak będę w nich wyglądać, a okazało się, że całkiem dobrze i z chęcią wróciłabym do tego koloru. Ponadto zaliczyłam kolejne miasto, bo pojechałam na wycieczkę do Krakowa. Tym razem na 2 dni, bo miałam nocleg po znajomości (sugestywny ruch brwi). W sierpniu jedynie kontynuowałam wycieczki, tym razem rodzinnie, w Bratysławie i Wiedniu. Wszystko oczywiście jest udokumentowane i znajdziecie pod tagiem photo diary.

We wrześniu czas wracać do szkoły i mniej-więcej od tego czasu zaczęłam oszukiwać samą siebie, że przygotowuję się do matury, ale do dnia dzisiejszego zrobiłam tyle, co kot napłakał i można zamawiać msze w intencji mojego egzaminu. Przez to wrzesień i 3/4 października to jakiś somnambuliczny taniec. Budzę się dopiero w okolicach halloween, bo to mój czas w roku, dlatego cieszę się, że mogłam spędzić go w klimatycznym zamku w Mosznej. Listopad to miesiąc, kiedy w końcu opublikowałam zapowiadany chyba od 10 lat room tour, który został odebrany bardzo pozytywnie i wciąż pozostaje jednym z popularniejszych postów na blogu. Morał z tego taki, że trzeba dostosowywać się do potrzeb odbiorców.

Pozostaje tylko wspomnieć o grudniu, w którym dalej siedzę pisząc ten post. Właściwie to albo byłam zajęta przygotowaniami do świąt i akcją umyj okna dla Jezusa, albo uwijałam się przed końcem semestru, ale poza tym wydarzyło się coś bardzo ważnego dla mnie i tego całego bycia na blogu. A mianowicie - zarobiłam swoje pierwsze pieniądze na blogu! Chwalę się, a i owszem, bo kiedy mówisz komuś o blogu jako o swojej pasji, zaraz dostajesz pytanie: co z tego masz? No i przez cały czas trochę z żalem mówiłam, że tylko satysfakcję i jakieś chińskie ubrania, a tu proszę, teraz mogę mówić o robieniu prawdziwych interesów. Tylko żartuję, raz się trafiło ślepej kurze ziarno.

Jeśli chodzi o moje postanowienia, tym razem ich nie mam. Nie wiem, nawet się nad nimi nie zastanawiałam. Jeśli miałabym z marszu coś wymienić to: zdanie matury, dostanie się na jakieś sensowne studia (i żeby to nie wyglądało jak bieganie nago po akademiku w the sims 2) , zgłębienie tajników makijażu, więcej mówienia do kamery, więcej książek, więcej filmów, regularne prowadzenie dziennika, częstsze zmiany mood boardów, zielona herbata co najmniej 2 razy dziennie, wypróbowanie nowych wegańskich przepisów, uzupełnianie na bieżąco kalendarza, dziwny kolor włosów, zrealizowanie drogiego ubraniowego życzenia, last but not least: dożyć koncertu Justina Biebera w Krakowie.

Żeby nie było tak egocentrycznie, muszę dorzucić jakieś życzonka noworoczne, bo tak trzeba. Trochę nad tym myślałam, ale właściwie nic twórczego nie przychodziło mi do głowy. Ostatnio oglądałam jakiś dokument podróżniczy. Pokazywano Kambodżę i naiwnych turystów, którzy płacili za wypuszczenie ptaków z klatki. Miał być to buddyjski rytuał symbolizujący oczyszczenie z grzechów. Klienci odchodzili zadowoleni, może było im nawet lżej na duszy. Tymczasem ptaki miały połamane skrzydła, odlatywały tylko na kilkanaście kroków, żeby zaraz wrócić do klatki. Nie chcę, żebyś Ty, drogi czytelniku był jakąkolwiek stroną tego procederu. Nie ptakiem, który nie potrafi wyrwać się od tego, co go ogranicza, bo wiem, że możesz naprawdę dużo, jeśli pokonasz kilka trudności. Nie naiwnym klientem, który przyjmuje bez refleksji wszystko, co dają mu ludzie, w rezultacie nieświadomie płaci za czyjeś cierpienie. Jeśli już jesteś pionkiem, sam zadecyduj o swojej pozycji. Na samym końcu proszę Cię, bo trudno to nazwać życzeniem, byś nigdy nie wzbogacił się na czyimś cierpieniu, pewnego dnia zapłacisz cenę dwa razy większą.

Pisała dla Was Carolyn Dolly, spóźnione dziecko beat generation. Szczęśliwego nowego roku!



.post-body img { width:1200px; height:auto; } post-body img {border:none !important ;}