piątek, 25 marca 2016

MAKEUP HAUL: KOSMETYKI CRUELTY FREE


#np Halsey - Gasoline

Ostatnio wydaję pieniądze na kosmetyki jakby jutra nie było, co właściwie jest dość niespotykane w moim przypadku, zważając na to, że do niedawna kwestionowałam zakup lakieru za 5 złotych. Tłumaczę sobie to tym, że w końcu muszę przejść na wegański makijaż i wypełnić swoje noworoczne postanowienie: nauczę się konturować twarz i nie będzie to przypominało szkarlatyny (boję się googlować, ale tak przynajmniej wyglądała szkarlatyna na ilustracji z podręcznika o higienie szkolnej z 1964, który mam w domu). Wydaje mi się, że w dzisiejszym odcinku pokażę akurat tę tańsza część, bo o zgrozo, na tym się nie kończy moje szaleństwo. Zakupy, które dzisiaj Wam prezentuje trochę przeleżały w szufladach, same zdjęcia na bloga zrobiłam już ponad 2 tygodnie temu, więc wszystko zostało sprawdzone w bardziej i mniej ekstremalnych warunkach.

Maska do twarzy i ciała CUP O' COFFEE, Lush (vegan)


Chwalę właściwie każdy produkt z Lusha, ale ten mnie naprawdę zaskoczył. Ostatnio zachwycałam się maseczką cupcake, natomiast cup o'coffee wygrywa z nią bezkonkurencyjnie. W porównaniu do tej pierwszej rozprowadza się o wiele przyjemniej, bo jest dość wilgotna. Kiedy pierwszy raz odkręciłam wieczko myślałam, wydawała się strasznie rzadka, ale zanurzyłam w niej palce i okazała się być przyjemnie puszysta. Masowanie skóry drobinkami kawy przy tym cudownym zapachu jest po prostu niesamowite. Jeśli chodzi o oczyszczenie, to wydaje mi się, że w dość krótkim czasie pozbyłam się większości nieprzyjaciół, którzy zadomowili się na mojej cerze. Świetnie odświeża i polecałabym robić ją rano, niestety ja jeszcze nie opracowałam takiej organizacji czasu, która pozwalałaby mi na siedzenie w maseczce przed szkołą. Dostałam ją dość tanio, bo za lekko ponad 50 zł z przesyłką na Allegro, a sprawdzałam na brytyjskiej stronie Lusha i ten sam, pełnowymiarowy produkt kosztuje ok. 68 zł + koszt wysyłki, więc cieszę się, że dość przypadkowo zrobiłam taki deal. Jak się skończy, będę na nią polować.
psssst: jeśli jesteście bardziej crafty, możecie spróbować mojego DIY na scrub kawowy: KLIK
Paleta cieni flawless matte, bronzer ultra bronze Makeup Revolution (vegan) // gąbeczka do makijażu, ebay, pędzel do konturowania, ebay // pędzel kabuki, Catrice (vegan)

Co prawda Makeup Revolution nie reklamuje się jako marka crulety free, bo niektóre z ich produktów zawierają karminę bądź wosk pszczeli, natomiast znakomita część jest wegańska. Plotka głosi, że kiedyś mieli sporządzić listę tych, które należy unikać, niestety do tego czasu trzeba sprawdzać samemu składy. Kupiłam tę paletą z myślą o codziennym makijażu, dotychczas używałam do eyelinera tego samego cienia z Maybelline dzień w dzień i ten czort dalej się nie kończy. W zestaw wchodzą 32 neutralne, matowe kolory. Matowe są, ale mogłabym ponarzekać na pigmentację. Bywa, że przy jednym oku nabieram cień z 3 razy, żeby zobaczyć jakikolwiek efekt na oku, ale za taką cenę i tak jestem zadowolona. Zawsze jest to jakaś zmiana w dziennym makijażu, bo wybór jest duży, a kolory można łatwo ze sobą mieszać i eksperymentować. Co do bronzera, okazał się on niewypałem, z tego względu, że wydaje mi się zbyt pomarańczowy na twarzy. Być może współpracowałby lepiej przy innej karnacji.

Jeśli już gdzieś to ode mnie usłyszeliście lub przeczytaliście, to przepraszam, że się powtórzę, ale gąbeczka do makijażu ocaliła mi życie. Dosłownie. Kiedy nakładałam podkład palcami, czuję, że nie żyłam wtedy naprawdę. Patrząc na ceny drogeryjne można uronić łzę, ja za to poszłam na skróty i kupiłam gąbkę w chińczyku za 5 zł. Może jestem ignorantką makijażową, ale uwierzcie mi na słowo - sprawdza się w blendowaniu tak jak gąbka za 70 zł.
Co do dwóch pędzli - był to trochę nieprzemyślany zakup, ostatnio doszłam do wniosku, że po prostu zamówię sobie jakiś dobry zestaw, raz wydam więcej pieniędzy i będą mi służyć na długo. Tych użyłam może 2-3 razy i nie mogę powiedzieć nic innego na ich temat jak to, że są mięciutkie. Może ktoś chce je zaadoptować?

płynna pomadka Shroom, Lime Crime (vegan) // szminka Throne, Makeup Revolution (vegan), lakier do paznokci express dry 81, Golden Rose.

Zacznę od lakieru, bo z nim mam najtrudniej. Golden Rose jest kolejną firmą, która ma część produktów wegańskich i tych ze składnikami zwierzęcym i tak jak pozostałe, klient ma się tego domyślić po studiowaniu chemicznego języka, jakim jest pisany skład. Na pewno słynne matowe szminki są roślinne, co do tego lakieru, nie dam sobie ręki uciąć. Mimo wszystko, polecam całą serię, nie sprawdziłam ze stoperem, czy te lakiery schną faktycznie 60 sekund, ale na pewno schną ekspresowo. Dla mnie jest to bardzo ważny czynnik, bo nie jestem w stanie wysiedzieć 10 minut bez dotykania czegokolwiek, a bywa, że i po tych 10 minutach lakier wciąż nie zaschnął. Nakładam zawsze 2 warstwy i trzymają się około 4-5 dni bez odprysków, jeśli nałożę top coat z nabłyszczacem, potrafi dobić do tygodnia. Z kolorem tego konkretnego lakieru mam mały problem, bo liczyłam na to, że będzie bardziej podchodził pod brąz, a jest czymś pomiędzy brązem a pomarańczem. Dziwnie wygląda przy moich ubraniach, ale lubię go nosić.

Kolejnym produktem jest shroom Lime Crime. Po dodaniu na instagrama selfie w tym kolorze od razu dostałam pytania, skąd szminka, więc teraz wszyscy poudawajmy, że trzymałam to w sekrecie do teraz i tajemnica wyszła na jaw. Szminka jest naprawdę cudowna i jeśli nie idziecie na burgery do spokojnie wytrzyma kilka, może nawet kilkanaście godzin. To moja trzecia w kolekcji Lime Crime i już czaję się na kolejną, niestety darmowa wysyłka nie nadchodzi, a ja to jednak jestem bidokiem, żeby tyle płacić dostawę z USA...

Szminkę Makeup Revolution wyhaczyłam jakiś czas temu na blogu Sióstr Ohydek i stwierdziłam, że muszę mieć przynajmniej jedną z tej jednorożcowej, holograficznej kolekcji. Stwierdziłam, że throne ma dla mnie najlepszy odcień i wrzuciłam ją do reszty zamówienia. Podoba mi się na usta, bo nawet jeśli daję lekko tęczowy poblask, to nie jest to nic nachalnego i mimo wszystko nie wygląda cudacznie przy neutralnych lookach. No chyba, że nałożycie z 10 warstw, wtedy przyznam Wam rację.

piątek, 18 marca 2016

If you got it babe just show it

#np Petite Meller - Barbaric

Jutro jadę na giełdę minerałów i jestem super podekscytowana, bo na chwilę oderwę się od swojego smutnego życia zorientowanego na maturę. Sprawdziłam sobie listę kamieni obniżających stres i na 10 wymienionych posiadam 6, ale jeśli to pomoże mi dobrze zdać egzaminy, wykupię wszystkie, bo w sumie nie wiem, czemu powinnam już zawierzać moje szczęście. Będę polować na turlamin arbuzowy, ale pewnie znowu spojrzę na karteczkę z ceną, cicho zapłaczę i wrócę do domu z kryształem górskim, bo jest tani i ładnie wygląda na blogu. Albo kupię sobie kryształowe jajko, bo weganie jajek nie jedzą, ale cząstka tradycji wielkanocnej musi być, no nie? Przy okazji nagram małą relację na snapchacie, więc jeśli jesteście zainteresowani, to koniecznie mnie dodajcie - carolyndolly.

Tymczasem zostawiam Was z outfitem inspirowanym Fernandą Ly, którą kiedyś wrzucałam na bloga jako jedną z moich ikon stylu, a która robi obecnie zawrotną karierę i zachwycają się nią największe serwisy modowe. Trzeba przyznać, że kategoria estetyczna "żyjąca postać z anime" to pewien powiew świeżości na wiosnę. Na wiosnę, kiedy wszyscy lansują kwiatki. Kwiatki, bo wiosna. Sama świetnie wpasowuję się w nurt anime girl, bo jak wiadomo lub nie, jestem weeaboo. Brakuje mi tylko kolorowych włosów i kocich kawiarenek w pobliżu, ale wszystko inne da się załatwić. Sic me Deus adiuvet.


turtleneck - CHOIES // bolero w/ ribbon - thrifted // bacpack - lamoda.com // beret  - local shop // pleated skirt - f&f// creeperes - ebay // choker - ebay

piątek, 11 marca 2016

LUSH BATH BOMBS REVIEW: SEX BOMB & TWILIGHT

#np Petite Meller - Baby Love

Kiedyś w jednym z moich coachingowych postów wspomniałam, jak ważne jest tworzenie rytuałów celebrujących nas samych, żeby wprowadzić nieco harmonii do chaotycznego życia codziennego i jest to chyba jedyna rada, którą udzieliłam komuś, a jednocześnie sama się do niej zastosowałam. Od ponad roku jestem kąpielowym geekiem, a każdy niedzielny wieczór spędzam w wannie z książką. Przetestowałam już mnóstwo olejków, soli, płynów, kul do kąpieli. O tych legendarnych kulach z LUSHa nigdy nie śniłam, ale po cichu zazdrościłam wszystkim, którzy dodawali na instagrama zdjęcia cudownie kolorowej wody i brokatowej skóry po wyjściu. Jakoś niedawno moja koleżanka z klasy (pozdrawiam Karolina, jeśli to czytasz - kc!!!!) leciała do Londynu i zaoferowała przywiezienie czegoś z ich sklepu, więc przekalkulowałam wszystko i stwierdziłam, że to czas na wypróbowanie kul. Ten rok poświęcam spełnianiu swoich kosmetycznych marzeń, więc proszę nie oceniać moich (grzesznych?) przyjemności. This is how I roll.

               
Chociaż obchodziłam się z moją kulą jak z jajkiem i na zdjęciu nawet trzymała się w całości, kiedy wyjmowałam ją nad wanną, pękła na dwie części. Co było mi na rękę, bo jestem bidokiem i żal było mi utopić tyle pieniędzy za jednym razem, dlatego kolor kąpieli nie był tak intensywny, jak powinien. Bomba oprócz różowej otoczki ma w środku kolor niebieski, co dało lekko fioletową wodę. Kolor tym razem nie odegrał dużej roli, bo Twilight jest jedną z tych brokatowych bomb, które rozświetlają kąpiel i pozostawiają na ciele malutkie, błyszczące drobinki. Właściwie, kiedy już wychodziłam zorientowałam się, że w wannie pływa jeszcze kilka miniaturowych, różowych serduszek. Nie wiem, czy gdybym wrzuciła całą kulę, zauważyłabym je od razu, ale myślę, że mimo wszystko mogłoby być ich trochę więcej. Albo mogłyby to być gwiazdki, trochę bardziej pasowałoby do nazwy.

               
W skład SEX BOMB wchodzą między innymi: jaśmin, szałwia, ylang-ylang i mleko sojowe. Stwierdziłam, że nada się idealnie do celebrowania walentynek w wannie, z pucharkiem lodów o smaku zielonej herbaty i książką "sto lat samotności". Próbowałam ją przepołowić, ale chyba źle się do tego zabrałam. Jednak przy okazji sprawdziłam, że nie tak łatwo rozwalić bomby z Lusha, kruszą się delikatnie i trudno je uszkodzić. Wrzuciłam do wanny całą kulę i po kilku mrugnięciach okiem woda była intensywnie różowa, a na niej unosiły się płatki kwiatu, który charakteryzuje tę kulę. Swoją drogą miały bardzo dziwną konsystencję, coś pomiędzy pianką, a żelem. Szkoda, że wewnątrz nie było ich więcej, chociaż lepsze kilka samotnie dryfujących drobinek niż rydz. Oczywiście po całej łazience rozniósł się ten cudowny, słodki zapach, trochę cukierkowy, ale jaki odprężający! Rozłożyłam się z książką i przeleżałam w wannie dwie godziny, bo nie chciałam opuszczać tej różowej toni.

piątek, 4 marca 2016

MONTHLY INSPIRATIONS: PINK

#np Nightcore - Hello (rock cover)

To nie do końca tak, że zapomniałam o swoim genialnym pomyśle z kolorowymi inspiracjami przypadającymi na każdy miesiąc, ale strasznie długo zwlekałam z dodaniem kolejnych zlepek. Przyszedł ostatni tydzień lutego i wydawało mi się, że nacisnęłam tyle postów, a co za dużo to niezdrowo, prawda? Dlatego marzec otwieramy kolejnymi kolażami, które nie ukrywam, przeleżały naprawdę długo, bo zrobiłam je w wakacje, co jest chyba ostatecznym potwierdzeniem mojej manii planowania przyszłych notek, ale od wakacji powtarzam sobie "Karolina, przyjdzie czas, kiedy nie będziesz mogła siedzieć całego dnia przy komputerze, zadbaj o to teraz". I to jakkolwiek dziwnie to brzmi, to naprawdę zdrowe podejście i jestem sobie wdzięczna za to. Oczywiście wciąż robię wiele rzeczy na bieżąco, ale jeśli ktoś jeszcze szuka w moich obecnych postach życiowej prawdy, to właśnie ona: zrób coś, za co przyszły Ty będzie wdzięczny. Nie szalejmy z długoletnią perspektywą, bo nawet tak proste czynności, jak przygotowanie sobie ubrań na następny dzień może być zbawcze. Szanujcie siebie, swój czas i energię.  





.post-body img { width:1200px; height:auto; } post-body img {border:none !important ;}