środa, 29 czerwca 2016

MONTHLY INSPIRATIONS: ORANGE

#np Kim Chi, Lucian Piane - Fat, Fem & Asian

Kto się stęsknił za comiesięcznymi inspiracjami, ręka w dół! Poszłam za radą osób komentujących poprzedni post i zdecydowałam się na coś intensywnego, bo lato to przecież czas, gdy wszyscy umieramy w piekielnym ogniu. Pomarańczowy kojarzy mi się głównie ze świeżymi owocami, lodami sorbetowymi i plastikowymi butelkami kremów, których trzeba używać, by zachować karnację trzydniowego trupa.

W czerwcowym moodboardzie po raz kolejny pojawia się Erika Bowes i zdjęcia z tumblr UNIFu. Oprócz tego soczysty cień do oczu jam z palety Venus II Lime Crime, Doe Deere, grafiki, grafika Ekateriny Veselovej, filiżanki (bo mam obsesję, w którą na szczęście nie inwestuje) z etsy, ogniste futra, okulary Thomasa Taita, brzoskwiniowe tatuaże (obrazek chyba zbyt powszechny w internecie, by znaleźć źródło), róż Taj Mahal (Nars?), miód z pszczołami jako wegańska propaganda oraz trochę czysto modowych inspiracji, zapraszam:


piątek, 24 czerwca 2016

WHAT'S IN MY BAG?


Pani z Banggood zaczęła mnie ścigać mailowo, bo zalegałam z pokazaniem na blogu powyższej torebki. Problem był takiej natury, że wszystkie moje ubrania na kolejny outfity są w drodze i nie miałam okazji, żeby sfotografować ją w akcji. Przypomniały mi się wtedy czasy stron na Buzznecie, gdzie furorę robiły posty typu what's in my bag. Robiłam już coś takiego, ale jeruna, kiedy to było? Ponad dwa lata temu. Dzisiaj edycja nieco wakacyjna, bo przecież od dzisiaj większość z Was ma już oficjalnie wolne i w końcu nie będę jedyną osobą bezkarnie rozkoszującą się lenistwem. Gratuluję przetrwania kolejnego roku szkolnego!

Gdyby ktoś był zainteresowany dość ascetyczną zawartością torebki z 2014, rzucam link - KLIK.
A tu można zakupić torebkę z dzisiejszego posta i polecam ją nie tylko, dlatego, że kazali. Wybrałam ją sama, świadomie i bardzo dobrze się sprawuje, słowo feszyn blogerki - KLIK



Zaczynam od lewej, nie robiłam numerków, bo chyba wszyscy zorientują się, o czym mówię. A jak nie, to z chęcią odpowiem na wszystkie pytania.

• słuchawki - towarzysz wszystkich samotnych wycieczek, który pomaga przetrwać ciężkie chwile izolacji społecznej
• lusterko z chusteczkami matującymi - dostałam je rok temu od Japonek i właściwie cały ten czas przeleżało w garderobie. Znalazłam je ostatnio przy sprzątaniu, a teraz zawsze wrzucam do torebki. Dla osób z tłustą cerą - wybawienie!
• coś, co ja nazywam podpaśniczką, ale noszę tam też zwykłe chusteczki.
• telefon, bardzo przydatne narzędzie, szczególnie dla ludzi żyjących życiem wirtualnym, wojowników mediów społecznościowych
• gumy do żucia - uzależnienie dość brzydkie zważając na skład, ale na coś trzeba umrzeć, no nie?
• klucze
• pomadka Blistex - ulubiona, ukochana! oprócz nawilżenia, daje magiczne uczucie chłodu na ustach, niektórzy moi znajomi używają ją zamiast kleju, kiedy wykonują makijaż drag queen.
• gumki do włosów
• czarny cienkopis - bo dość często odbywam tripy na pocztę, czasem nie można dopchać się do długopisu, dlatego warto wyprzedzać swoją epokę i nosić w torebce coś do pisania. Niektórzy idą o krok dalej i pakują ze sobą notes, ja natomiast mam świetną pamięć do rzeczy o których chcę pamiętać.
• okulary przeciwsłoneczne - bardzo modny i praktyczny gadżet, ja ostatnio przekonałam się do kolorowych akcentów mojej mrocznej duszy, więc noszę sobie takie wygrzebane z odmętów szuflad różowe lenonki. Nawet nie pamiętam, gdzie je kupiłam. W internecie, na pewno.
• jakieś mniejsze perfumy, ostatnio crushuję na Chance Chanel, bo mają dla mnie jakąś egzotyczną nutę. Nie wiem, nie znam się, ale ładnie pachną, to noszę.
• bilet autobusowy i legitymacja - niezmiennie since 2010, bo wciąż nie zrobiłam prawka.
• portfel hello kitty - który wzbudza wątpliwości w kasjerach, czy aby na pewno jestem pełnoletnia.
• pendrive, powerbank, kabel do ładowania - trochę ściemna z tymi technologicznymi akcesoriami, na co dzień tego nie noszę, to już bajery na dłuższe wycieczki.
• żel do dezynfekcji rąk
• szczotka do włosów

A co Wy nosicie zazwyczaj w swoich torebkach?

piątek, 17 czerwca 2016

Alright, young blood, nice to know ya

#np Azealia Banks - Wallace

Chyba jedyną pożyteczną rzeczą, jaką zrobiłam w tygodniu było sprzedanie podręczników, nic innego oprócz oglądania anime nie pamiętam. No, byłam jeszcze w lumpeksie, ale walka ze starszymi paniami o 8:00 rano i wydanie 55 złotych, to nie jest coś, czym można się chwalić. Tym bardziej, gdy większość twoich znajomych znalazło sobie już pracę, a ty jesteś za leniwa, żeby zapisać się na studia.

Jeśli oglądaliście przypadkiem Yamato Nadeshiko Shichihenge, dość oldschoolowe anime z 2006, to zrozumiecie, że nigdy nie utożsamiałam się bardziej z żadną bohaterką, tak jak utożsamiam się z Sunako, która wygląda niczym chodzące zwłoki i całe dnie spędza w swoim pokoju na oglądaniu specyficznych filmów. Niestety, nie mieszkam w otoczeniu czarujących mężczyzn, którzy muszą przemienić mnie w damę, więc mogę straszyć kurierów bez żadnych konsekwencji. I to zamierzam robić jeszcze do końca czerwca.



jumpsuit - vinted.pl // hat - choies // bandana - stolen from dad // sunglasses - ebay

wtorek, 14 czerwca 2016

bridesmaid dress hunting feat. Aislestyle.com

W niedzielę dostałam, do rąk własnych, zaproszenie na ślub i polowanie na weselną sukienkę stało się jeszcze agresywniejsze. Jeśli obserwujecie mnie na snapchacie, pewnie nie umknął Wam moment porażki, gdy dostałam paczkę z Fashionmia i mocno się rozczarowałam, bo kolor oraz materiał znacznie odbiegały od zdjęć w internecie. Sukienka sama w sobie jest śliczna, ale nie na weselę, a kolejna maxi na wyjścia po bułki to mało ekonomiczne rozwiązanie, więc próbuję się jej pozbyć na vinted. Przypomniało mi się, że przed studniówką szukałam sukienki w jeszcze jednym sklepie o równie ciekawym i bogatym asortymencie, więc dzisiaj mały przegląd.

Hi! I'm aggressively looking for a cute outfit that I can wear to wedding reception in August so here are few cheap bridesmaid dresses from online store Aislestyle.com. You may remember my previous post featuring their prom dresses, but this time, I'm searching for bridesmaid dresses, preferably in ashy or pastel pink. Or dark purple since this is the closest I can get to black. Lime Crime has recently launched their "I only have two moods" package with two velvetines and it says pretty much everyting about my existential colour crisis.  here are my favourite picks of Aislestyle uk bridesmaid dresses.

1                                              2                                              3
4                                              5                                                6

7                                                8                                                9

piątek, 10 czerwca 2016

PHOTO DIARY: WEEKEND IN WARSAW

Hej! Jeśli obserwujecie mnie na snapie, prawdopodobnie zauważyliście niepokojący spam zeszłego weekendu, a jeśli macie lepsze rzeczy do roboty niż śledzenie życia codziennego modowych blogerek - byłam w Warszawie! Planowałyśmy ten wyjazd z Agnieszką (fotograf, ya kno) od dłuższego czasu, bo właśnie w stolicy miałam się spotkać z internetowym przyjacielem, sułtanem mojego serca. Dobrze, że ktoś z tego squadu ma już wakacje, a oglądanie Dzień dobry TVN to poranny rytuał z którego można się wiele dowiedzieć o wydarzeniach w Warszawie.
Tak między innymi trafiłam na informacje o dwóch wystawach w Pałacu Kultury i Nauki: Titanicu i domkach dla lalek. Na pierwszej niestety nie można było robić zdjęć, więc musicie mi uwierzyć na słowo, że była niesamowita. Oprócz rzeczy należących do zmarłych osób, zdjęć ludzi, którzy odegrali znaczącą rolę w historii statku, częścią wystawy były rekonstrukcje kajut trzeciej i pierwszej klasy. Moment, gdy przechodziliśmy przez wystawny korytarz Titanica wywarł na mnie ogromne wrażenie, ale nie była to wystawa, gdzie jedynie można było zajrzeć do środka transatlantyku. Wydaje mi się, że przez pamiątki po zmarłych łatwiej zrozumieć tragedię tego wydarzenia. Szczególnie, gdy po niecałych 2 godzinach przewodnik w słuchawkach doprowadza Cię do multimedialnej listy pasażerów Titanica, którym nie udało się uratować.
Wystawę domków dla lalek z kolei można było fotografować, co zresztą (albo i nie) mogliście oglądać na snapchacie. Byłam nią bardzo podekscytowana, bo 3 lata temu całkiem przypadkowo trafiłam w Pradze na zbiór lalek z okazji 50-lecia Barbie i dalej utrzymuję, że to był jeden z najlepszych muzealnych eventów w moim życiu. Tym razem również się nie zawiodłam, bo kto nie chciałby się bawić w rzeźnika albo mistrza ceremonii pogrzebowych? Po warszawkiej wystawie wnioski są dwa. Po pierwsze, wtedy, gdy paradoksalnie nie było niczego, ludzie używali swojej wyobraźni i szczegółowe domki wykonywane przez ojców dla córek były o o wiele ciekawsze od plastików, które dzisiaj można kupić w każdym markecie. Drugi wniosek został zapisany w księdze gości i brzmi następująco: "czasem życie w miniaturze jest zabawniejsze od tego prawdziwego".
Przed wystawami byłyśmy jeszcze na yard sale, trafiłyśmy na to dość przypadkowo, bo nikt o takiej atrakcji nie słyszał i dopiero plakat na Pałacu Kultury i Nauki zasygnalizował, że warto wejść. Pierwszego dnia przeszłyśmy tylko wszystkie stoiska, ale drugiego zobaczyłam zaparkowane auto Arety Szpury z Local Heroes i wpadłam, żeby ją zobaczyć. Potem było mi trochę głupio kręcić się tam jak stalker, więc kupiłam skarpetki.
Z jedzonka tradycyjnie zjadłyśmy burgery w Krowarzywa, ale odwiedziłyśmy jeszcze dwa inne ciekawe miejsca. Bułkę przez bibułkę, którego specjalnością wydają mi się śniadania, ale nie byle jakie - blogerskie śniadania. Chociaż nie była to restauracja stricte wegańska, bardzo podobało mi się, że w menu symbolami zaznaczyli, co jest stuprocentowo roślinne. Wzięłam musli, najdroższe musli w moim życiu. Kolejnym lokalem, w którym zjadłyśmy niedzielny obiad był Vegan Pizza. Mam raczej traumatyczne wspomnienia z prób stworzenia domowego sera z orzechów, więc byłam naprawdę ciekawa, jak może smakować wegańska margharita. Może smakować genialnie, potwierdzone info.
Kończę photo diary zdjęciem, które zrobiła Agnieszka, kilka minut po tym jak zalała nas fala tsunami z fontanny pod Pałacem, więc ja leżałam na murku i suszyłam całe mokre plecy. Zazwyczaj nie używam narzędzia podkreślania, ale w tym wypadku było to konieczne, więc mam nadzieję, że wszyscy zrozumieją, jak tragiczne było to wydarzenie. Nie mówiąc już o tym, jak prawie stanęło mi serce na widok mokrego telefonu i aparatu.














piątek, 3 czerwca 2016

TOO FACED & SPECTRUM COLLECTIONS REVIEW



Miałam dodać tę recenzję wieki temu, bo wszystkie produkty zakupiłam jeszcze w czasie szkoły, niejako, żeby osłodzić sobie smutek związany z ciągłą nauką. I tak post prawie zgnił w wersjach roboczych, a ja już tu i tam zdążyłam powiedzieć, co o tych rzeczach sądzę. No, ale czas się wziąć za pisanie, bo kosmetyków jedynie przybywa i też chciałyby mieć swoje pięć minut na blogu. 
Wszystkie prezentowane dzisiaj produkty są cruelty free.

TOO FACED
Chocolate Bon Bons palette

Szczerze mówiąc nie wiem, co mnie podkusiło, żeby kupić tę paletę, ale kocham ją! Ok, wiem. Kod -30% na cały asortyment. Nawet jeśli nie używacie kolorów takich jak wata cukrowa, to miło przechodząc obok, otworzyć opakowanie i sztachnąć się intensywnym czekoladowym zapachem, który charakteryzuje markę Too Faced. Co do opakowania i estetyki nie można mieć zastrzeżeń - serduszkowe cienie znajdują się w metalowym opakowaniu zamykanym na magnes, które wyglądem przypomina różową czekoladę. Malutkie lusterko jest średnio przydatne, ale zgaduję, że w tym wypadku ma rolę bardziej dekoracyjną niźli praktyczną. Trochę gorzej wypadają same cienie. Wszystkie są dobrze napigmentowane, ale przy niektórych trzeba się napracować, aby je w ogóle nałożyć na powiekę, bo wydają się być strasznie suche i osypują się. Tak jest w przypadku między innymi black currant czy earl grey. Szczerze mówiąc, trochę tego nie rozumiem, bo z większością naprawdę lubię się bawić, rozprowadzają się, jak to mówią zagraniczni youtuberzy, jak masło i wyglądają pięknie na oku. Gdy jednak trzeba nałożyć jeden z przeklętych cieni, człowiek wygląda jak w makijażu z zabawkowej paletki odpustowej. Mimo wszystko, jestem zadowolona z zakupu. Wydaje mi się, że trochę wprawy i można naprawdę wyczarować cuda dzięki temu zestawowi.

TOO FACED
Candlelight glow highlighting powder

Odkąd zrobił się taki szał na rozświetlacze i praktycznie każdy youtuber urodowy serwuje na swoich policzkach dzienne zapotrzebowanie witaminy D, również chciałam dołączyć do olśniewających ludzi. Zamówiłam zatem puder Too Faced, właściwie dlatego, bo miał ładny żyrandol w środku. Chodzi o to, aby twarz była rozświetlona dość delikatnie, tak, jakby siedziało się przy świecach. Brzmi romantycznie, natomiast nie jest to glow, jaki chciałam. Idealnie sprawdza się na dzień, ale zdecydowanie nie jest to typ, który oślepia Twoich wrogów.

TOO FACED
Better than sex mascara
Wiele rzeczy mogę spontanicznie zamówić, ale tusz do rzęs za niecałą stówkę wzbudził we mnie wątpliwości, szczególnie po dość mieszanych recenzjach, jakie można znaleźć w internecie. Jedni ją uwielbiają, drudzy nominują do najgorszego produktu Too Faced. Cóż, ja żałuję, że raz chciałam być ostrożna i zamówiłam miniaturkę, bo mascara skradła moje serce. Chyba jeszcze nigdy nie spotkałam się z produktem, który tak wydłużyłby moje rzęsy. Fakt faktem, trochę je skleja, ale wydaje mi się, że wtedy warto mieć jakąś starą szczoteczkę i zwyczajnie przeczesać nią raz lub dwa. Czytałam nawet komentarze, że strasznie się kruszy, a pod koniec dnia oczy wyglądają jak u pandy, jednak nic takiego u siebie nie zauważyłam. Z chęcią kupiłabym pełnowymiarowy produkt. Najbardziej zależałoby mi na najnowszej, wodoodpornej wersji, ale jeszcze wiele wody upłynie w Wiśle, nim Sephora Polska wprowadzi ją do swojej oferty. Jeśli to się w ogóle stanie.

SPECTRUM COLLECTIONS
10 piece essential set
Last but not least, zestaw, który kosztował mnie rękę i nogę, ale byłam bardzo zdeterminowana szukając wegańskich, a zarazem uroczych pędzli. Trochę zaryzykowałam, bo w sumie marka Spectrum Collections nie jest jakoś szczególnie znana. Mam rację? Pewnie dużo z Was słyszy o niej pierwszy raz. Sama znalazłam je na instagramie i wydaje mi się, że tam robią dużą furorę, głównie ze względu na ich wygląd, bo w ich ofercie oprócz kolorowych pędzli znajdują się również kosmetyczki w kształcie muszli, czy urocze serduszka do mycia przyborów. Stało się, zamówiłam je. Nie pamiętam dokładnie, ile czekałam na paczkę. Wydaje mi się, że ponad tydzień. Pamiętam, jak dotknęłam ich włosia po raz pierwszy i poczułam na swojej skórze błogosławieństwo. Jednak z perspektywy czasu nie uważam, żeby kupno całego zestawu było mi szczególnie potrzebne, bo najczęściej używam tylko tych do oczu, może dlatego, że jeszcze nie zostałam geekiem bronzera i różu. Jeśli zaś chodzi o te przeznaczone do powiek, to muszę przyznać, że jest za dużo pędzli do blendowania, a brakuje choćby jednego, mniejszego do aplikacji. Jak widzicie na zdjęciu, każdy pędzelek ma na sobie coś w rodzaju kodu, B - blendowanie, A - aplikacja. Oczywiście, można to traktować tylko jako wskazówkę, natomiast A06 jest dla mnie zupełnie niezrozumiały. O wiele bardziej sprawdziłby się, gdyby był mniej włochaty i bardziej płaski, a w tej formie jest dla mnie ciut nieforemny. Mimo to, myślę, że te pędzle naprawdę wyniosły mój makijaż na inny poziom. Widzę ogromną różnicę pomiędzy tym, co majstrowałam 3 chińskimi narzędziami, a tym, co można wyczarować przy pomocy dobrych pędzli. Bo te pędzle są dobre. Bałam się, że po kilku użyciach stracą swoją miękkość i będą jak szczotka toaletowa (tym przynajmniej straszą zwolennicy włosia naturalnego), ale wciąż są niesamowicie komfortowe w użyciu. Teraz patrząc z perspektywy czasu, całego zestawu bym nie kupiła, ale kilka pędzli z tej firmy naprawdę warto mieć w swojej kolekcji. Chyba, że jest się bogaczem i ma pieniądze set z muszelkowym pokrowcem. Wtedy sugeruje iść za głosem wewnętrznej syrenki.

Na dzisiaj to wszystko, co zalegało mi w wersjach roboczych, a przez prawie dwa miesiące nie doczekało się publikacji. Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii, może ktoś używał powyższych produktów i podzieli się swoimi doświadczeniami? :)

.post-body img { width:1200px; height:auto; } post-body img {border:none !important ;}