piątek, 26 lutego 2016

what's the point in being young?

#np Cruel Youth - Mr. Watson

Moje ferie niestety zmierzają ku końcowi, ale ileż można leżeć w domu i przewalać się z kąta w kat udając jakieś przygotowania do szkoły? Dlatego nawet cieszę się z ich końca, bo nareszcie porządnie zajmę się nauką, Aczkolwiek leżenie w łóżku i czytanie zbioru niemieckojęzycznych opowiadań grozy i fantastyki będzie miłym wspomnieniem tegorocznych ferii. Oprócz tego skończyłam jeszcze jedną książkę - Sto lat samotności, byłam w Krakowie (zaraz gdy dowiedziałam się, że burgerem tygodnia jest japonex), próbowałam uzyskać włosy sułtanki Hurrem (rudą trzeba się chyba urodzić), zrobiłam kilka zdjęć na bloga, wybrałam się na lumpeksowy shopping i ogólnie rzecz umując, troszeczkę odetchnęłam. Przede mną naprawdę intensywne miesiące, ale myślę o perspektywie najdłuższych wakacji w życiu i jest mi odrobinę lżej na duszy.

Tymczasem zostawiam Was ze zdjęciami, których Agnieszka nie miała na aparacie, ani na komputerze, ja sama nie pamiętałam, kiedy je robiliśmy, bo było to wieki temu i okazało się, że jeszcze wcześniej niż pakowałam prezenty na Boże Narodzenie, więc outfit już troszkę przeleżał w wersjach roboczych, ale mam nadzieję, że zostanie doceniony, a przynajmniej te ładne/dziwne kolory, które jakoś przypadkowo wyszły przy kolejnym niesprzyjającym świetle.

jacket - H&M/vinted // pants - American Apparel // turtleneck sweater - thrifted // shoes - Dr Martens // hat - choies




środa, 24 lutego 2016

FAVOURITE RUNWAY LOOKS: SS&FW 2016

Lenistwo związane z feriami mocno mi się udzieliło, dlatego znalazłam nawet czas na przejrzenie zdjęć z Fashion Weeku, szczególnie, że ostatnio wyszło kilka ciekawych kolekcji, które do tej pory migają mi na Tumblr. Skoro już siedzę w domu, a tak zapowiadałam się ze zwiększoną aktywnością podczas przerwy zimowej - there you go, post z moimi ulubionymi kolekcjami na 2016. Dajcie znać, co najbardziej przykuło Waszą uwagę, a jeśli macie jakichś swoich innych faworytów, chętnie o nich poczytam i przejrzę! Od siebie mogę dodać jeszcze, że bardzo chciałam uwzględnić tutaj kolekcję Olympii Le Tan z cekinowymi bluzkami z nadrukiem imitującym odsłoniętą pierś, ale czas biegnie tak szybko, że nawet nie zorientowałam się, że była to kolekcja na jesień 2015, więc nie chciałam już naginać tematyki tej notki, ale w wolnej chwili polecam zobaczyć! 

MARC JACOBS fall 2016 RTW
Czy muszę wyjaśniać, dlaczego kocham tę kolekcję? Stylizacje niczym czarna wdowa, kokardy pod szyją, cekinowe zdobienia, długie płaszcze, platformy, ale co jest dla mnie najważniejsze - genialny makijaż. Krytykowany przez wiele osób, widziałam nawet śmieszne komentarze "rozumiem sztukę, ale to jest brzydkie". Dla mnie jest świetny, czarne panda eyes wyglądają trochę jak mój niedomyty eyeliner w którym chodzę po domu, uwielbiam też czarny cień pod oczami i strzeliste kreski, rozjaśnione brwi i falowane włosy.

MIU MIU SS 2016 RTW
Kolekcja trochę odbiega czasowo, bo był to pokazań na wiosnę/lato, a więc wyszedł już dawno i publikowałam go nawet na fanpage'u, ale spodobał mi się tak bardzo, że nie mogłam go pominąć w zestawieniu ulubieńców na 2016, bo jest niesamowicie cudaczna. Kilka niespójnych ze sobą warstw wygląda jak dziecięce przebieranki, co nawet potwierdza się w plastikowych koronach. Modelka w środku trochę sprawia, że żałuję sprzedaży mojej pół-przezroczystej sukienki, którą kiedyś podpatrzyłam na Harajuku i zapragnęłam mieć. No nic, w takim razie muszę zdać się na przypadkowe ubrania z szafy.

Alexander Wang fall 2016 RTW
Wang przyznał, że jego klienci skłonni są do kupowania czarnych ubrań, więc zrobił taką, a nie inną kolekcję. Ale powiedzmy sobie szczerze: czy ktoś kojarzy go z innym kolorem niż czerń? Gdzieś przeczytałam, że inspiracją dla kolekcji były japońskie gothic lolity, nie szłabym tak daleko, ale kocham wszystkie ciężkie zdobienia, zaczynając od obroży (mam podobne!), a kończąc na błyszczących butach.

Adam Selman Fall 2016
Kolejna kolekcja, która wpadła mi w oko przeglądając slajdy z fashion weeku. Szczególnie moją uwagę zwrócił sweter na drugiej modelce, bo wygląda trochę jak te lśniące łańcuchy wieszane na choince, chociaż u mnie nigdy go nie było, bo mama uważała, że jest kiczowaty. Zatem wymieniała kiczowaty łańcuch na inne kiczowate ozdoby, a mnie się on podoba, bo nawet najbardziej licha choinka wydaje się bardziej "pełna". Moje smutne święta mogą być powodem miłości ubrań Selmana.


MCQ ALEXANDER MCQUEEN FALL 2016 RTW
Spojrzałam na ten lookbook i od razu pomyślałam o College confidentional. Kołnierzyki, marynarki i białe kozaki dają grzeczny, sterylny strój, czyli coś, co kocham. No, od czasu do czasu, ale w kolekcji przewijają się też koszulki z nadrukami i ciężkie płaszcze. Co prawda są to tylko przebłyski na tle całego lookbooka, jakby próba buntu przeciwko byciu wciskanym w golfy i koszule, ale całość zdecydowanie do mnie przemawia.

Olympia Le-Tan SS 2016
We wstępie napisałam, że przegapiłam moment na publikację zeszłorocznej, bajkowej kolekcji, ale w tej również odnalazłam coś ciekawego i chyba nie trzeba mówić czemu, taki geek kultury japońskiej jak ja, nie mógł przejść obok niej obojętnie. Marchewkowe rajstopy średnio do mnie przemawiają i sam się w nich nie widzę, ale wyglądają genialnie przy równie jaskrawym makijażu i kokardkach. Gdzieś tam dotarłam do informacji, że kolekcja została stworzona ku pamięci hotelu Okura, który w tamtym roku został zamknięty (a przynajmniej przeznaczony do przebudowania). Budynek powstał na potrzeby olimpiady odbywającej się w Tokio w 1964 i był wizytówką nowoczesnej architektury Japonii. Stanowił ulubione miejsce pobytu wielu artystów i celebrytów, w 2009 r. zatrzymał się tam Barack Obama. Obecny hotel mają zastąpić 2 wieżowce z ponad 500 pokojami. Olympia Le-Tan przyłączyła się do artystycznego strajku, stąd  w jej kolekcji widać inspiracje kimonami, gejszami i japońską sztuką wiązania, kinbaku. 


piątek, 19 lutego 2016

LUSH: CUPCAKE & HERBALISM REVIEW



Nigdy nie śmiałabym powiedzieć złego słowa na produkty z LUSH, więc za każdym razem, gdy publikuję je na blogu, jest to raczej informacja, a nie recenzja, bo trzeba o tych kosmetykach wspominać. Mamy 2016 i chociaż o otwarciu ich sklepu mówi się już co najmniej 3 lata, polskiego LUSHa ani widu, ani słychu. A szkoda, mogłabym nawet pielgrzymować do Warszawy, żeby ich odwiedzić. Tymczasem oglądam sobie te wszystkie cuda w internecie i pęka mi serce, bo jeśli już można kupić w Polsce ich produkty po przystępnej cenie, jest to bardzo wąska oferta. Dlatego prawdopodobnie nigdy nie zobaczycie na moim blogu żadnego LUSH haul (no chyba, że jeszcze za mojego życia otworzą placówkę w stolycy), ale dzisiaj, moi drodzy, chciałabym zapoznać Was z dwoma produktami, które lubię i szanuję.




Znalazłam na britishop.pl kilka produktów z LUSHa, oferta jest bardzo wąska, ale chciałam wypróbować czegoś nowego, więc przemyślenie zakupu zajęło mi tylko 5 minut i już spływały mi łzy po policzkach, kiedy składałam zamówienie i z mojego konta zeszło 65 zł. Cena jest naprawdę tragiczna jak za tak malutkie pudełeczko, dodatkowo trzeba wziąć pod uwagę to, że jest to produkt świeższy od świeżych i należy go przechowywać w lodówce oraz zużyć przed krótką datą ważności, dlatego schodzi (albo powinien schodzić) dość szybko. W opakowaniu zalega gęsta maź o której mogłabym napisać dużo, ale na pewno nie pachnie dla mnie czekoladą. Trudno mi powiedzieć, czy tak powinno być, a może leżała gdzieś za długo w nieodpowiednich warunkach, natomiast zapach zdaje się być niezbyt przyjemny. Nakładam go szybko na twarz i dopiero wtedy moje nozdrza mogą przywyknąć i rozróżnić słodsze nuty zapachowe. W maseczce można wyróżnić pewne drobinki i albo jestem idealistką, albo zwyczajnie idiotką, ale pomyślałam, że mogą to rozdrobnione orzechy, skoro maseczka nazywa się cupcake. Jednak studiowanie składu wykazało, że nie ma takiej możliwości i najprawdopodobniej są to ziarna lnu. Nie wpływają na jakość nakładania maseczki. Oprócz tego w składzie zawiera się marokańska glinka, wanilia, masło kakaowe i puder kakaowy oraz kilka olejków. 
W moim wypadku wszystkie obietnice z naklejki na opakowaniu zostały spełnione: skóra uspokoiła się, maseczka wyczyściła kilka dziwnych przypadków, które ostatnio wyskoczyły na mojej twarzy. Tu chciałam zakończyć swoją skromną recenzję, ale od pewnego czasu wróciłam do pełnego makijażu, czyli w moim wypadku nakładania podkładu, korektora i pudru na twarz, przy mojej tłustej cerze wszystko ściekało po kilku godzinach. Po miesięcznym, regularnym stosowaniu tej maseczki widzę, że skóra jest wyraźnie mniej tłusta i łatwiej mi zachować matowy efekt w makijażu. Za to wielki plus, bo mam kilka kremów/peelingów, które deklarują pomoc przy tego typu cerze, ale nigdy żadnej zmiany nie dostrzegłam.


Przyjechałam do Wiednia specjalnie po Oatifix, a pani mi mówi, że nie ma, ale niedługo będzie, bo koleżanka robi na zapleczu. Swoją drogą, to zawsze myślałam, że oni mają jakieś hale, gdzie to wyrabiają i potem przywożą do sklepów na mieście, ale jak się okazuje, cała magia odbywa się na tyłach. No i co ma zrobić biedna Polka, kiedy ekspedientka każe jej czekać 10 minut, a na zewnątrz stoi jej cała rodzina i czeka, aż w końcu coś kupi, bo przecież przyjechała do Wiednia tylko na zakupy w LUSHu. Przy takim obrocie spraw musiałam zdecydować się na rozmowę z ekspedientką, która do oczyszczenia twarzy poleciła mi herbalism. Nazwa fajna, więc biorę. Pasty z LUSH są przyjemne tylko na buzi, wszystkie inne etapy wiążące się z ich użyciem są upierdliwe. Na samym początku trzeba odpowiednio dobrać proporcje pasta-woda, inaczej nie uzyskamy odpowiedniej konsystencji i będziemy się męczyć dodatkowo. Na szczęście nauczyłam się tego przy Dark Angels. Tak samo jak nauczyłam się mycia całej umywalki po spłukaniu pasty z twarzy, aczkolwiek plus dla herbalism, bo nie robi tak okropnego syfu jak pasta z węgla. Ma dziwny zapach, nie potrafię go opisać, ale czytałam kilka opinii i zazwyczaj jest on krytykowany, u mnie nie wzbudził silniejszych uczuć, nie zachwyca, nie przeszkadza. Po nałożeniu z zewnątrz wygląda się jak shrek/wybranka shreka, ale w środku - w środku człowiek czuje się jak leśna nimfa albo co najmniej czarownica-zielarka, która odłączyła się od społeczeństwa na rzecz własnego ogródka i domowych sosów pomidorowych. Delikatnie oczyszcza twarz, ale z naciskiem na delikatnie. Przy większych problemach ze skórą poleciłabym dark angels. Herbalism zaś odświeża, wygładza. Stosuję tę pastę rano, żeby "obudzić" skórę i zapewnić matową bazę pod kosmetyki. Ponownie, dla cery ze skłonnością do przetłuszczania - polecam!

piątek, 12 lutego 2016

PHOTO DIARY: ETEGAMI

Ze względu na  maturę (ehhh) w tym roku zrezygnowałam z zajęć języka japońskiego, ale wciąż jestem na bieżąco z comiesięcznymi zajęciami z kultury w ramach cyklu Bunka. Na 6 lutego zapowiedziano warsztaty z etegami, plakat był zachęcający, chociaż miałam mgliste pojęcie, co właściwie będę robić na takich warsztatach. Musiałam się douczyć poprzez wyszukiwarkę internetową i właściwie wydawało mi się, że już kiedyś widziałam obrazki wykonane w tym stylu, ale byłam zaskoczona różnorodnością tematyczną i ich wykonaniem. Etegami (e - obrazek, tegami - wiadomość/list) to małe obrazki opatrzone krótkim hasłem, najczęściej nanoszone od razu na pocztówkę, aby można było je łatwo wysłać do znajomego. Oczywiście ma być to prezent wyrażający uczucia, podobno nawet jeśli ma się wprawę i robi dobre ilustracje, wypada gdzieś przypadkowo maznąć tuszem, żeby kartka była bardziej niezdarna i bardziej od serca. Wykonanie kartki zaczyna się od tuszu. Nakłada go się tym samym pędzlem, co do kaligrafii i obowiązują podobne zasady, pędzel trzymamy pod kątem 90 stopni, a więc pierwsza przeszkoda do uzyskania prostej kreski, jeśli trzęsą wam się ręce, bo wiecie, że już nie ma odwrotu, jeśli coś nie wyjdzie. Następnie należy wypełnić je farbami akwarelowymi (są łatwo dostępne, a najbardziej zbliżone do tego, czego używają w Japonii) pozostawiając miejscami białe przestrzenie. Spotkanie było w klimacie walentynkowym i mieliśmy robić kartki dla ukochanych, ale jak już wspomniałam: tematyka jest dowolna. Na etegami umieszcza właściwie co popadnie, nawet cebula zdaje się być popularnym motywem. 

Teraz pewnie liczycie na jakieś czarujące zdjęcia, ale udało mi się zrobić tylko kilka, ale photo diary na blogu musi być, bo to już takie zboczenie blogerskie, że gdziekolwiek się wychodzi, trzeba wziąć ze sobą aparat, a nuż będzie można napisać notkę. 


czwartek, 4 lutego 2016

MID WINTER WISHLIST

#np Brooke Candy - Happy days

Na wstępie chciałam przeprosić za taki wysyp postów, które wymagają mniejszego nakładu pracy, czyli postów, które nazywam zapychaczami, bo nie robię do nich żadnych zdjęć, a tylko siedzę po nocach i jak nawiedzona wyszukuję obrazków. Potem wprawnie sklejam je w Photoshopie i czerpię profity (#slut4freechlothes)
Matura coraz bliżej, a ja wciąż przewalam się z miejsca na miejsce, więc powoli zwiększam tempo nauki. O notkach myślę intensywnie i obiecuję przysiąść do pisania przy feriach.  Wydrukowałam sobie nawet specjalny plan na luty i próbuję jakoś zebrać swoje życie do kupy Czy ktoś jest zainteresowany moimi szkolnymi smutkami? Muszę naprawdę na bieżąco pozbywać się negatywnej energii, inaczej ten dekadencki nastrój doprowadzi mnie do klubu kochanków Śmierci. Wybaczcie. Na odstresowanie musiałam zrobić sobie kilka sklejek, bo teraz wszędzie takie wyprzedaże i w ogóle, tańce hulańce swawole,  Podlinkowane są rzeczy z banggood.com, oczywiście miło byłoby, gdybyście kliknęli, bo wybrałam Wam bardzo ładne rzeczy (buty numer 1 mnie wzywają...). Swoją drogą, czy też macie takie wrażenie oglądając niektóre wishlisty, że ktoś wziął pierwsze-lepsze ciuchy ze strony, bo nikt nie założyłby w 2016 bluzy z napisem "swag"? Jeśli tak jest naprawdę to musicie podwójnie docenić mój wysiłek, bo mnie się te rzeczy naprawdę podobają, o. A te niepodlinkowane wyszukałam na fashioliście, niektóre są designerskie, więc strach patrzeć na cenę, ale cieszą oko, więc umieszczam je jako inspirację. 


1, lace up platforms // 2. double moon ring // 3. crybaby cap // 4. peace jacket // 5. crystal bracelet // 5. black onepiece // 6. simple sunglasses // 7. beige coat // 8. crystal ring

1. turtleneck dress // 2. simple sweater // 3. checkred coat // 4. embroided dress

1. PU leather crossbody bag  // 2. black dior inspired shoes // 3. rose gold ring  // 4.  simple round glasses // 5. lace bra // 6. PU leather bag // 7. golden necklace

Nie wiem, jak z Waszą spostrzegawczością, ale na wszelki wypadek napiszę, że zmieniłam trochę wygląd bloga. Czeka go jeszcze kilka ulepszeń, ale wygląda dla mnie świeżo i może nawet bardziej profesjonalnie, bo uwaga: zastosowałam aż jeden kod w HTMLu (!!!!). Zabawy w informatyka to kolejna atrakcja tegorocznych ferii, aż nie mogę się ich doczekać. 
.post-body img { width:1200px; height:auto; } post-body img {border:none !important ;}